Gdyby tak zapytać się przeciętnego człowieka słuchającego metalu co sądzi o Dimmu Borgir to zapewne byśmy usłyszeli coś w stylu sprzedawczyki, pozerzy, cioty, pedały etc. Co mniej więcej setny maniak metalu odpowiedziałby geniusze. Z Dimmu jest podobnie jak z Kredkami, każdy ciska na nich obelgi, a po przyjściu do domu odpala odtwarzacz i słucha Norwegów. Patrząc na wyniki sprzedaży jestem pewien, że tak jest. I wiecie co Wam powiem? Ci którzy słuchają Dimmu wiedzą co robią, bo Norwegowie nagrali fenomenalny album. W porównaniu do "Spiritual..." zaszły w zespole trzy dość istotne zmiany. Po pierwsze nastąpiły roszady personalne. Gitarę prowadzącą objął Galder (dla laików: lider Old Man's Child), za garami usiadł Nicholas (ex-Kredki), a basem zajął się Siemen (ex-Borkie). Nowi grajkowie są co by nie mówić o klasę lepsi od swych poprzedników. Galder rzeźbi piękne solówki, Nicholas naparza w gary z zawrotną prędkością i zegarmistrzowską precyzją, a w pracy sekcji znakomicie uzupełnia go Siemen. Drugim składnikiem perfekcji "Puritanical Euphoric Misanthropia" jest brzmienie. Zawsze byłem przekonany, iż Abyss na głowę bije Fredman jeśli chodzi o nagrywanie doskonałych albumów. Wydawało mi się, że we Fredman mogą się sprawdzić co najwyżej kapelki grające melodyjny death. Tymczasem brzmienie "Puritanical Euphoric Misanthropia" jest jeszcze masywniejsze, cięższe od tego uzyskanego na "Spiritual...", a do tego bardziej przejrzyste!!! Słychać dokładnie każde szarpnięcie struny i uderzenie pałeczki. To powinniście usłyszeć, bo ja sam nie mogłem za pierwszym przesłuchaniem uwierzyć. W szybkich fragmentach Dimmu zabija swym ciężarem i tnie uszy niczym piła tarczowa ciało człowieka. I wreszcie dopełnieniem mikstury pod tytułem "dzieło doskonałe" jest kilkunastoosobowa orkiestra biorąca udział w nagraniu. Instrumentale otwierające i zamykające płytę ("Fear And Wonder" oraz "Perfection Or Vanity") to nic innego jak znakomite tracki do jakiegoś horroru. Klimat niczym w multiplexie ;). Ale jeszcze większe wrażenie robią skrzypce, altówki, wiolonczele i kontrabass pojawiające się w pozostałych utworach. Bowiem zamiast łagodzić brutalne oblicze Norwegów, nadają kompozycjom Dimmu dodatkowego ciężaru, mroku i zmysłowego piękna. Te wszystkie hordy blackowe, które używając nędznych klawiszy nazywają siebie symfonicznym black metalem powinny posłuchać "Puritanical Euphoric Misanthropia", a wówczas zrozumieją ile lat świetlnych dzieli ich od czarnej symfonii. Wszystkie te wymienione czynniki składają się na, nie waham się użyć tego określenia, płytę roku 2001. Bo chociaż mamy dopiero marzec, to wątpię aby ktoś zdołał nagrać dzieło równie perfekcyjne, brutalne a zarazem klimatyczne. I chyba nikt nie zagrałby tak coveru jak oni. Bonusowy "Burn In Hell" Norwegowie nagrali z takim polotem i finezją, że cały szwedzki Gothenburg może popaść w kompleksy, a Siemen zaśpiewał w tym kawałku tak, iż utwierdził mnie w przekonaniu kto jest najlepszym śpiewakiem na metalowej scenie. Ale to właśnie głos Siemena jest chyba jedynym drobniutkim minusikiem "Puritanical Euphoric Misanthropia" jako że zdecydowanie jest go za mało! Lecz gdy już się pojawi jak chociażby w "King Of The Carnival Creation" czy "Sympozium" to obezwładnia identycznie jak na ostatniej płycie Borknagar. Niemniej jednak skąpe wokale Siemena nie wpływają negatywnie na moją ocenę końcową, a jest ona taka że Dimmu nagrało płytę, która na trwale usadowi się na panteonie arcydzieł black metalu.
No i proszę, banici z Dimmu Borgir, Old Man's Child i Satyricon założyli własną kapelę. Tjodalv, Memnock i Cyrus to postacie znane właśnie z wyżej wymienionych kapel, lecz chyba zawsze pozostające w cieniu pozostałych kolegów. W końcu jednak ekipa wyrzutków znalazła swoje miejsce na scenie i po wykorzystaniu dawnych układów podpisali intratny kontrakt, zawitali do Abyss Studio, gdzie wraz z Larsem Szoke nagrali debiut. Jak w bajce o brzydkim kaczątku nieprawdaż? Sam "Predominance" też jest trochę bajkowy. Świetna produkcja, wyszkolenie grajków bez zarzutu, chwilami dobre pomysły, ale... mam niemiłe wrażenie że za pół roku nikt o Susperia nie będzie pamiętał, ponieważ niczym specjalnym się nie wyróżnia. Niby Norwedzy chcą zagrać coś oryginalnego, wymieszać black z death czy nawet heavy metalem, blackowy skrzek z czystymi wokalami, lecz stare nawyki są widoczne. Są w tej muzyce riffy wymienionych na początku kapel, a także Kovenant i choć słucha się sympatycznie, to nie jest to muzyka przez wielkie M. Zaletą natomiast jest niewielka ilość parapetów. "Predominance" to płyta wybitnie gitarowa i za to chwała banitom. Dobre, ale pozostawia niedosyt.
Jak oni do cholery to robią? Zadaję sobie to pytanie zawsze, gdy na półki sklepowe trafia kolejny album Szwedów i dalej nie potrafię znaleźć odpowiedzi na to pytanie. A przecież w muzyce Opeth tak naprawdę niewiele się zminiło. Nadal Mike & Co. serwują nam ciągnące się, długie, powolne kawałki według swojego schematu ogień - woda - ogień - woda. Nic się teoretycznie nie zmieniło, w każdym niemal utworze ciężkie, mroczne riffy przeplatają się z przepięknymi partiami akustycznymi, wokal Mike'a maskakruje nas poężnym grwolingiem, który przechodzi w cudowny czysty śpiew. I chociaż ten schemat słyszymy od lat, to jednak... ciągle Opeth mnie fascynuje, omamia pięknem swych kompozycji. "Blackwater Park" jest po prostu lepiej zaaranżowany od "Still Life", bardziej melodyjny, w ciężkich partiach jeszcze brutalniejszy, a w akustycznych... romantyczny i melancholijny. A wokale Mike'a? Koleś tak brutalnie nie growlował nawet w Bloodbath, a gdy zaczyna śpiewać czystym głosem (zwłaszcza w "Harvester") to łzy same cisną się do oczu. W zasadzie pustymi słowami nie da się oddać uczucia i myśli jakie towarzyszą obcowaniu z tą płytą. Posłuchajcie, a sami się przekonacie, że mamy dalej do czynienia z Opeth, lecz jeszcze piękniejszym, cudowniejszym i fantastycznie magicznym. Dziesięć oczek za fakt, że udało im się przebić takie dzieło jak "Still Life".
I tak oto nadszedł czas kresu podróży Amorphis ku swemu przeznaczeniu. Po dziesięciu latach błądzenia po metalowym światku odnaleźli swoje miejce. Trochę szkoda, że obecnie muzyka tak naprawdę nie ma absolutnie nic wspólnego z metalem, lecz takie jest życie. "Tales From..." przeszło do historii death metalu, jednak czas nie stoi w miejscu i Finowie już nigdy chyba nie powrócą w metalowe rejony. Jaki jest zatem nowy album? Najprościej rzecz ujmując mamy do czynienia z kontynuacją czy może rozwinięciem "Tuonela". I choć podstawy muzyki niewiele się zmieniły, to jednak "Am Universum" prezentuje nam Amorphis jako zespół dojrzalszy i... bardziej rockowy. Zapomnijcie o przesterowanych gitarach, ciężkich metalowych riffach. Muzyka Finów jest do bólu rockowa, aranżacje jednoznacznie na to wskazują. W "Veil Of Sin" zahaczyli nawet o twórczość Oasis, bo właśnie z królami brit popu kojarzy mi się za każdym przesłuchaniem ten kawałek. Większą rolę odgrywają klawisze, które jak chociażby w "The Night Is Over" prowadzą linię melodyczną, a przede wszystkim olbrzymi ciężar na "Am Universum" spoczął na partiach saksofonu. Dodam od razu, że solówki na tym instrumencie dosłownie wgniatają w podłogę. Posłuchajcie "Crimson Wave" czy "Alone"! Atutem "Am Universum" jest także zróżnicowanie materiału, bo obok kawałków balladowych czy też zagranych w średnim tempie mamy niemal "wesołe" "Crimson Wave" czy "Forever More". Generalnie album bardzo udany, dużo lepszy, urozmaicony i dojrzalszy od "Tuonela".
Od premiery tego mini krążka upłynęło już sporo czasu, ale jak to zwykle bywa ze Spinefarm sprowadzenie tej płytki z Finlandii zajęło mi trochę czasu. Dwa lata minęły od kiedy na półki trafiła ostatnia pozycją Thy Serpent "Christcrusher". Przez ten czas zespół borykał się z trudnościami personalnymi, ale w końcu chyba wszystko się ułożyło. Dwa lata to niby nie jest dużo, ale jak się okazuje w obozie Thy Serpent zaszły jeśli chodzi o muzykę dość znaczne zmiany. Z zespołu grającego symfoniczny black Finowie przeobrazili się w mroczną maszynkę do zabijania. Naprawdę ciężko mi jest zaszufladkować to co dzieje się przez te 22 minuty. Bo muzyka Thy Serpent zmienia się z utworu na utwór i można w niej znaleźć ślady death/black/dark i doom. Muzycy świetnie żonglują klimatem przeplatając agresywne, ciężkie riffy z nieco spokojniejszymi partiami gitary akustycznej. Warto zauważyć, że na "Death" znikły niemal całkowicie partie klawiszy, a gdy już się odzywają to w charakterze ponurego ozdobnika w tle za ścianą gitar jak chociażby w wieńczącym krążek "Parasities". Świetnie pracuje gitara prowadząca, przypominająca mi trochę starą Katatonia lub Paradise Lost. Bez dwóch zdań kapitalna płytka, z kategorii "trzeba mieć" i człowiek żal w uszach ściska, że trwa to dzieło zaledwie 22 minuty. Dawno już nie słyszałem muzy tak mrocznej i przytłaczającej swym ciężarem.
Kolejna leciwa (jeśli można tak powiedzieć o czymś co ma pół roku) płytka, lecz postanowiłem napisać o niej kilka słów, gdyż niezmiernie wkurwiają mnie czytane wszędzie recenzje w których padają sakramentalne zdania "Pagan wzięło sobie Misteria, aby pocieszyć się po stracie Lux Occulta" oraz "Misteria jest kopią LO". No to coś Wam powiem panowie pismacy: jebnijcie się w te puste łby albo wyłączcie na chwilę nową płytę Britnej Spirs i posłuchajcie "Masquerade Of Shadows", a potem Lux Occulta. Słyszycie różnicę? Czy może macie uszy z drewna? No dobra... głęboki wdech, wydech i już na spokojnie mogę pisać o "Maszkaradzie Cieni". Gdy tak się zastanawiam czemu słyszę te ciągłe porównania, to dochodzę do wniosku, że chyba wiem o co chodzi. Po prostu obie kapele ciężko jest zaszufladkować, więc wygodniej jest napisać "grają jak Lux Occulta" niż wysilać się na opisywanie wrażeń jakie dostarcza słuchanie Misteria. Według mnie jest to krzywdzące uproszczenie, gdyż moim skromniutkim zdaniem Misteria posiada większy potencjał niż LO. Tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę, że "Masquerade" nagrywane było jako demo czy może raczej promo i ponowny mastering nic tu za bardzo nie zmieni. Myślę, że gdy dojdzie do nagrywania drugiego długograja to dopiero wówczas Misteria pokaże pełnię swych olbrzymich możliwości. Muzycznie Misteria bardzo sprawnie porusza się po poletku metalowym, asymilując wszystko co najlepsze z death/black/doom, a nawet folk. Jest to dzieło z pewnością oryginalne, choć w poszczególnych utworach czy riffach, a może raczej klimacie odnajduję nawiązania do Sadness (z okresu "Ames de Marabre"), nieodżałowanego Taranis i starej Anathema. Podkreślam jednakże, iż są to nawiązania a nie rżnięcie z twórczości wymienionych kapel. Cieszy mnie niezmiernie, że chłopcy postawili na cudowne dźwięki gitar, oszczędnie gospodarując parapetami. A grać to oni z pewnością potrafią, podobnie jak i mają znakomite pomysły na wokalizy. Mariusz growluje, ryczy, śpiewa, szepta, krzyczy, wrzeszczy... wydobywa z siebie najrozmaitsze dźwięki i to z pewnością jest olbrzymia zaleta "Masquerade Of Shadows". Nie sposób się nudzić słuchając tego jakże znakomitego albumu, który choć trwa przepisowe 42 minuty, to pozostawia uczucie niedosytu. Mam wrażenie jakby trwał on o jakiś kwadrans mniej, ale czy właśnie tym nie odznaczają się wybitne dzieła?
Chyba nawet najwięksi optymiści zwątpili, że ten album kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Minęła bowiem już dekada od kiedy po podziemiu zaczęły krążyć rewelacyjne demówki Thorns. Snorre Ruch jest jednak wielkim leniuchem i nie śpieszył się zbytnio z zaprezentowaniem światu swego projektu. Samo nagrywanie "Thorns" trwało 2 lata! Oczywiście zwalanie wszystkiego na lenistwo Snorre byłoby nietaktem, gdyż jak wszyscy dobrze wiemy połowę zeszłej dekady spędził on za kratkami odsiadując wyrok za współudział w morderstwie Euronymousa. To już jednak historia i wreszcie udało się Snorre przy pomocy Hellhammera, Satyra oraz Aldrahna zrodzić debiutancki krążek. Warto było poczekać tę dekadę. "Thorns" pokazuje nam, że jednak black metal nie zginął i można go grać nadal jako coś potwornie brudnego, odhumanizowanego, zimnego i mrocznego. Taki jest właśnie ten album. Wspaniałe połączenie dawnego, rasowego norweskiego blacku i używanej w rozsądnej ilości elektroniki. Wprawdzie słuchacze, którzy już zdążyli się wcześniej zapoznać ze splitem Thorns Vs. Emperor oraz ostatnią płytą Satyricon nie będą w zasadzie zaskoczeni, to jednak jestem przekonany, że i ich tak jak mnie ogarnie zło wypalone w rowki kompaktu Thorns. Zło, które dziwnie kojarzy mi się z "Det Som Engang Var" i "Hvis Lyset Tar Oss" Burzum. Na "Thorns" również pojawiają się długie, ciągnące się klawiszowe intra czy outra, które wręcz przerażają swym mrokiem. Tak jak swego czasu Burzum. Jednakże główną siłę albumu stanowią przecudowne, cholernie zadziorne riffy gitar Snorre, które wbijają się głęboko w mózg i niszczą po kolei wszystkie szare komórki. Wtórują temu genialne gary Hellhammera i w taki oto sposób otrzymujemy świetny krążek, którego jedynym minusem są wokale Satyra. Sorry, ale utwory w których ten facet śpiewa zbyt kojarzą mi się z Satyricon. No właśnie, malkontenci pewnie zarzucą Thorns, że jest kopią Satyricon i "Rebel Extravaganza". Prawda jest natomiast taka, że to Satyr czerpie inspiracje z twórczości Snorre, a nie odwrotnie. I mógłbym w tym miejscu podać kilka niezaprzeczalnych dowodów. Tak czy inaczej Snorre skomponował kapitalny album, dzięki któremu ponownie poczułem ten znany mi sprzed lat norweski chłód. Z całego krążka pragnę polecić zwłaszcza "Shifting Channels", utwór który śmiało mógłby posłużyć za oprawę dźwiękową do Unreal 2. Hipnotyczne gitary, jakieś industrialne przepełnione zimnem dźwięki... Cudo, tak jak cały debiut Thorns.
Cholernie dziwny jest nowy album Marduk. W zasadzie zaprzecza on zarówno zapowiedziom samych muzyków, jak i trendowi. Wszak Szwedzi zapowiadali, że nagrają dzieło jeszcze szybsze i bardziej brutalne niż "Panzer Division Marduk". Tak się nie stało. Natomiast obecny trend mówi "zagrajmy jak najszybciej i brutalnie". Tak też nie uczynił Marduk. No więc co oni nagrali? Bardzo, ale to bardzo przeciętną lub może nijaką płytę. Osobiście po kilkudziesięciu przesłuchaniach skojarzyła mi się ona z Enslaved "Mardraum". Jest tak samo niezrozumiała, Marduk identycznie nagle zapałał miłością do długich (tytułowy ma ponad 8 minut), wolnych i co zaskakujące melodyjnych kawałków. Ot, taki "Bonds Of Unholy Matrimony" czy "Summers End" można spokojnie nucić sobie siedząc w wannie. Wprawdzie zdarzają się szybsze kawałki jak np. "Azreal" i "Death Sex Ejaculation", lecz tak naprawdę jedynym w starym stylu "Panzer Division Marduk" jest wieńczący płytę "Jesus Christ... Sodomized". Szkoda, bo jednak wolę właśnie ekstremalny Marduk, a nie taki bez wyrazu. Nie mówię że jest to zły album, ale to jest Marduk! Jeśli ekstermiści nagrywają taki krążek, to jest coś nie tak.