W krainie czarów


Wiele osób, zanim zabierze się za pisanie na konkretny temat, pisze coś w rodzaju krótkiego wstępu. Ja, mimo tego, że to takich też mógłbym się zaliczyć, postanowiłem tym razem od tego odstąpić.

Nie chodzi mi po głowie nic konkretnego. No, bo cóż by miało, skoro żyjemy w świecie, w którym tak na prawdę nic konkretnie nie istnieje. Owszem, chodzimy po ulicach, których materia zdaje się być namacalna, a przy nagłym upadku nawet bardzo konkretnie namacalna. Pożywiamy się, pijemy, załatwiamy setki różnych spraw. W rzeczywistości jednak nie wiemy do końca, czy to, co robimy ma jakiekolwiek znaczenie. Może nawet niektórzy z nas nie są całkowicie pewni, czy to wszystko dzieje się na prawdę. Wstajemy rano I mówimy: "Kolejny przesrany dzień.", zaczynamy wykonywać zwykłe poranne czynności, po czym przechodzimy do zwykłych spraw, zwykłego dnia codziennego. Bez zastanowienia, odruchowo. Od czasu do czasu ktoś odnosi wrażenie, że rzecz, którą właśnie robi, robił już wcześniej. Dziwne uczucie, że właśnie z tą sytuacją, właśnie w tym miejscu już kiedyś się spotkaliśmy. Pozostało tylko pytanie: Śniło mi się to, czy rzeczywiście już kiedyś coś takiego było? Nie jest to jednak myśl na tyle ważna, żeby poświęcić jej więcej niż kilka chwil. Potem znowu robimy swoje. Takie sytuacje zdarzają się jednak więcej, niż jeden raz w życiu. "Czy miałeś kiedyś uczucie, jakby to wszystko ci się śniło?". Pytanie, które po przerobieniu na twierdzenie potrafi zająć myśli na czas trochę dłuższy, niż tylko kilka chwil. Coś w tym jest. Może nawet lepiej by było powiedzieć: COŚ. A może to my jesteśmy w czymś? Nie jest przecież tajemnicą, że każdy z nas jest częścią czegoś. Rodziny, miasta, państwa, ogólnie społeczeństwa. A co, jeśli jesteśmy częścią CZEGOŚ? Problem w tym, że ciągle brakuje nam tej pewności. Nie jest to jednak coś konkretnego na tyle, że sobie jakoś dłużej tym głowę zawracać. W zasadzie, bez sensu jest zastanawianie się nad takimi rzeczami. Przecież wyraźnie widać, że tamto szare, trochę odrapane I na pewno dość leciwe, to mój blok. Kawał betonu, w którym mieści się moje mieszkanie. Nikt na pewno nie zaprzeczy, że to na czterech łapach, co tak upierdliwie szczeka jest psem. Nie wiem do kogo należy I jak się wabi, ale na pewno to jest pies. Konie przecież nie potrafią szczekać. Na pewno też nikt się nie obrazi, jak powiem, że w godzinach szczytu jedną z najbardziej zakorkowanych ulic mojego miasta jest właśnie Marszałkowska. O co tu się zresztą obrażać, skoro widać to gołym okiem. Skoro więc widać, a do tego jeszcze można dotknąć, posmakować a jak ktoś bardzo chce, to nawet kopnąć, to po co się zastanawiać?
Jest wśród nas wielu, którzy co niedziela chodzą do kościoła. Idą się modlić, przynajmniej niektórzy, bo część idzie tylko po to, żeby podpisać przysłowiową listę obecności. Nie zajmujmy się jednak sprawami mało konkretnymi. Ludzie, którzy robią to w każdą niedzielę i uważają, że robią coś konkretnego. Idą w konkretnym celu. Po to, żeby modlić się do konkretnego boga. Nikt I nigdy go nie widział, ale większość nie zaprzeczy jego istnieniu. Dlaczego? Zakazuje tego konkretna księga, związana właśnie z tą konkretną wiarą? A może jest to czysty lęk przed potępieniem, na które jest skazany każdy niewierzący lub wątpiący w to konkretne ISTNIENIE? Równie dobrze może to być też potrzeba uwierzenia w coś. W coś, co jednoznacznie I bezsprzecznie wyjaśni wszelkie dziwne zjawiska, zrządzenia losu, upadki I wzloty. Można wtedy powiedzieć: "Taka jest wola mojego boga.". Wtedy już wiadomo, że dalsza dyskusja nie ma sensu, bo jeśli ten bóg jest stwórcą, to ze swoim światem I jego elementami może robić, co tylko fantazja mu podpowie. Musi przecież takową posiadać, bo ten właśnie bóg stworzył ludzi "na wzór I podobieństwo swoje". Swoją drogą, czy ktoś kiedyś zastanawiał się nad boską śmiertelnością? Ludzie zostali stworzeni na podobieństwo Boga I są śmiertelni. Pozwoliłoby to przypuszczać, że sam stwórca tego świata I ludzi również jest śmiertelny. W jakich okolicznościach jednak następuje jego śmierć? Czy wtedy, gdy zapada na jakąś konkretną, nam jednak nieznaną śmiertelną chorobę? A może gdy osiągnie jakąś konkretnie określoną granicę wieku? Na skutek nieszczęśliwego wypadku?
Mawiają, że zmierzch bogowie umierają wraz z ludźmi, którzy w nich wierzą. Chyba jest w tym wiele prawdy. Czy może istnieć bóg, w którego nikt na świecie już nie wierzy? Ewentualnie taki, który został odrzucony a w zamian za niego przyjęto innego? W ten sposób umarło wielu starożytnych bogów I bogiń. Uznani za mity I twór ludzkiej fantazji zdobią kartki mniej lub bardziej poważnych książek. Niektóre bóstwa do tej pory są tematem sporów pomiędzy największymi naukowcami. W ten sam sposób w potęgę rośli inni bogowie. Wielcy ilością swoich wyznawców I ich siłą perswazji. Tak też powstała potęga jednego, jedynego I właściwego boga. Tego jedynego boga też jednak może spotkać śmierć. W dniu, w którym nie znajdzie się na ziemi człowiek, który będzie w niego wierzył. Wtedy też polegnie wizja świata stworzonego przez ISTNIENIE DOSKONAŁE, ABSOLUTNE. Może pojawi się jakaś nowa idea, nowa wizja stworzenia świata. My, którzy w chwili obecnej żyjemy, a przynajmniej uważamy, że żyjemy, nigdy się tego nie dowiemy. Nigdy się nie dowiemy tego, co stanie się za tysiąc, kilka lub kilkaset tysięcy lub milionów lat.
Wielu z nas ma przed sobą jeszcze wiele lat istnienia na świecie. Jedni mniej, inni więcej, niektórzy też właśnie w tej chwili… no właśnie. Ile istnień na świecie, tyle myśli, marzeń I pragnień. Mniej lub bardziej konkretnych.
Każdy chciałby mieć takiego swojego przewodnika. Jedni mówią o Aniołach Stróżach, inni o zwykłych wewnętrznych głosach, które podpowiadałyby jak I kiedy postępować. Co robić I jak sobie poradzić w ciężkich sytuacjach. "Idź za białym królikiem.", jedno polecenie I żadnych komplikacji. Może nie tak do końca żadnych, bo przecież nasz świat jest swego rodzaju krainą czarów, w której nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Nigdy też nie wiemy, co zastaniemy po przebudzeniu się następnego dnia rano. Czy będzie to nasz własny, w żaden sposób niezmieniony pokój? Za oknem będzie świeciło to samo słońce I wszystko będzie takie, jakby czas stał w miejscu. A może ktoś z nas odniesie wrażenie, że budzi się wewnątrz własnego snu?

Konkrety


To, co przeczytaliście powyżej miało być jedyną I właśnie w takiej formie napisaną odpowiedzią na tekst I komentarze Hafy, które dotyczyły filmu Matrix. Nie byłbym jednak sobą, gdybym pozwolił im przebrzmieć tak bez bardziej konkretnego odzewu z mojej strony. Szczególnie, że na łamach AM rozgorzała naprawdę gorąca dyskusja na temat tego filmu. Przyznam, że dopóki nie poszedłem na Matrix do kina, niedługo po jego premierze, w ogóle nie wiedziałem o co w tym filmie chodzi. Były wcześniej opowieści kolegów, którzy już w czerwcu (film u nas pojawił się chyba jakoś na jesieni) ściągnęli film z netu a potem ciągle o nim gadali. Później, gdy obraz pojawił się w polskich kinach, były komentarze prasowe I krótkie opisy. To było w zasadzie wszystko, co mi służyło za źródło informacji na temat tworu braci Wachowskich. Wzmianki prasowe informowały mnie o fabule, jako kolejnej wizji zbawienia ludzkości oraz efektach specjalnych, które miały być największym atutem tego filmu. Od kolegów z pracy, którzy "wciągneli" Matrix już kilkakrotnie I to grubo przed premierą, dowiedziałem się tylko, że w tym filmie dzieje się wiele z komputerami. Do tej pory pamiętam komentarz jednego z nich: "Ten film mogą zrozumieć tylko tacy maniacy komputerowi jak my.". Wtedy jeszcze nie wiedziałem co o tym sądzić.
Nadszedł dzień, w którym po wyjściu z pracy postanowiliśmy z bratem sprawdzić na własnej skórze czym grozi zetknięcie z Matrix. Osobiście spodziewałem się tylko niesamowitego kina akcji, które mnie wgniecie w fotel I sprawi, że jeszcze przez długi czas wszystko będzie mi błyskało przed oczami.
Wzmianki prasowe jednak, te bardziej obszerne, wzbudziły we mnie odrobinę niepokoju. W niektórych artykułach wiele mówiło się nawiązując do imion bohaterów. Zamysł ideologiczny scenariusza kojarzono z Biblią I wiarą w Boga ogólnie. Tego typu wzmianki sprawiły, że przekraczając próg kina moja wiara w "tylko film akcji" została mocno zachwiana. W ogóle nie wiedziałem czego się spodziewać. Tylko w niektórych, bardziej ukrytych zakamarkach moich myśli brzmiały po cichu słowa: To będzie po prostu COŚ.
To COŚ przeleciało przeze mnie jak tornado, powodując jednocześnie, że dziub mi się rozdziawił jak papudze a neurony w mózgu zaczęły śmigać z zdwojoną prędkością. Początkowo zacząłem się obawiać, że przy takim tempie akcji umknie mi jakiś drobny, ale istotny szczegół. Nic takiego jednak się nie stało. Po wyjściu z kina dokładnie pamiętałem co, jak, kiedy I dlaczego się stało. Był tylko jeden mały problem, opierając się o przystanek autobusowy nie byłem całkowicie przekonany o tym, że on tam na prawdę jest.
Mówiąc krótko, ten film na kilka chwil rozpieprzył w drobny mak mój pielęgnowany I pieszczony przez długie lata światopogląd. Natychmiast po tym zmusił mnie do myślenia. Na kilka minut, godzin, miesięcy…

Jeszcze kilka uwag


Wiele komentarzy, które słyszałem I czytałem na temat Matrix wydało mi się krzywdzących dla tego filmu. Zmierzam do tego, że jeśli ktoś poszedł na ten film a teraz z uwielbieniem do niego powraca tylko z powodu akcji I efektów specjalnych, to za każdym razem ogląda film niewłaściwy.
Nie mam ochoty wnikać w szczegóły typu: dlaczego agent Smith po prostu nie mógł przejąć ciała Neo; jak to możliwe, że Trinity tak szybko zakochała się w Neo; ewentualnie, wskrzeszanie pocałunkiem; itd. Nie zamierzam zajmować się wyjaśnianiem tych rzeczy, bo jest to niemal bez znaczenia. Napisałem "niemal", bo dam sobie głowę uciąć, że scena z pocałunkiem była celowym nawiązaniem do bajki o "Śpiącej królewnie". I niech mi teraz nikt nie wrzeszczy, że w bajce królewicz całował księżniczkę, bo każdy kiedyś może zamienić się miejscami. Poza tym, nie było to przecież jedyne nawiązanie do bajek. Co z "Alicją w krainie czarów"?
Skoro już jesteśmy przy odwołaniach do dzieł przeszłości, zamierzam właśnie odwołać się do dzieła z przeszłości bardzo dalekiej. Ciekawy jestem, czy komuś (nie będę pisał, że mam na myśli właśnie Hafy) przyszło do głowy, że film Matrix a w szczególności świat w nim przedstawiony jest czymś w rodzaju aluzji do świata naszego, rzeczywistego? O, już widzę jak w wielkim zdziwieniu otwiera się japa oderwana od nowiutkiego, jeszcze ciepłego pornola (czy ja wspominałem jakieś imię?).
Teraz kilka słów do ludzi poważnych, Hafy pozwolę przez chwilę odpocząć. Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy zaraz po obejrzeniu Matrix, to religia katolicka. Nie czysta wiara, ale to, co podaje nam kościół po przesianiu przez swoje sita zakazów I nakazów (no, przyznam, że za bardzo za tą instytucją nie przepadam). Świat I sposób jego wykreowania, po odpowiednim obdarciu ze skóry akcji I efektów skojarzył mi się ze światem, który próbuje pokazać nam instytucja zwana kościołem. Nie ukrywajmy, ta instytucja tak samo, jak maszyny, które stworzyły matrix jest ponad wszystkim. Kościół przez całe wieki ciężko pracował nad odpowiednim ukształtowaniem światopoglądu ludzkości. Przez całe wieki próbuje nam pokazać świat, za który powinniśmy dziękować aż do samego końca swoich dni. Świat jest piękny a ludzie wspaniali I wszyscy się kochają. Tylko w raju może być lepiej (tym razem w odróżnieniu od matrix, bo tam jak było idealnie, to już było źle) a dobrotliwe maszyny… tfu… dobrotliwy kościół dba o to, żeby nam się żyło szczęśliwie I beztrosko. Nie wydaje wam się, że to skojarzenie może być bliskie temu, co chcieli nam pokazać twórcy filmu?
Po wyrwaniu się z matrix okazywało się, że świat jest zniszczony, zrujnowany, brudny I obrzydliwy. Aż się żyć odechciewało. Patrząc z dystansu na świat, w którym żyjemy my, można powiedzieć dokładnie to samo. I też się czasami żyć odechciewa. Zarazy, głód, wojny, śmierć I zniszczenie w takiej frekwencji, że św. Piotr jeszcze przez wiele wieków będzie miał ręce pełne roboty.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu ludzi się ze mną nie zgodzi. Każdy ma przecież swoje poglądy i ja nie zamierzam zmuszać nikogo do tego, żeby je zmieniał. Wiem również, że jest wielu ludzi, którzy myślą w sposób podobny do mojego. Dla mnie film Matrix jest wielką, umiejętnie zamaskowaną aluzją. Nie chodziło o to, żeby stworzyć czystą akcję a potem dokleić do niej fabułę, ew. Ideologię. To właśnie fabuła I przesłanie, które w tym filmie jest widoczne jak na dłoni (przykro mi Hafy, powinnaś iść do okulisty) zostało ubrane w akcję I niesamowite tempo jej przebiegu. To wszysto, co na ekranie śmiga, strzela I wybucha jest tylko otoczką myśli, którą bracia Wachowscy chcieli nam przekazać. I o tym jestem święcie przekonany.

Jeszcze trochę na zakończenie


Jak już pewnie brać czytelnicza zauważyła, nie bawiłem się w kontrargumentowanie temu, co napisała Hafy. Dla mnie ważniejsze było opisanie wrażeń I skojarzeń, które pozostawił we mnie film Matrix. Na pewno nie udało mi się napisać wszystkiego, ale tak już czasem bywa w trakcie wypowiadania się. Czasami coś się pominie.
Jak już wspomniałem, po filmie Matrix spodziewałem się CZEGOŚ. I dostałem COŚ. Coś wielkiego I ponadczasowego. Zjawisko, nad którym jeszcze długo można rozmyślać I o którym jeszcze długo można dyskutować. Nie film, który robi wrażenie a potem znika gdzieś na półce pomiędzy innymi. Ewenement, który nawet po kilkukrotnym zapoznaniu się z treścią ma jeszcze wiele do przekazania I pokazania.
Do tekstu Hafy zaglądałem kilka razy I za każdym razem dochodziłem do wniosku, że jest tam wiele rzeczy, które mógłbym skomentować w sposób bezpośredni. Pisząc po prostu odpowiedzi na temat tego, co ona napisała. Nie zrobiłem tego z powodu, który już wymieniłem. Poza tym, po prostu nie chciało mi się. Prawdopodobnie ktoś dojdzie do wniosku, że mój tekst nie posiada argumentów, które można by przeciwstawić tekstowi Hafy. Ja jednak podejrzewam, że ludziom, którzy ten film zrozumieli wystarczy to, co napisałem, bez odwoływania się do konkretnych sytuacji I małostkowego wnikania w szczegóły.

Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam


Tym, z całego tekstu chyba najbardziej optymistycznym, akcentem żegnam wszystkich, którzy zapoznali się z powyższym tekstem. Pozdrawiam I do zobaczenia/przeczytania, mam nadzieję, po następnej części tego kultowego filmu.



Eddie

eddi@GO2.pl