WRÓĆ

Zbrukany


Nie ukrywam, nie wiem, dlaczego wszedł do umywalki. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego, ani tym bardziej jak mu się to udało, w każdym razie, w ten czy w inny sposób Harry Edgenborough siedział sobie w umywalce. Ot, po prostu obudził się rano i od razu spostrzegł, że coś jest nie w porządku. Nie, nie zauważył niczego szczególnego ani w swojej osobie, ani w owym dniu, który raczył dopiero przecierać oczy. W każdym razie poczuł się jakiś taki. Brudny.
Łazienka znajdowała się w drugiej części domu. To znaczy, była jedna, całkiem malutka, tuż przy jego sypialni, niestety od paru dni awaria kanalizacji skutecznie wyłączyła ją z użycia. Harry mieszkał ładnie i schludnie, jak przystało na starego kawalera, piastującego kierownicze stanowisko w znanym banku. Powiecie: "dlaczego taki ktoś nie ma w domu sprawnej łazienki?", tutaj jednak sprawa nie jest taka prosta. Edgenborough, mały, niepozorny, łysiejący człowieczek i zwisającym brzuchu był obrzydliwie, jeszcze raz użyję tego słowa, obrzydliwie bogaty. Opływał w forsę, gdyby chciał, mógłby nawet na niej spać, albo palić w kominku, tymczasem ów bakier wykazywał zupełnie nie zrozumiałe dla współczesnego człowieka cechy charakteru. Matka, a była nią silna kobieta, która oprócz niego urodziła jeszcze sześcioro innych dzieci, głęboko wierząca (choć w różne rzeczy i w różnym czasie), od małego wpajała dziecku przekonanie, że bieda jest cnotą. Wychodząc zapewne z założenia, że dziecko zawsze na odwrót stosuje się do nauk i złotych myśli swoich rodziców. Nie stało się inaczej, Harry w wieku dwudziestu lat wyjechał do Europy. Podobno do wuja w Belgii. Nic nie wiadomo mi o tym pobycie, prócz tego, że ów wuj lubił przebierać się za kobiety, aż w końcu zmuszony był odbyć przymusowy urlop w klinice dla "nerwowych inaczej". Jednocześnie ów pan (przynajmniej tak pisało mu w akcie urodzenia) stanął przed bardzo trudnym problemem: ludzie z jego rodziny, którym bardzo zależało na ubezwłasnowolnieniu świntuszka - przebierańca, dążyli do przejęcia niewielkiej drukarni, należącej do tego starego zbereźnika, a którą otrzymał w spadku po rodzicach. Wiadomo było powszechnie, że wszystkie sprawy dotyczące jego majątku przybierają coraz bardziej niepokojący wygląd, trzeba było opracować skuteczną obronę, której na imię było Harry. Wydaje mi się, że jego matka wiedziała o wszystkim i tylko dlatego zgodziła się na wyjazd synka - ślamazary do europejskiego kraju pozbawionego drzew i ciemnych włosów.
Stopień pokrewieństwa Harrego z lekko ekscentrycznym wujem był większy niźli osób antagonistycznych względem jego. Tak więc przed wyjazdem wuja do Danii, gdzie zubożały transwestyta miał się leczyć, cały jego majątek przeszedł w ręce Edgenborough'a.
Początki nie były łatwe, niewielka drukarnia tuż poza miastem popadała w ruinę, długi sięgały niebotycznych sum, a nowy właściciel niewielkiej nadmorskiej posiadłości w równie opłakanym stanie nie był zbyt lubiany.
Harry miał jednak głowę na karku i nie zrażał się byle czym, nawet faktem, że nielubiane ciotki, którym sprzątnął dom sprzed nosa co kilka dni wybijały mu okna, płacąc miejscowym smarkom za ową mało legalną usługę. Dwa miesiące po przejęciu firmy podpisał umowę z miejscową gazetą, za której pieniądze spłacił część długów i zakupił nowe urządzenia do druku tanich, kolorowych tygodników. Interes zaczął się rozkręcać, choć Harry wiedział, że Belgia to nie kraj, w którym chciałby się zestarzeć.
Mimo, iż wyda się to zabawne, w końcu doszedł do porozumienia z wojowniczymi ciotkami, czyniąc je współwłaścicielkami zakładu, powierzając im kierownictwo i przekazując część zysków. Za pieniądze uzyskane w ten sposób wrócił do Stanów, zapłacił za leczenie wuja i przystąpił na studia ekonomiczne. Właściwie była to podrzędna państwowa szkółka, jednak dawała dyplom i wykształcenie, a to było w tej chwili najbardziej Harremu potrzebne.
Później było kilka drobnych firm, lombard, firma skupiająca akwizytorów danego funduszu powierniczego, aż wreszcie umowa z podupadającym bankiem, który dzięki swej pracy i wrodzonej zdolności, Harry przekształcił we wspaniale prosperującą instytucję. Jak zwykle, kierownictwo powierzając zaufanym osobom, samemu wykupując pakiet kontrolny i bilet na Hawaje.
Teraz jednak siedział w umywalce w swoim wielkim, wspaniałym domu z nieczynną łazienką. Ktoś, kto zawsze wybiega myślą o mile naprzód, nie przejmuje się wgniecionym zderzakiem samochodu, czy pękniętą rurą w łazience. Nawet gdyby ulatniał się gaz, Harry spokojnie by sobie wyszedł, wciągnął w płuca świeże leśne powietrze, a w przerwie na lunch zadzwonił do pogotowia gazowego i stwierdził, że w jego domu "chyba ulatnia się propan-butan".
Naprawdę nie wiem jak on to zrobił, jednak w jakiś cudowny sposób wlazł do umywalki. Machał sobie nogami w przypływie szczęścia, mocząc tłusty tyłek w przyjemnie zimnej wodzie. Miał na sobie jedynie gatki w czerwone serduszka i podkoszulek bez rękawów. Całość, z nim w środku, jak łatwo się domyślić, wyglądała dość śmiesznie i nawet tłumaczy przerażenie, mało - śmiertelną grozę, której doznał spoglądając w lustro wiszące nad umywalką. Spojrzał najpierw na siebie, potem rozejrzał się dookoła, czy aby nikt go nie widział. Aż wreszcie, kiedy zobaczył w lustrze swoje mokre gacie i ramionko od podkoszulka, dotarła do niego cała naga prawda - oto on Harry Edgenborough czerpał obsesyjną przyjemność z kąpieli w umywalce.
Ten dzień już nie był taki sam. Przynajmniej nie taki, jak każdy inny. Nie pomógł krawat, ani garnitur. Wciąż miał przed sobą wielkie, kryształowe lustro i majtki w serduszka. W uszach dźwięczała radośnie spływająca woda, w ogóle, wszystko wokół niego krzyczało: "umywalka"! Marne kilka godzin spędzonych w biurowcu zdawało się piekielnym koszmarem! Szemrząca woda w automacie do napojów, lustrzane szyby, plusk rybek w akwarium. To wszystko było ponad jego siły. Jak tylko szybko zdołał, popędził do ubikacji. Wiadomo - w biurowcach wysoki standard, stąd i umywalka szersza, ładna, ze złotym brzeżkiem. I lustro, znacznie większe, dlaczego nie kupić właśnie takiego! Drżącymi rękami zamknął za sobą drzwi, odkręcił wodę i tak, jak stał, wskoczył do umywalki.
Kiedy było już po wszystkim, a wcale nie trwało to krótko, uchylił drzwi, rozejrzał się, czy aby nikogo nie ma w korytarzu, a kiedy miał już pewność, że nikt go nie zauważy, popędził do gabinetu. Opuścił żaluzje, wyjął z szafy płaszcz przeciwdeszczowy, sięgający kolan i w środku lata, czterdziestostopniowych upałów, opatulony niczym mumia z Harlemu, w kapeluszu na głowie i ciemnych okularach na nosie i oczywiście w mokrych gaciach na zadku, pojechał do domu.
Wcale nie był z siebie zadowolony. Wręcz przeciwnie. Wiedział, że w jego rodzinie zdarzały się już niejedne odchyły, ale umywalka? Dlaczego umywalka?
Przebrał się, przeszedł do kuchni i z szafki, koło zlewu wyciągnął butelkę taniej szkockiej. Nalał jej sobie do porcelanowego kubka i jednym haustem "wychylił" prawie całą jego zawartość. Z półki w bibliotece wziął książkę dotyczącą zdrowia czy czegoś takiego. Poradnik, encyklopedia, dokładnie nie pamiętam. Dowiedział się, że różne nienormalne zachowania mogą mieć różną przyczynę: schizofrenia, dziedziczne upośledzenie, paranoja, kompleksy na tle własnego ptaszka i setki innych. Harry'ego najbardziej zaniepokoił fakt, że nie miał żadnego z wymienionego w książce problemów, a zatem wciąż nie wiedział, co mu jest!
Kilka godzin przed wieczorem był już pijany, tak pijany, że nawet nie chciało mu się wchodzić do umywalki. Następnego dnia postanowił udać się do lekarza, zabrał jednak z sobą ubranie do przebrania, szczotkę do pleców i gumową kaczkę.
-Więc twierdzi pan, że nie może się oprzeć żadnej umywalce, czy tak? - zapytał zdziwiony psychiatra.
-Tttak jest, to znaczy tak myślę albo raczej. - jąkał się i zacinał, zupełnie jakby postradał rozum.
-Pali pan? - zapytał doktor.
-Tak.
-A pije pan? - spytał ponownie, zapisując coś w swoim notesie, który trzymał na kolanach.
-Jasne.
-Mięso pan je?
-Tak, ale tylko smażone.
Specjalista od chorób umysłowych zastanawiał się długo, nawet bardzo długo, co wyraźnie drażniło Harrego Edgenborough'a. W końcu jednak przeszedł do swojego biurka, przejrzał kilka książek leżących na wierzchu, aż w końcu stwierdził:
-Według mnie nic panu nie dolega.
Być może było tak w istocie, ale tego dnia w biurze Harry znów musiał wejść do umywalki. Siedział tam przez pół godziny, rozmawiając ze swoją gumową kaczką imieniem Lucy. Oprócz tego, około trzeciej po południu, podpisał znakomity kontrakt ze znanym koncernem przemysłowym i tego wieczoru też się upił. Tym razem ze szczęścia i znacznie bardziej wykwintnym alkoholem.
Niepokojące było jedynie to, że zew umywalki odczuwał coraz częściej! Nieraz zdarzało się, że już w środku nocy musiał wstawać i włazić do umywalki, choć oczywiście w dalszym ciągu nie mam pojęcia jak to robił. W pracy nie pokazywał się zbyt często, za to w swojej łazience spędzał całe długie godziny.
Nikt nie wie dzisiaj, co stało się z Harrym. Nie odpowiadał na telefony, na listy, w ogóle nie dawał znaków życia. W końcu zaniepokojeni znajomi zadzwonili do jego ciotek, a kiedy te przybyły do jego posiadłości, zamiast swojego siostrzeńca - Harrego Edgenborough'a w umywalce zastały tylko gatki w serduszka, podkoszulek bez rękawów i dwie gumowe kaczki! Jedna była nawet całkiem do niego podobna, ale pewnie to było złudzenie. Przecież nie wyrosła mu guma na plecach!

20.12.1999 godz. 23.30

BOGUS LUKAJ

BOGAS@TENBIT.PL