Druga to już płyta Portugalczyków, a ja się po raz wtóry dziwię czemu chłopaki lubią tak zżynać z Norwegów? Muzykami są naprawdę niezłymi, a jednak nie potrafią stworzyć choć podwalin własnego stylu. Różnica pomiędzy debiutem a "Spectral Transition" jest taka, że w przypadku debiutu Portugalczycy czerpali inspiracje głównie z Limbonic Art. Natomiast w chwili obecnej Sirius to black/deathowa maszynka przypominająca do złudzenia ostatnie dokonania Emperor czy debiutanckie długograje Myrkskog i Zyklon. Klawisze zostały cofnięte, gitary nabrały deathowego zabarwienia, wokal growluje, to znowu drze się po blackowemu w czym mu pomaga Daemon z Limbonic Art i Zyklon. Sesja odbyła się w Akkerhaugen Lydstudio, więc i do brzmienia nie można się doczepić. Słucha się tego całkiem przyjemnie, ale naprawdę nie wnosi to nic nowego do muzyki. Wszystko już to słyszałem na albumach Zyklon, Myrkskog i Emperor. Jakby tego było mało, to Portugalczycy skowerowali "The Majesty of the Nightsky" Emperor w którym na garach zagrał Faust, a na basie Samoth. Wszystko zatem zostało w rodzinie.
Jak widać Peaceville nadal rozpaczliwie szuka kasy. Po wydaniu składanek My Dying Bride i Darkthrone przyszedł niestety czas na At The Gates. Piszę niestety, gdyż legendę szwedzkiego melodyjnego deathu potraktowano jeszcze gorzej niż Angoli czy Norwegów. Nie rozwodząc się powiem krótko, że znalazło się na płytce 15 kawałków z "The Red In The Sky Is Ours" (3), "With Fear I Kiss The Burning Darkness" (6, w tym dwa w wersji demo), "Terminal Spirit Disease" (4) oraz z "Slaughter Of The Soul" (2). Jak zatem widzicie nie znalazł się na krążku żaden niepublikowany dotąd kawałek, a przecież z tego co pamiętam swego czasu podczas trasy koncertowej "Slaughter..." ukazała się płytka z dwoma utworami, które nie znalazły się na żadnym albumie. Dodatkową atrakcją dla fanów miały być dwa zamieszczone na płycie teledyski ("Terminal Spirit Disease" i "The Burning Darkness"), ale powiem szczerze, że mnie one rozczarowały. Po pierwsze nie wiem dlaczego zostały nagrane w formacie AVI, zamiast MPEG, a po drugie dlaczego nie ma kultowego "Kingdom Gone"? Przecież jest to jeden z tych teledysków na których widok w Headbangers Ball opadała mi kopara! Nie podejmuje się ocenić "Suicidal Final Art", gdyż na moją ocenę miała by wpływ moja miłość do ATG, a nie była by ona faktycznym wyznacznikiem wartości tej składanki. Ci z Was, którzy jeszcze nie słyszeli nigdy ATG muszą sięgnąć po "Suicide Final Art", zagorzali fanatycy mogą sobie odpuścić.