WRÓĆ
Wlasciwie nie wiem kiedy to sie zaczelo. Po prostu pewnego dnia, tuz po swicie, wyruszylem w droge. Z tych pierwszych okresów niewiele pamietam bylem wtedy za bardzo zszokowany, nie wiedzialem co sie dzieje, a mój umysl tak zmeczony byl pochlanianiem bodzców i rozróznianiem ich, ze nie zdolal zachowac jakis trwalszych wspomnien. Nie mniej jednak nie byl to czas stracony. Nauczylem sie wtedy podstawowych prawidel rzadzacych ta podróza. Dowiedzialem sie jak przemieszczac sie najszybciej z miejsca na miejsce, jak rozrózniac rosliny jadalne od niejadalnych i co najwazniejsze jak porozumiewac sie z innymi podrózujacymi. Ich mowa choc podobna do mojej jednak róznila sie nieco. Kazdy mówil wlasciwie innym narzeczem namskiego i dlatego czesto wynikaly nieporozumienia. Na przyklad slowo: womal moglo wywolywac dobre lub zle skojarzenia, zaleznie od tego, z kim sie rozmawialo. Dla czlowieka z Górnej Namii byla to nazwa przyjaznego zwierzatka domowego o niewielkich rozmiarach, halasliwego, radosnego i przyjemnego w obcowaniu. Natomiast dla ludzi z pozostalej czesci kraju, a zwlaszcza dla Cejmasów, slowo to mialo znaczenie pejoratywne i oznaczalo osobe niewarta zaufania, niegodziwa, myslaca tylko o swoich interesach, a czasem nawet rozwiazla. Co do womali, to sa to niezwykle ciekawe i dziwne stworzonka. Tak przynajmniej myslalem ongis. Kiedys jeden taki wedrowal ze mna przez jakis czas. Zaczelo sie to tak, ze spotkalem go podczas posilania sie przed dalsza podróza. Podszedl do mnie i zrobil slodka mine (tu nalezy dodac, ze womale sa naprawde ladne i maja w sobie cos takiego, ze ludzie bardzo chetnie obcuja z nimi). Te male stworzonko wygladalo na takie smutne i samotne, ze postanowilem zaopiekowac sie nim. Na poczatku bylem troche nieufny, ale juz po kilku dniach poddalem sie jego urokowi. Bylo bardzo zabawne, a ja potrzebowalem jakiegos towarzystwa, potrzebowalem miec do kogo otworzyc usta. A chociaz Ville (bo tak go nazwalem) nie byl partnerem do rozmowy, to jednak potrafil sluchac. Albo dobrze udawal… Przez pierwsze kilka tygodni zylo mi sie z nim dobrze. Byl dla mnie jedynym womalem z jakim mialem kontakt, a ja bylem jedynym do kogo on sie lasil. Potem stosunki pomiedzy nami poczely sie zmieniac. On zaczal podchodzic do nieznajomych, stroil do nich takie miny, jakimi przywital mnie w dzien, w którym go poznalem. Oczywiscie robil to za moimi plecami, ale kiedys udalo mi sie cos takiego podpatrzyc. Udawalem jednak przed nim, ze o niczym nie wiem, ze nic nie widzialem. A on równiez zachowywal sie jak gdyby nic sie nie stalo. Nie dawal po sobie poznac, ze cos mu nie pasuje, ze chcialby cos zmienic. Ale od tamtego czasu, przygladalem mu sie uwazniej; zwlaszcza wtedy, gdy myslal, ze nie ma mnie w poblizu. I pewnego dnia przekroczyl granice mojej tolerancji i cierpliwosci. Poczulem sie wtedy podle. Bo jak on, który byl mój, którym ja sie opiekowalem, dla którego zrobilem tak wiele i tak czesto sie poswiecalem, jak teraz mógl jesc z reki kogos innego niz ja!!! Poczulem sie upokorzony, zawiedziony i przestalem wierzyc w cokolwiek. Oczywiscie kazalem mu zejsc z moich oczu, odejsc w swoja strone z tym, który go dokarmial (tak jakby to co ja jemu dawalem do jedzenia nie wystarczalo!). On jeszcze próbowal mnie uspokoic, kladl sie u moich nóg, jakby mówil, ze to ja jestem jego panem, ze tamto bylo pomylka i sie juz wiecej nie powtórzy. Ale ja wiedzialem swoje. Stalo sie dla mnie oczywiste, ze nie moge zaufac ani jemu, ani zadnemu z jego gatunku. Bo przeciez wydawalo mi sie kiedys, ze on byl najwspanialszy i najszlachetniejszy, a jednak i on mnie zawiódl. Teraz zrozumialem Cejmasów i wiedzialem dlaczego womal, to dla nich tak nieprzyjemne slowo. Ale to nie byl jedyny towarzysz mojej drogi. Od kiedy pamietam podrózowal ze mna Marik. Byl to ktos podobny do mnie, tyle ze piekniejszy i madrzejszy. Jego madrosc przejawiala sie w dosc dziwny sposób, poniewaz byl niemowa. Nie byl natomiast gluchy i kiedy go o cos pytalem, a zwlaszcza czy pójsc ta sciezka czy inna, to kiwal glowa, przekazujac mi tym samym, co mam robic. Sluchalem go, bo nie pomylil sie ani razu. Czasami jednak denerwowala mnie jego obecnosc. Zmuszala mnie ona do postepowania tak, jak on sobie tego zyczyl. Kiedys postapilem inaczej niz doradzal mi to Marik ot, tak z przekory, aby tylko zrobic mu na zlosc, aby poczuc, ze sam jestem swoim panem i nie musze nikogo sluchac. Pozalowalem tego jednak bardzo szybko. Juz po kilku godzinach zaczelo dziac sie z nim cos dziwnego. Na poczatku stal sie smutny. Potem krople potu wystapily na jego czolo, glowa zrobila sie czerwona i nabrzmiala w dziwny sposób. Przez kilka nastepnych dni strasznie chorowal i patrzyl na mnie wszystko mówiacym wzrokiem. Mimo, ze nie wypowiadal slów, slyszalem: „Patrz, to przez ciebie. Cierp, jak i ja cierpie. Przyjmij na barki jarzmo swojej winy. Nie zrzucaj tego na mnie” . To zdarzenie spowodowalo, ze juz nigdy wiecej nie chcialem sie jemu sprzeciwiac. Zylo mi sie trudniej wiedzac, ze jestem podporzadkowany zasadom, mowie mego niemego towarzysza, ze nie moge bezkarnie robic wszystkiego na co tylko mam ochote, ze jesli postapie nieprawidlowo, to odbije sie to na jego stanie. Ale gdy patrze na to z perspektywy czasu, to ciesze sie, ze jest on ze mna i sprawia, ze jestem i czuje sie lepszy. Ostatnio, razem z Marikiem, spotkalismy czlowieka, który sam siebie nazywal Lowca. Nie wywarl on na nas pozytywnych wrazen; wlasciwie mozna powiedziec, ze byl to najnikczemniejsza osoba, jaka przyszlo nam spotkac. Jego ulubionym zajeciem bylo wabienie i karmienie cudzych womali rarytasami, które zdobywal nie wiadomo skad. Oczywiscie, kiedy zwierze spróbowalo takich przysmaków, nie chcialo juz wracac do swojego wlasciciela lub robilo to niechetnie, czasem udajac, ze smakuje mu cos, co tak naprawde nie zadowalalo juz jego gustów. To, co robil Lowca, uwazam (i mój niemy towarzysz przyznaje mi racje) za czyn wysoce haniebny. Nie chodzi mi tu tylko o krzywde jaka wyrzadzal wlascicielom tych zwierzatek, nie mówie tez o niegodziwosci, w które wplataly sie przez niego one same, ale krzywdzil on samego siebie, bo swoim postepowaniem niszczyl w sobie te czesc duszy, która odpowiadala za wznioslejsze uczucia. Nie mógl on jako osoba, która lubi womale, tylko dla przyjemnosci wyplywajacych z karmienia ich poczuc w sobie nigdy niczego wiecej, niz tylko krótkotrwalej rozkoszy. Nie mógl on zaznac przyjazni, radosci z obcowania z nimi, tesknoty, gdy znikaly na jakis czas… Chociaz, patrzac na to z drugiej strony, kazde moje doswiadczenie plynace ze znajomosci z Ville, kazde odczucie, które wydawalo mi sie wtedy tak wspaniale, dzis postrzegam jako sztuczne; wiec moze postepowal on slusznie? A moze to ja pomylilem sie co do tych stworzonek? Moze mój przyklad nie stanowi reguly? Moze one sa jednak wspaniale?… Na szczescie Lowca, zaraz po tym, jak pochwalil sie nam swymi dokonaniami, zniknal, aby dalej polowac. Wtedy zaczely mnie nawiedzac czarne mysli, których do dzis nie moge odpedzic od siebie. Zaczalem sie zastanawiac: po co ja wlasciwie w te droge wyruszylem? dokad ja ide? co mi przyniesie ta podróz? Doszlo do tego, ze pewnego dnia wszedlem do przydroznej gospody, z zamiarem pozostania tam na zawsze. A co najgorsze równiez Marik wydawal sie byc nie do konca przekonany o slusznosci dalszej podrózy. Doszedlem do wniosku, ze od poczatku nie widzialem zadnego celu. Owszem, szedlem, jak i szli inni; szedlem, bo i cóz mialem robic? Czasem wydawalo mi sie, ze widze jakies znaki prowadzace do celu, ale po chwili okazywalo sie, ze to tylko halucynacja, fatamorgana wywolana pragnieniem… Kiedys ta wedrówka przynosila mi radosc; cieszylem sie zludzeniem, ze robie cos istotnego. Czasami wahalem sie, ale zawsze bylo cos, co popchnelo mnie do wyruszenia w dalsza droge. Dzis i tego nie ma… Ale ide dalej. Mam nadzieje, ze po drodze czegos doswiadcze, co sprawi, ze zobacze realny cel na koncu tej drogi, ze bede mial, ku czemu podazac… Phnom Penh stefan3@polbox.com |