|
WRÓĆ
Mit'O'Logic
Witam w świecie zapomnianych faktów i mitów przed wiekami ukrytych, nie mających nigdy ujrzeć światła dziennego. Zaznaczam jednak, że poniższa historia, którą chciałbym tu przedstawić jest bardziej zagmatwana, niż pismo na recepcie wypisanej przez reumatyka, dziwniejsza niż zawody pływackie w pustym basenie i bardziej nieprawdopodobna niż obniżka cen benzyny w Polsce.
Jak wiemy, na początku był Chaos. Nie jest to wersja potwierdzona, ale na razie wyjdźmy z takiego założenia. Zresztą, kto tak naprawdę wie, co się wtedy stało?
Wracając do tematu.
Uranos, pośród swego licznego potomstwa, w którym można było odnaleźć tak egzotyczne stworze-nia, jak jednoocy cyklopi, olbrzymi tytani i sturęcy Sturęcy, miał dwóch, bardzo osobliwych synów. Pierwszy należał do rasy Binosów. Nazwa pochodzi od tego, że posiadał o jeden nos więcej, niż normal-nie. Uranos uważał, że nie warto wymyślać nazwy dla gatunku, który posiada tylko jednego przedstawi-ciela, ale syn się uparł. Uranos miał wtedy chyba zły dzień i nie zastanawiał się zbyt długo nad nazwą. Widać tego efekty.
Drugi syn wyglądał, jak cyklop bez jednego oka. Znaczyło to, że w ogóle nie miał oczu. Ojciec chciał go tedy nazwać Aklop, ale ten opierał się przed nadaniem mu imienia brzmiącego jak pochodna sracza. Nie miał jednak takiego daru przekonywania jak jego starszy brat.
Nie byli wcale aż tak szpetni i okrutni, jak reszta rodzeństwa, żeby Uranos chciał się ich pozbyć. Wła-ściwie w ogóle nie byli szpetni ani okrutni. Uranos jednak szukając dziury w całym, czepił się jednej ce-chy, która z czasem stała się jego życiową obsesją.
- Nie wytrzymam dłużej! Ci dwaj to zmora całego naszego rodu! - wrzeszczał Władca świata chodząc po pokoju i wymachując w złości rękami.
Jego żona, Gaja siedziała przy toaletce i nie przerywając układania włosów odparła:
- Oni też? - o ile sobie przypominała, to według Uranosa cały ich ród był zmorą rodu.
- Tak! A żebyś wiedziała, że też!
- Co tym razem jest nie tak? Tytanów wygnałeś za wredny charakter, co jeszcze mogę zrozumieć, Cy-klopów skazałeś na Tartar za sam wygląd, a Sturęcy... - Tu zrobiła pauzę i zamyśliła się - A właśnie, co takiego strasznego zrobili Sturęcy?
- Nic, To było z przyzwyczajenia...
Gaja posłała mu pełne zdziwienia spojrzenie.
- Co? - spytała w końcu nie mogąc zrozumieć.
- No wiesz... - zakłopotał się - to znaczy, żeby pozostali nie pomyśleli, że kogoś faworyzuję...
Bogini Ziemi zaniemówiła. Jej oczy zrobiły się idealnie okrągłe, jak na rysunkach z japońskich ko-miksów. Właśnie rozmyślała, czy istnieje szansa, że z chaosu powstał jeszcze jakiś bóg. Były to tylko marzenia, ale każdy byłby lepszy od Uranosa, nie tylko jako ojciec jej dzieci, ale też... No cóż, Prawdą jest, że Rola ojca, to nie jedyna rzecz, z którą Uranos sobie nie radził...
Gaja westchnęła.
- Ale ci dwaj są najgorsi. - kontynuował bóg - To kompletni idioci! Bez przerwy zamęczają mnie głu-pimi pytaniami, bez przerwy gadają i kłócą się ze sobą. Jestem bliski obłędu!
Gaja powstrzymała się przed rzuceniem cisnącego się jej na usta komentarza, a zamiast tego zwró-ciła uwagę, na inny szczegół:
- Przecież mają dopiero po dziesięć lat!
- A co to ma do rzeczy? - spytał Uranos - Tytani w ich wieku tego nie robili.
- Bo w ogóle nie umieli mówić! - wybuchła Gaja - Za to wybijali kamieniami szyby z domu. - Ostat-nie zdanie wypowiedziała z naciskiem wspominając te pięciotonowe głazy, tak wielkie, że mogły być w późniejszym czasie inspiracją do projektów katapulty.
- Innymi słowy to po prostu idiotyzm! - zakończyła Gaja, mając nadzieję, że stanowczo.
- Ach tak? - Wyraz twarzy Uranosa przybrał bardzo specyficzny wygląd. Taką minę mógł mieć na-uczyciel matematyki zadając wyjątkowo trudne i podchwytliwe pytanie. Fundamenty pewności sie-bie Gai zostały zachwiane, gdy usłyszała zbliżający się odgłos stóp.
Uranos otworzył drzwi, przez które wpadli Dwaj bracia.
Bezoki, dziesięcioletni półbóg Aklop potknął się o stopień i upadł, Binos potknął się o niego i wylą-dował na swoim bracie.
- Aklop! gdzie ty masz oczy?! - zawołał z pozycji leżącej.
- Dobre pytanie! Hej! Ten dywan mnie uderzył!
- To ty na niego wpadłeś, ślepoto ruska!
- Ja? - Zastanowił się chwilę, po czym spytał - A co to znaczy?
- To takie stare określenie.
- Od jak dawna stare?
- Będzie stare, za jakieś sześć tysięcy lat.
Gaja podskoczyła na krześle.
- Znowu bawiliście się księgą przepowiedni?
- Przecież wam zabroniłem! - ryknął Uranos, ale jego uwagę zwrócił mały błyszczący przedmiot w ręku Binosa.
- Mówiłem ci też, żebyś nie biegał z widelcem w dłoni. Możesz komuś oczy wydłubać!
Spojrzał na Aklopa.
- A może i nie. - dodał zrezygnowany.
- Znowu się biliście? - spytała Gaja
- To jego wina! - Bronił się Aklop wskazując brata - Bawiliśmy się w chowanego, a on przegrywał i ciągle powtarzał, że podglądam, gdzie się chowa!
- A on kazał mi się zatkać! - odparł dwunosy brat, dla którego katar dawał nowe znaczenie słowu "udręka".
- Nieprawda! Przestań, bo osobiście wrzucę cię do Tartaru!
- Patrz, jak się boję! Kto w ogóle wymyślił taką nazwę? Tartar... Tak się może nazywać Twaróg, a nie otchłanie piekielne!
Aklop odpowiedział mu wtedy:
- Kiedyś naprawdę cię tam wrzucę, a gdy ktoś zapyta mnie, czy cię widziałem, będę mógł z czystym sumieniem odpowiedzieć: NIE!
- Aklop! - skarciła syna matka.
- No co? Przecież nie skłamię!
- Nie dałbym się tak podejść! - zaprotestował brat.
- Pewnie! Wywęszyłbyś każdy podstęp! - odparł, celowo akcentując to jedno słowo.
Twarz Aklopa zaliczyła bliskie spotkanie trzeciego stopnia, z pięścią Binosa. W wyniku reakcji łań-cuchowej, obaj bracia tarzali się po podłodze wzniecając tumany kurzu, w których rozróżnić można było jedynie szybko przemieszczające się pięści. Takie zachowanie wśród rodzeństwa uchodzi za naturalne.
Rodzicom udało się rozdzielić walczących i uspokoić ich.
- Dobrze, - zaczął Uranos - a teraz zostawcie nas samych.
Dwaj bracia wyszli nie odzywając się.
- I postarajcie się już nie broić.
- Się zobaczy - odpowiedział Binos, a zaraz potem - Au! To nie było do ciebie, Aklop!
I tak kłócąc się, znikli w głębi korytarza. Uranos zamknął drzwi.
- I co ty na to? - spytał.
- Każ im się pakować - odparła zrezygnowana - Tyle już naszych dzieci wygnałeś... Dwóch więcej w tę, czy w tę nie zrobi różnicy!
Uranos zaczął od wyboru miejsca zsyłki. Hades wydawał się oczywistym miejscem. Tym samym jed-nak skazywał resztę potomstwa na wieczne towarzystwo Binosa i Aklopa...
Nie. Istnieją w końcu jakieś granice okrucieństwa.
Nie mogli zostać na Olimpie, nie mógł ich zesłać Niżej. Pozostawał świat pomiędzy nimi. Nazywali go Ziemią.
Hmm... Ziemia. W owych czasach nie było to zbyt miłe miejsce. Świat składający się z pierwotnych lądów, dopiero co krzepnących i stygnących, oraz potoków wszechobecnej, stopionej skały byłby ucztą dla oczu naukowca-paleontologa, badającego jego przeszłość geologiczną, ale do zamieszkiwania się nie nadawał. Uranos musiał trochę poprawić to i owo.
Skoncentrował się i wypowiedział brzmiące niczym uderzenie gromu Słowa:
NIECHAJ STANIE SIĘ ŚWIATŁOŚĆ!
Nie stała się. Uranos otworzył oczy - nie pomogło.
- Gaja! - zawołał. - Prosiłem o światło! Zapal te przeklęte świece, bo nie widzę, co się dzieje!
Jego małżonka zajęta czymś nieistotnym pstryknęła tylko palcami, a płomień sam ożył na czubkach zdobionych złotem świec. Bycie boginią miało swoje zalety.
Uranos widział teraz doskonale cały świat pod sobą. Nawet nie dlatego, że te świece dawały taki blask. Tu bardziej liczył się fakt, że całej Ziemi było góra trzynaście metrów kwadratowych. Od początku nikt nie zamierzał na niej mieszkać. Stworzona została jako granica oddzielająca Olimp od Hadesu.
Następnie Uranos, wydał następne z kilku poleceń, które stopniowo uczynią świat zdatnym do życia.
NIECH... - tu urwał, po czym natchniony nowym pomysłem, wypowiedział następujące Słowa:
N IECH ZAJMIE SIĘ TYM MOJA ŻONA! TO W KOŃCU ONA JEST BOGINIĄ ZIEMI!
- Że co? - Zdążyła krzyknąć, zanim została przeniesiona nad Ziemię, gdzie zostanie, aż do skończenia zaczętego przez Uranosa dzieła.
Bycie boginią miało swoje wady.
Po pięciu latach świat był lepszym miejscem (chociaż, gdyby Gaja wiedziała, co takiego zrobią z nim ludzie za kilka tysiącleci, na pewno nie starałaby się tak bardzo). Jednak bogini nie poświęcała całego swego czasu wyłącznie w celach ekologiczno-twórczych. Jej głównym celem było obmyślenie doskona-łego planu zemsty na Uranosie. Czasu miała aż nadto, a pomocnym, w powodzeniu całego planu miał być pewien detal techniczny, o którym jej mąż miał się już rychło dowiedzieć.
Ziemia była, a Dwaj synowie pierwszych bogów byli tam także.
- To miło ze strony rodziców, że podarowali nam własne królestwo. - zauważył Aklop.
- Nawet jeśli nie ma nad kim sprawować władzy? - Binos był raczej sceptyczny.
- Nie kręć nosami! Nie zagląda się w zęby darowanemu... No, temu, czemu zwykle się nie zagląda - dokończył niepewnie. W starożytnych podaniach pisało, że ten świat jest tak ogromny, że rozglądając się z najwyższej góry nie można było dostrzec jego krańców, a góra jest tak wysoka, że zrzucone z niej kowadło pomalowane na brązowo leciałoby trzy dni i trzy noce, zanim przypomniałoby sobie, że nie umie latać... - ostatnie słowa wypowiedział trochę niepewnie.
Binos patrzył na niego ze zdziwioną miną.
- Zresztą nie wiem. - dodał. - w starożytnych podaniach brzmiało to lepiej...
- Aklop! - Nie wytrzymał brat.- Jesteś ślepy! W jaki sposób przeczytałeś Starożytne Podania! Nie mówiąc już o tym, że ten wszechświat jest zbyt młody, by cokolwiek mogło być w nim stare, ani tym bardziej starożytne!
Zamiast odpowiedzi Aklop wyciągnął coś z plecaka i podał bratu.
- Co to jest alfabet Braile'?
- Ee... Nieważne. Nie zrozumiałbyś.
- A poza tym ten świat mi się nie podoba. Jest jakiś dziwny.
- Doprawdy? - zdziwił się Aklop - Nie zauważyłem.
Świat dookoła nich wyglądał normalnie. Okolica nadawałaby się na okładkę magazynu National Geografic. Wszędzie były zielone drzewa, przezroczyste strumyki i kwiaty we wszystkich pozostałych kolorach. Widziane w oddali ośnieżone szczyty wyglądały, jak największa porcja lodów śmietankowych, jakie Binos kiedykolwiek widział. I prawdę mówiąc, byłaby to pierwsza porcja lodów, jaką Binos kiedy-kolwiek w ogóle widział. Za to nie byłaby to pierwsza porcja lodów, którą widziałby Aklop, bo ten w ogóle nic nie widział.
- Wiesz co? - zagadnął Aklop. - Musimy poznać to miejsce. Idź powęsz trochę po krzakach, a ja się porozglądam.
Jak powiedział, tak też zrobił. Skierował swe kroki w losowym kierunku i przeszedł kilka kroków. Zderzył się z drzewem i upadł. Wstał, przeprosił i poszedł dalej, zostawiając Binosa samego na pastwę siebie.
Binos wzruszył ramionami i pomaszerował w przeciwną stronę.
Mając piętnaście lat dwaj bracia wcale nie rozumieli się lepiej, niż pół dekady temu.
Coś okrągłego, błyszczącego i żółtego wisiało pod niebem. Binos odwracał wzrok, bo od samego patrzenia na to można było stracić wzrok. Było to Słońce. Słońce nie miało przed sobą ciekawych per-spektyw. Dziesięć kolejnych miliardów lat zajęte będzie spalaniem olbrzymich zapasów wodoru i za-mieniania ich na energię cieplną i świetlną. Na koniec Zrobi wielkie BUM, pochłaniając kilka sąsiednich planet, lub też, co być może skurczy się do rozmiarów łebka od szpilki, zachowując jednocześnie całą swoją masę i nagle poczuje nieodpartą chęć wchłaniania wszelkiej materii i zakrzywiania przestrzeni wo-kół siebie.
Na razie jednak Słońce zajęte było świeceniem. Gdyby spojrzało w dół, zobaczyłoby Binosa krążą-cego bez celu po lesie. Mogło nawet dojrzeć szczegóły tego lasu. Gdyby jednak odeszło od szczegółów i przeszło do ogółu, spostrzegłoby, że las układa się w labirynt. Był to jeden z tych labiryntów, do których o wiele łatwiej jest wejść, niż z nich wyjść.
Binos nabrał dziwnej ochoty mieć przy sobie szpulkę nici. I za nic na świecie nie mógł sobie uzmy-słowić, dlaczego.
Las rzeczywiście był labiryntem. W pewnych miejscach drzewa rosły tak gęsto, że niemożliwe było przeciśnięcie się między nimi. Binos szedł więc przed siebie. Wiadomo, że w labiryntach przebywają potwory. Ten labirynt nie był wyjątkiem.
Binos stał naprzeciw... czegoś. Nie był pewien czego. Binos niezwykle rzadko używał słów "dziw-ny", czy "niezwykły" w odniesieniu do postaci i stworów. Ale w przypadku kogoś posiadającego takie rodzeństwo można to zrozumieć. Nie przestraszył się widząc stwora labiryntu. Gorsze rzeczy widywał patrząc w lustro.
Postać była w połowie człowiekiem, w połowie bykiem. Binos jednak instynktownie podejrzewał, że coś tu jest nie tak. To dlatego, że w tym przypadku ludzką częścią była głowa, a do byka należała cała reszta. Był to Tauromin. Interesujący kalambur, jednak Binos nie posiadał dostatecznej wiedzy, by nale-życie go docenić.
Właściwie nie wiadomo, dlaczego bogowie tworzyli potwory. Prawdopodobnie brało się to z braku wyobraźni i potrzeby wyrwania się z nudy. Nie mieli pojęcia jaki nowy gatunek zwierzęcia stworzyć, więc brali po kawałku z już istniejących i sklejali razem. Tak więc, gdy po stworzeniu tysięcznej odmiany węża pewien bóg zaczął się nudzić, napadła go nagła ochota skleić kilka węży razem i doczepić im ga-dzie nogi. Stworzony w ten sposób nowy gatunek nie był chyba ze swego wyglądu zadowolony, przez co skończył marnie zabity przez ścięcie głów. Był to pierwszy wymarły z winy człowieka gatunek na ziemi.
Binos Patrząc na byczego stwora, poczuł nagłą chęć nieposiadania na sobie niczego czerwonego.
Tauromin przyjrzał się obcemu. Przyjrzał się jego twarzy. Spojrzał na jego nos. Potem na drugi.
- Chłopie, co ci się stało z twarzą? - zapytał.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi. - odpowiedział szczerze - lepiej odpowiedz, co tobie się stało.
- Teraz z kolei ja nie rozumiem. Co ci się we mnie nie podoba? Rasista jakiś, czy co?
- Skądże! Cokolwiek to znaczy...
- Nieczęsto widuję tu kogoś takiego jak ty. - stwór zmienił temat.
- To znaczy kogo?
- Kogokolwiek.
- Och. A kogo zwykle spotykasz?
- Zwykle? Nikogo.
- Naprawdę? A jak często?
- Nigdy, prawdę mówiąc.
- Chyba zaczynam rozumieć.
Na chwilę zapadła cisza, która świadczyła o tym, że temat został wyeksploatowany.
- Bezpiecznie jest tak chodzić po lesie? - zaczął Tauromin.
- Ja mam to wiedzieć?
- To była tylko sugestia, że nie jest.
- Aha. Właśnie stąd wychodziłem.
- Pewnie nie wiesz, gdzie jest wyjście, co? - zapytał z drwiną w głosie.
- Pewnie, że wiem! A przynajmniej wiedziałem, gdy tu wchodziłem....
Tymczasem Aklop znalazł się na wielkim płaskowyżu z pięknym widokiem na dolinę i mieniącym się tęczą w świetle słońca gigantycznym wodospadem. Drzewa były tu najzieleńsze, a kwiaty bardziej kolo-rowe, niż obraz widziany po zażyciu czegoś białego, sypkiego i z foliowej torebki. To, że akurat Aklop był percepcyjnie ograniczony dowodzi, że Los także ma poczucie humoru.
Sam Aklop zajęty był w tej chwili błądzeniem. Ta czynność wychodziła mu jak mało która.
- Witaj - rozległ się niespodziewany głos na wysokości jego kolan.
- Kim jesteś? - spytał Aklop jednocześnie zastanawiając się, czy rzeczywiście chce poznać odpowiedź.
- Zdaje się, że nadano mi imię Satyr.
Rzeczywiście, chociaż Aklop nie mógł tego stwierdzić, postać miała koźle rogi, Ludzką głowę i tors, a od pasa w dół koźle nogi.
- Aha...To opowiedz jakiś dowcip - zaproponował. Stanowczo za długo przesiedział nad księgą, czy-tając proroctwa wyroczni. I jak widać, nie czytał tej księgi zbyt dokładnie.
- Co?
- Nieważne. Nie widziałeś gdzieś mojego brata Binosa? Wiesz, taki chudy, wysoki, ma nosa do pako-wania się w kłopoty.
- Nie przypominam sobie, a gdzie powinien teraz być?
- Zwykle jest gdziekolwiek i zajmuje się wtykaniem nosów w nie swoje sprawy.
- A ty pewnie świecisz za niego oczami, co? - wtrącił ironicznie Satyr - Kim ty w ogóle jesteś?
- Jestem Aklopem, nazywam się Aklop. - odparł, zupełnie ignorując aluzję. - Właśnie rozglądałem się po okolicy.
Satyr podejrzliwie przyjrzał się twarzy przybysza, na wypadek, gdyby któraś jej część jednak zawie-rała jakiś organ optyczny.
- Jesteś pewien, że to odpowiednia rola dla ciebie? - zapytał.
- Nie widzę żadnych przeciwwskazań. - odparł tonem, który wyraźnie dawał do zrozumienia, że jaki-kolwiek złośliwy komentarz, lub cyniczna uwaga nie zostaną ciepło przyjęte.
Satyr postanowił rozsądnie nie roztrząsać tego tematu.
- Wiesz, - zaczął Binos - chcę zwiedzić okolicę. Pomożesz mi?
- Da się zrobić. - odparł po namyśle Satyr. I tak nie miał nic ciekawszego do roboty od fałszowania na harmonijce i uganiania się za nimfami.
Tymczasem Binos, jak pamiętamy zaprzyjaźnił się z potworem. Tauromin okazał się, odwrotnie do swego impulsywnego kuzyna z Krety, dosyć inteligentny i rozmowny. Binos zapragnął przemierzyć świat wzdłuż i wszerz. Pół człowiek, pół byk postanowił udać się w podróż razem z nim.
Tak więc ze wschodu na zachód podążał, jadąc na grzbiecie Tauromina - Binos, a z zachodu na wschód podążał Aklop w towarzystwie Satyra. Rozsądek podpowiada nam, że powinni się spotkać po drugiej stronie globu. Jednak w tych wczesnych czasach nie wszyscy kierowali się rozsądkiem.
Pierwsi bogowie obserwowali to wszystko unosząc się pod niebem.
- Co się stanie, gdy dotrą do krańców? - spytała Gaja, gdy chwila była odpowiednia.
- Co masz namyśli? - nie zrozumiał Uranos.
- No wiesz, kiedy dotrą na kraniec świata, to czy spadną?
Uranos uśmiechnął się i tonem eksperta odpowiedział:
- Nie mają prawa spaść. Siła przyciągania na to nie pozwoli. Widzisz, Kula ziemska jest tak wielka, że gdzie by nie byli, na górze, czy na dole, im zawsze wydaje się, że są na górze. Wszystko jest względ-ne. - zakończył filozoficznie.
- Aha... - odpowiedziała niepewnie próbując jakoś przepchnąć informacje przez uszy tak, żeby nie zgubić żadnej jej cząstki. - Aha... Jaka kula?
- Kula ziemska.
- Nie pamiętam, żebym tworzyła jakąś kulę. - odpowiedziała obserwując jego reakcję.
Temperatura wokół nich spadła o kilka stopni. Uranos zaczął mieć wątpliwości.
- Nie powiesz mi chyba, że stworzyłaś płaski świat?
Uranos zadał to pytanie tonem dającym dobitnie do zrozumienia, że nie przyjmie spokojnie żadnej odpowiedzi brzmiącej inaczej niż "Oczywiście, że nie".
Ku jego przerażeniu, Gaja odparła spokojne:
- A dlaczego nie? Uważam, że dysk jest bardzo praktyczny. - odpowiedziała, tłumiąc chęć parsknięcia śmiechem obserwując reakcję męża.
Uranos przewrócił oczami i pognał przed siebie niczym ktoś, kto ma do zrobienia najważniejszą rzecz w życiu. Gaja usłyszała jeszcze,. Jak mamrocze coś w rodzaju "Dać coś babie do zrobienia...!"
- To chyba nie jest odpowiednia pora, żeby wspominać mu o żółwiu i słoniach... - dodała po chwili mówiąc do siebie.
Uranos miał powody do niepokoju.
Trzeba tych dwóch trzymać z dala od Hadesu, powtarzał. Najważniejsze, żeby się nie dowiedzieli, co stało się z ich rodzeństwem. Oni nadal myślą, że wyruszyli w świat. Gdyby tak teraz zajrzeli poza kra-wędź i zobaczyli swoich braci stłoczonych na dnie Tartaru, mogliby dojść do niebezpiecznych wniosków. Pierwszym mogłoby być ich uwolnienie. Drugim wnioskiem martwił się najbardziej, a był on wynikiem pierwszego. Chodziło o to, co zrobi uwolniona armia potworów, która była latami więziona w najpaskud-niejszym miejscu na ziemi. A Uranos nie miał wcale ochoty zamienić się z nimi miejscami.
Korzystając z całej mocy swej boskości, zdołał przekształcić Ziemię tak, aby płaski dysk utworzył kulę zamykającą w swej sferze cały Hades, chroniąc go przed wzrokiem synów.
Ale najpierw musiał się pozbyć czterech słoni podtrzymujących dysk na swych grzbietach i wielkie-go żółwia, podtrzymującego te cztery słonie. Skąd się tam wzięły, Uranos nie dowiedział się do końca swych dni. Czyli, z grubsza rzecz biorąc przez następne dziesięć minut...
Krawędzie świata zetknęły się ze sobą. Binos dotarłszy już do owej krawędzi na chwilę przed połą-czeniem zdumiał się, widząc brata w miejscu, gdzie chwilę wcześniej widział pustkę. Aklop z kolei nie zdziwił się ani trochę, ponieważ w miejscu, gdzie nic nie widział, nadal nic nie widział.
Odtąd Ziemia stała się okrągła. W swym jądrze, pod tonami skał, gdzie panują piekielne temperatury, znajdował się Hades.
Uranos otarł pot z czoła. Był bogiem, a bogowie raczej się nie pocą, ale uznał, że są momenty, w któ-rych po prostu trzeba symbolicznie otrzeć pot z czoła. Słowem, był zadowolony z dobrze wykonanej ro-boty. I był z niej zadowolony całe pięć sekund, czyli, z grubsza rzecz biorąc, do końca swego życia...
- Daremny trud, stary głupcze. - Odezwał się głos za jego plecami.
Zaraz potem Uranos poczuł w plecach zimną stal. Odwrócił się czując przenikliwy ból w plecach i ujrzał postać dzierżącą w dłoni zakrwawiony sierp. Uranos pad martwy u stóp swego mordercy.
- Dobra robota. - przyznała Gaja kierując słowa do swego najmłodszego syna, Kronosa. - Zemsta jest słodka!
W tym samym czasie na Ziemi, dwaj bracia myśleli o przyszłości.
- To co będziemy teraz robić? - zastanowił się Aklop.
- Myślę, że na tym świecie przydałby się nowy gatunek. Niepodobny do pozostałych. Taki, który mógłby panować mądrze i sprawiedliwie. Inteligentny, ale nie na tyle potężny, by być niebezpieczny.
- Hmm... - zamyślił się satyr. - Nie całkiem bóg, nie do końca zwierzę?
- Na podobieństwo naszych rodziców. - Zakończył Binos, po czym wziął w garść grudkę ziemi i uśmiechnął się. W księdze proroctw pisało dokładnie, co należy zrobić.
Szwinda
|