MATURA - Jak to jest naprawdę.

Więc w tym roku po dwóch wzorowych absolwentach szkół średnich do których zalicza się moje rodzeństwo wypadła kolej na mnie - uczennicy ledwo ledwo przechodzącej z klasy do klasy. Od siostry przez dłuższy okres czasu wciąż słyszałam że bardzo mi współczuje tego koszmaru jakim jest matura więc stresowałam się bardziej niż to było konieczne. Jeszcze bardziej dobijali mnie sami nauczyciele, których podejście do lekcji było jedną wielką paranoją - nie robiliśmy absolutnie nic. Od rodziców na szczęście nie usłyszałam ani razu "idź się ucz" może dlatego że zrobiłam się trochę nerwowa w ostatnim czasie i bali mi się cokolwiek powiedzieć? Ale o to do nich nie mam żalu. Najmniejszego. Miałam święty spokój i zero mobilizacji do skończenia szkoły.
Moje przygotowania do tego najważniejszego egzaminu były żałosne. Na przeglądnięcie jednego z wielu streszczeń poświęcałam kilka minut po czym z okropnym bólem głowy /pewnie od przeuczenia/ i mroczkami przed oczyma szłam sobie zagrać w badmintona z siostrą albo pospacerować po lesie. I tak dzień w dzień. Trochę więcej czasu zajęło mi przygotowane ściąg /2 dni/, które właściwie na nic się nie przydały. No ale przecież "przezorny zawsze ubezpieczony"
W końcu nadszedł ten dzień: 8 maja. Biała bluzeczka, krótka spódnica wypchana wiedzą, prawie ostatnia ławka na sali gimnastycznej i tematy maturalne po usłyszeniu których zrzędła mi mina. Przez dwie godziny siedziałam nie wiedząc o czym mam pisać. Na szczęście więcej osób tak siedziało więc nie wyglądałam zbyt głupio rozglądając się po sali. Siedziałam, siedziałam a czas płynął. Ściągi uwierały mnie w brzuch a wyrzucić ich nie było gdzie. I pewnie nie napisałabym nic gdyby nie pilna potrzeba wzywająca do WC a ponieważ trzeba było w czasie pobytu w WC oddać pracę komisji zrobiło mi się okropnie głupio że mam pustą kartkę. Zaczęłam szybko pisać. Było mi już wszystko jedno czy piszę z sensem czy nie - byle cokolwiek napisać. Wypociłam prawie 7 stron koszmarnym charakterem pisma i wyszłam zdenerwowana. Pierwszy dzień za mną. W domu na pytanie ojca "jak mi poszło" wykrztusiłam tylko "h****o" i zamiast przygotowywać się do matmy, której nie rozumiem poszłam na długi spacer.
Kolejny dzień: matma. Ławka już bliżej komisji ale w razie czego da się ściągnąć szczególnie że wokoło same kujony. Już na początku jakaś wredna matematyczka zagroziła, że mnie wyrzuci, bo trochę za głośno przeżywałam pewną kobietę będącą w komisji, która okazała się kuratorką, Czytając zadania matematyczka gwałtownie zbladła, zresztą po kilku minutach kiedy dostałam zadania do ręki zrozumiałam dlaczego. Żadnego z zadań nie przerobiliśmy na fakultetach a tylko garstka osób pilnie uczyła się tego przedmiotu uczęszczając na korepetycje. 2 godziny przesiedziałam z nudów próbując rozwiązać choć jedno zadanie. Nic z tego. Bez pomocy osób trzecich nie miałam szans aby zdać matematykę tyle że te osoby trzecie jakoś nie paliły się aby posłać cokolwiek. W końcu zlitowała się dziewczyna siedząca obok i rzuciła jedno zadanie. Ruszyło. Po opuszczeniu przez kuratorkę egzaminu zaczęły gwałtownie dochodzić inne zadania. Nawet osoby siedzące w pierwszych ławkach dostały ściągi i bezczelnie ściągały. Mój wychowawca jako jedyny był na tyle fair że pilnował żeby każda jego wychowanica dostała ściągę. Opłaciło się. Cała moja klasa zdała.
Po tygodniu ogłoszenie wyników. Zdałam na dwie trójki. Dobre oceny jak na osobę która z próbnej dostała dwie pały. Po chwili uświadomiłam sobie że za 2 dni mam ustny z polaka a ponieważ byłam święcie przekonana że oblałam nie uczyłam się już do ustnych. Super. Pocieszał mnie fakt że istnieje coś takiego jak poprawka w sierpniu więc w razie czego... Kiedy nadszedł piątek jak zwykle okropnie się denerwowałam. Większość obkuta po czubki butów a ja? No właśnie. Dwa dni spędziłam grając z siostrą w badmintona i na naukę brakło czasu. Na egzamin wchodziliśmy według numerów w dzienniku - ja byłam w środku. W komisji trzy polonistki. Osoby wychodzące z egzaminu przybierały wściekle czerwone barwy i zdenerwowane relacjonowały jak to nasza polonistka siedzi z zaciśniętymi ustami, wzrokiem wbitym w sufit i z założonymi rękami w ogóle się nie odzywając. "Oblałam" pomyślałam kiedy w końcu weszłam do klasy i wylosowałam zestaw pytań, który prawdę powiedziawszy nie przypadł mi do gustu. "Elementy ludowe u A. Mickiewicza" - cholera, co ten gościu napisał? Zaraz... zaraz... Akurat 2 nauczycielki wyszły więc odważyłam się zawołać tą trzecią i spytać "Czy Mickiewicz napisał ballady?". Tak się zaczęło. A potem... Do sali wróciła moja polonistka oraz druga nauczycielka i zaczęły się pogaduszki. Opisywałam ballady, które tuż przed maturą z nudów przeczytałam po raz wtóry, paplałam o "Dziadach" i "Panu Tadeuszu" a psorki mi pomagały. Analizując wiersz "Przedśpiew" Staffa ściemniałam - niecierpię poezji a domyślanie się o czym myślał autor wiersza i dlaczego użył takiego a nie innego wyrazu nigdy mnie nie pociągało. Na pytanie nauczycielki "Jakie występują środki stylistyczne?" odparłam że znam tylko metafory i przenośnie. Nauczycielki się roześmiały i powiedziały żebym juz sobie szła bo je zagadam na śmierć. Polski zdałam na 4. Ocena mnie zaskoczyła. Przez pięć lat byłam uczennicą pomiędzy 2 a 3 i raczej nie zapowiadałam się na więcej. Jak widać pozory mylą.
Drugi przedmiot jaki sobie wybrałam na ustny była geografia. Początkowo wydawało się iż przedmiot ten będzie najłatwiejszy do wykucia i nauka jego będzie czystą przyjemnością. Cholerna bzdura. Po kilku minutach ślęczenia nad mapą robiło mi się niedobrze. Na dodatek tuż przed egzaminem koleżanka spytała mnie jakie kraje należą do Unii Europejskiej a ja palnęłam że "Holandia, Luksemburk i... Nigeria". Gdybym dostała takie pytanie... poprawka murowana. No ale ponieważ jestem okropną szczęściarą wylosowałam znacznie łatwiejsze pytania. Pewna siebie poszłam odpowiadać. Nauczycielka tak mnie zjechała za tą moją odpowiedź że myślałam iż umrę ze wstydu. Nie zależało mi żeby dostać coś więcej niż 2, tylko zdać i więcej nie widzieć swojej "ukochanej" budy. Zresztą więcej osób modliło się o dopa. Jak się okazało dostałam 3.
Od egzaminu minęło już trochę czasu. Siostra /mam ich 3/ powiedziała koleżance coś takiego "Kaśka kuła, ja się uczę ale Anka? Ta to nic nie robi". Miała rację. Oprócz machania paletką i włóczenia się po lesie właściwie nic nie robiłam. Pokój stwarzał pozory kujona: sterta książek, zeszytów i streszczeń tylko tego kujona nie było widać. Nie wiem jak udało mi się skończyć szkołe. Po prostu nie wiem. Wcale nie jestem inteligentna ale miałam dużo szczęścia. I tak naprawdę większy stres przeżywałam kiedy okazywało się że mogę nie przejść do kolejnej klasy. Jednak najbardziej śmieszy mmie to iż przez cały okres wszystkich egzaminów /w sumie miałam ich 7/ normalnie o 22:00 gasiłam światło i słodko spałam zupełnie nie przejmując się czekającym mnie egzaminem.

anna1981@poczta.fm

PS. W przyszłym roku moja kolejna siostra ma maturę - już zaczęła uczęszczać na korepetycje. Kompletna głupota, no nie?