Cela


Gdy przychodzi oglądać nowe produkcje, szturmem wyłaniające się z Krainy Snów, serce człowieku się kraje. Na widok nowego obrazu autora znakomitego "Szóstego Zmysłu" wpaść można w śmiech, o produkcji pokroju najwyżej tandety vide "Scary Movie" nie wspominając. Najwyraźniej nikt już (z małymi wyjątkami, rzecz jasna) nie ma za gorsz ambicji, by wziąć się choćby za adaptację znakomitej książki i stworzyć świetną ekranizację (tak jak np. uczynił to Alan Parker, realizując kultowy już dziś kryminał "Harry Angel" z nieocenionym Mickey'em Rouke) czy napisać oryginalny scenariusz (bo na takie miano zasługuje chyba jedynie "Fight Club" i "Matrix"). W związku z faktem, iż publika staje się coraz mniej wybredna, przypadła reżyserom do gustu tendencja odgrzewania starych, sprawdzonych tytułów (vide kompletnie niepotrzebny "Shaft") czy tworzenie kiczowatych sensacji a la "Romeo Must Die" który powala krótkimi sekwencjami stylizowanymi na taniutkie filmiki z Honk-Kongu, okraszonymi ogromną dozą ślicznych wizualnie efektów specjalnych - ale co z tego, kiedy pozostałe półtorej godziny to okropna papka nad którą unosi się żałosny, pseudohip-hopowy feeling w wykonaniu DMX'a i innych podobnych mu paździerzy?

I jak, w całym tym natłoku tandety, mam podchodzić do "Celi"? Można by powiedzieć abym się zamknął, nie czepiał się, obchodził takie filmy z daleka, zamknął się w domu wraz ze swoimi radykalnymi poglądami i po raz n-ty oglądał "Subway", "Dym" czy "Autostopowicza". Niestety, bij zabij, ale o na temat "Celi" muszę się wypłakać...

W ciasnym, szklanym pomieszczeniu topi się kobieta, dusi się, klnie, krzyczy, błaga o powrót do normalnego trybu życia; Carl Stagher, dawniej bity, upokarzany przez brutalnego ojca, dziś gnębiony wewnętrznie swymi urazami z przeszłości, morduje. Policji udaje się schwytać wielokrotnego, psychopatycznego mordercę - niestety, nie jest on w stanie zdradzić miejsca pobytu ostatniej ze swych ofiar, gdyż pozostaje w śpiączce. Pozostaje niewiele czasu, bowiem mechanizm wymyślony przez cierpiącego na specyficzną odmianę schizofrenii Starghera, działa całkowicie automatycznie. Desperowany agent FBI - Peter Nowak, postanawia odszukać i zgłosić się z problemem do Cathrine Deane, psycholog zajmującą się eksperymentalnym sposobem wchodzenia w podświadomości człowieka za pomocą specjalistycznego, nowoczesnego sprzętu komputerowego, w celu uchwycenia powodu jego schorzenia. No i viola... Prawda że oryginalne? :)

Fanki (i fani) z pewnością sikać będą w majty na widok ślicznej Jennifer Lopez - zapewniam, iż jest to jedna z niewielu atrakcji (jeśli w takich kategoriach można rozpatrywać tę produkcję) filmu, zważywszy iż przez niespełna 1/3 filmu, otrzymujemy nic innego, jak konwencjonalną żenadę. Później następuje oszałamiająca eksplozja efektów specjalnych - efektów, które nie dość że są jedynym atutem fabuły, to na niedosyt, stanowią jej podstawę! Reżyser (na co dzień zajmujący się realizacją teledysków) pod płaszczykiem żałosnej opowiastki o ludzkich uczuciach wciska całą masę prześlicznych obrazów, niesamowitych animacji. Stylizacja wnętrz, postaci jest co prawda wizualnie zniewalająca ale, na miłość boską, ja chciałem hamburgera a nie same mięcho! Klimat opada równie szybko jak się zaczyna, działa jak krótki podmuch wiatru, przy którym wstrzymuje się oddech, a potem na nowo zaczyna się swobodnie oddychać. Później, po półgodzinnym "tripie" otrzymujemy znów identyczny badziew jaki musieliśmy znosić na początku.

Dawno nie widziałem tak sztampowej produkcji (nie zaliczam tu polskich produkcji, bo bym skłamał:) - wszędzie pełno odnośników, człowiek oglądając film miewa nieodparte wrażenie że to, tamto gdzieś już widział. To ktoś nazwał magią kina? Niech lepiej zmieni pracę.
Dobrze byłoby aby Mastern wrócił kręcić teledyski, przynajmniej nie będzie musiał narażać się na wrażenie, że ponownie zrobił z siebie idiotę. Nie wszyscy mają talent, a szkoda że czasem ludzie pragną sobie na poletku kinowym pewne rzeczy udowadniać. "Cela" jest dokładnie taką próbą... czy udaną, oceńcie do końca sami, ja umywam ręce...

thriller USA, reżyseria: Mastern, scenariusz: Mark Protosevich, wyst.: Jennifer Lopez, Vince Vaughn, Vince D'Onofrio

RECENZJA BY. Jacek M. Gierczak

**********************************************************************************
Tekst pochodzi z magazynu NoName.               
Najnowszy numer oraz bezpłatna prenumerata na: www.noname.zum.pl   
************************************************************************************