No wreszcie! Po bardzo dobrym debiucie "The Dynamic Gallery Of Thoughts", takim sobie "The Symetry Of I The Circle Of O" psychopaci z Finlandii w końcu udowodnili, że wyjątkową, a zarazem wielką kapelą. Wprawdzie drugi krążek tak naprawdę nie był zły, to jednak trochę rozczarowywał. Finowie zamiast pójść ostro do przodu nagrali płytę bliźniaczo podobną do debiutu. Mimo to po wygaśnięciu kontraktu z Season Of Mist dostali do podpisania papierki z samej Century Media. Widać tak ich to zobligowało, że nagrali znakomity "A.M. G.O.D.", czyli jak brzmi pełen tytuł "Allotropic/Metamorphic - Genesis Of Dimorphism". Najkrócej mówiąć nasi psychopaci nadal parają się black metalem, choć już nie tak symfonicznym jak to bywało wcześniej. Obecnie większy nacisk położono na gitary, a pełniące rolę dopełniacza klawisze mają zabarwienie mocno futurystyczne i odjechane. Czegoś takiego to chyba jeszcze nie słyszeliście. Jednak jak już wspomniałem główną rolę odgrywa na "A.M. G.O.D." tradycyjny zestaw metalowy. Gitary raz pędzą wspomagane bębnami w szybkim, agresywnym tempie by po chwili przejść w bardzo mocne, melodyjne riffy. Słuchając "Tears have no name" zastanawiam się nawet czy to jest jeszcze black metal? Zwłaszcza gdy zacząłem się łapać na podśpiewywaniu z Killstarem (to nowa ksywka You czy jak kto woli K-2T4-S). A propos tego największego psychopaty (obok Miki Luttinena), to wreszcie zaczął on coś robić z tym swoim głosem. Na poprzednich płytach denerwował mnie, gdyż praktycznie przez cały czas tak samo wrzeszczał. Na "A.M. G.O.D." Killstar chwilami całkiem nieźle, że tak powiem, śpiewa. W sumie znakomita, przede wszystkim bardzo zróżnicowana płyta, pełna doskonałych zagrywek, wpadająca w ucho i dość nowatorska jak na dzisiejsze czasy. Niektórym pewnie nie spodoba się wieńczący płytę "New model world", ale Ci z was, którzy znają od lat ...And Oceans nie powinni być zdziwieni tym kawałkiem techno. Cieszę się, iż w muzyce Finów wreszcie coś drgnęło, choć w sferze tekstowej nadal pozostali na posterunku absurdu. Przykładem niech będą takie tytuły utworów jak "Intelligence is sexy" czy "TBA in a silver box".
Ech, ciężko być w dużej wytwórni. Szwedzi zapewne klną własną głupotę i dzień w którym zdecydowali się na wydanie drugiego krążka w Nuclear Blast. "Insanity" zostało nagrane już kilka ładnych miesięcy temu, miało zostać wydane w styczniu, a tymczasem obecny temin to ostatni dzień kwietnia. Śmierć frajerom, chciało by się rzec. Chyba chłopaki z Darkane mają już dosyć wielkich wytwórni. Jak być może wiecie "Insanity" jest następcą całkiem niezłego debiutu "Rusted Angel". Dodam od razu, że jest także w prostej linii jego kontynuacją. Począwszy od intra zatytułowanego "Calamitas", a skończywszy na wieńczącym płytę "Inverted spheres" mamy do czynienia z szybkim, technicznym i melodyjnym death/thrashem w znanym już chyba wszystkim stylu. Szwedzi nie zapomnieli nawet o swoich wstawkach orkiestrowo-chórowych. Pomimo kompletnego braku oryginalności "Insanity" podoba mi się o wiele bardziej od "Rdzawek Aniołka". Jest po prostu szybsza, cięższa, lepiej wyprodukowana, chłopaki posunęli się w umiejętnościach technicznych i ma większego kopa. Można posłuchać, a chyba o to chodzi? Kto słyszał debiut ten wie co jest na "Insanity", kto nie słyszał a lubi posłuchać muzyki łatwej i przyjemnej, ten powinien zakupić "Insanity".
Wysoko chłopaki mierzą. Zadebiutować od razu w Century Media to nie lada wyczyn. Tym bardziej, że jedyną znaną personą w tym towarzystwie jest wokalista Anders Sjoholm na codzień udzielający się w Omnious. Przyznam się, że byłem ciekawy Szwedów, gdyż po sesji nagraniowej Tomcio Tagtgren (brat Piotrusia jeśli ktoś nie wie) obwieścił The Forsaken najlepszą kapelą z jaką przyszło mu pracować. Atmosferę umiejętnie podgrzała wytwórnia nazywając naszych bohaterów wypadkową twórczości At The Gates i Arch Enemy. A gówno prawda chciało by się rzec. Zgadza się, niektóre riffy przypominają genialny ATG, Anders chwilami swym wrzaskiem kopiuje Tompę, ale gdzie tu Arch Enemy? The Forsaken ma z nimi tyle wspólnego co z pozostałymi szwedzkimi kapelami. Generalnie dziwna to muza, bo jest tutaj przede wszystkim brutalniejszy, szybki death (znaczy się nie w stylu In Flames), ale podany bardzo po szwedzku, czyli jest tutaj w cholerę melodii. Gitary kręcą wyjebiste, melodyjne riffy, choć nie pozbawione zadziorności i agresji, uszy świdrują co i rusz świetne solówki, perkusja wybija szybki rytm, a nad wszystkim góruje niski growling Andersa przechodzący co rusz w wściekły wrzask a'la Tompa. "Manifest Of Hate" to zdaje się płyta nagrana z myślą o mnie, bo ja właśnie tak lubię. Szybko, zadziornie i melodyjnie. Tak po szwedzku. A że jest to debiut to na zachętę wystawię 9 oczek.
"Dzieciakomania" dotarła również do Szwecji, choć może niezupełnie, gdyż młokosy ze Skyfire ściągają w równym stopniu z Children Of Bodom co i z Thyrfing, Thundra i Throne Of Chaos. Ciężko to sobie wyobrazić? Zestaw faktycznie całkiem oryginalny, ale właśnie z tymi zespołami kojarzyły mi się dźwięki stworzone przez młodych Szwedów. Niestety, ich debiut wypadł nieszczególnie. Pomijając brak oryginalności, ma do zarzucenia Szwedom głównie stopień w jakim używają klawiszy. Chociaż nie mają w składzie osobnika zajmującego się tylko parapetem (tą jakże zaszczytną funkcję pełnią gitarzyści), to jednak przez cały czas trwania jesteśmy atakowani ścianą dźwięków wydobywających się z tego wysuniętego na pierwszy plan urządzenia. Oczywiście ma to na celu maskowanie niezbyt jeszcze dużych umiejętności grajków, co jest typowe dla Finów, ale żeby Szwedzi musieli się uciekać do takiego czegoś??? Przecież każdy mieszkaniec Uppsali wymiata na wiośle perfekcyjnie. Niemniej jednak i tak klawisze oraz gitary są najaśniejszym punkktem "Timeless Departure". Basisty chyba tylko został uwieczniony na zdjęciu, a nie srebrnym krążku, wokalista drze się na pałę głosem przy którym taki Alexi Laiho to wirtuoz śpiewu, a pałker wali w gary jakoś tak bez przekonania. Nie mówię, że nie da się tego słuchać. Jest nieźle, ale... nudno. Chłopaki grają bez jakiegoś pomysłu i co mnie zastanawia nawet produkcja albumu nie robi na mnie jakiegoś wrażenia, a przecież za gałkami siedział Tomek Tagtgren.
Czy kochacie/lubicie/wielbicie/szanujecie (niepotrzebne skreślić) Dismal Euphony? Jeśli tak, to nie sięgajcie przypadkiem po nowy album. Większego gówna niż "Python Zero" chyba w tym roku nie usłyszymy. Norwedzy postanowili chyba wyróżnić się z tłumu metalowych kapel i nagrali coś co pewnie sami nazywają awangardą, a dla mnie jest to zlepek kilku różnych gatunków muzycznych. Zlepek ten za cholerę nie chce się trzymać kupy, a w dodatku umiejętności muzyków są delikatnie mówiąc kiepskie. Co my tu mamy? Black, rock, gothic, techno i cholera wie co jeszcze. A już szczytem debilizmu jest ostatni kawałek (sorry z brak tytułu, ale nie chce mi się brać do ręki tego gówna), który chyba można określić jak country z odgłosami westernowymi (znaczy się jakieś konie i colty). Aha... i ta ich laska wyje gorzej niż Natalka Kukulska.
Po kilku tygodniach obcowania z "Ravenous" nadal mam mieszane uczucia. Nie potrafię jednoznacznie ustosunkować się do tego krążka. To chyba nie jest to czego się spodziewałem. Miałem nadzieję na coś bardzo szybkiego i brutalnego, a tymczasem nowy God Dethroned jest... bardzo szwedzki. Owszem, chwilami szybki i brutalny, skojarzenia z Dismember czy Necrophobic, a nawet The Haunted są tu mile widziane, ale często gęsto zbyt chyba melodyjny i przynudnawy. Weźmy chociażby "Villa Vampiria", przecież to kawałek wręcz przebojowy. Naprawdę mam mieszane uczucia. Z jednej strony mi się "Ravenous" podoba, bo przecież uwielbiam szwedzki death, lecz z drugiej strony brak tej płycie... no nie wiem, może spontaniczności? Nie zawiodłem się jedynie na grze byłego garowego Angel Corpse Tony'ego. Facet naparza w bębny z olbrzymim wyczuciem.
Tak sobie słucham tej nowej płyty Soilwork i słucham... I zastanawiam się co sprawiło, że Szwedzi porzucili swój własny styl? Czyżby kontrakt z Nuclear Blast zawierał klauzulę w myśl której Soilwork ma się stać następcą In Flames na tronie melodyjnego death metalu? Być może, nie zmienia to jednak faktu, że trzeci krążek jest odejściem od stylu jaki prezentował Soilwork na poprzednich. Przede wszystkim chłopaki zwolnili. Owszem, są fragmenty szybkiej jazdy jak chociażby "Neurotica Rampage" czy "Grand Failure Anthem". Te utwory mogłyby się znaleźć na "Steelath Bath Suicide" lub "The Chainheart Machine", jednak większość utworów jest wolniejsza i toczy się w średnim tempie. Jest to także album z pewnością nie tak wściekły, taki "Final Fatal Force" jest niemal piosenką rockową, choć kapitalną z zajebistymi riffami i solówkami. Duży wpływ na złagodnienie Szwedów ma z pewnością wokal Strida. W szybkich fragmentach nadal wrzeszczy w stylu przypominającym Tompę z At The Gates, ale już w wolniejszych zahacza o Andersa z In Flames, a co gorsze zaczął również próbować czystych wokaliz, które zwyczajnie mu nie wychodzą. Najdobitniej udowodnił mu to chyba Mike Akerfeld z Opeth w wieńczącym "A Predator's Portrait" utworze tytułowym. Te dwa zdania zaśpiewane przez Mike'a są wręcz cudowne. Nie myślcie że to jedyna zaleta nowego Soilwork. Technicznie ta płyta rozwala! Piękne solówki, doskonałe aranżacje, świetne riffy, kryształowa produkcja. Wszystko pięknie i tylko szkoda, że nie jest to płyta tak oryginalna jak poprzednie.
Po sześciu latach milczenia Samoth powrócił na scenę ze swoim side proejctem. Zmiana składu, zmiana muzyki, zmiana image zaowocowały także zmianą nazwy. Został ucięty na końcu człon B, który wszystkim kojarzył się z hitlerowcami. W nowym składzie same gwiazdy. Oprócz Samotha jest Trym (gary), Destructhor (gitara) oraz Daemon (wokal). Jeśli dodamy do tego gościnny występ Garma w ostatnim utworze "Transcendental War - Battle Between Gods" oraz liryki napisane przez Barda Fausta, to chyba wiadomo jak wielkie były oczekiwania. Niestety, przyznam się że jestem zawiedziony. "World Ov Worms" nie oferuje bowiem nic ponad to co słyszeliśmy na ostatniej płycie Emperor czy na debiucie Myrkskog. W dodatku jest to album słabszy, chociaż oczywiście dobrze zagrany, szybki, świetnie wyprodukowany to jednak nie tego się spodziewałem. Za duży mankament uznaję głos Daemona, którego zwyczajnie nie cierpię. Ten koleś nie ma predyspozycji do darcia. Ech, zamiast Zyklon właczcie sobie ostatni Emperor lub Myrkskog, bo naprawdę zanudzicie się tylko przy "World Ov Worms".
Chyba nawet najwięksi optymiści zwątpili, że ten album kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Minęła bowiem już dekada od kiedy po podziemiu zaczęły krążyć rewelacyjne demówki Thorns. Snorre Ruch jest jednak wielkim leniuchem i nie śpieszył się zbytnio z zaprezentowaniem światu swego projektu. Samo nagrywanie "Thorns" trwało 2 lata! Oczywiście zwalanie wszystkiego na lenistwo Snorre byłoby nietaktem, gdyż jak wszyscy dobrze wiemy połowę zeszłej dekady spędził on za kratkami odsiadując wyrok za współudział w morderstwie Euronymousa. To już jednak historia i wreszcie udało się Snorre przy pomocy Hellhammera, Satyra oraz Aldrahna zrodzić debiutancki krążek. Warto było poczekać tę dekadę. "Thorns" pokazuje nam, że jednak black metal nie zginął i można go grać nadal jako coś potwornie brudnego, odhumanizowanego, zimnego i mrocznego. Taki jest właśnie ten album. Wspaniałe połączenie dawnego, rasowego norweskiego blacku i używanej w rozsądnej ilości elektroniki. Wprawdzie słuchacze, którzy już zdążyli się wcześniej zapoznać ze splitem Thorns Vs. Emperor oraz ostatnią płytą Satyricon nie będą w zasadzie zaskoczeni, to jednak jestem przekonany, że i ich tak jak mnie ogarnie zło wypalone w rowki kompaktu Thorns. Zło, które dziwnie kojarzy mi się z "Det Som Engang Var" i "Hvis Lyset Tar Oss" Burzum. Na "Thorns" również pojawiają się długie, ciągnące się klawiszowe intra czy outra, które wręcz przerażają swym mrokiem. Tak jak swego czasu Burzum. Jednakże główną siłę albumu stanowią przecudowne, cholernie zadziorne riffy gitar Snorre, które wbijają się głęboko w mózg i niszczą po kolei wszystkie szare komórki. Wtórują temu genialne gary Hellhammera i w taki oto sposób otrzymujemy świetny krążek, którego jedynym minusem są wokale Satyra. Sorry, ale utwory w których ten facet śpiewa zbyt kojarzą mi się z Satyricon. No właśnie, malkontenci pewnie zarzucą Thorns, że jest kopią Satyricon i "Rebel Extravaganza". Prawda jest natomiast taka, że to Satyr czerpie inspiracje z twórczości Snorre, a nie odwrotnie. I mógłbym w tym miejscu podać kilka niezaprzeczalnych dowodów. Tak czy inaczej Snorre skomponował kapitalny album, dzięki któremu ponownie poczułem ten znany mi sprzed lat norweski chłód. Z całego krążka pragnę polecić zwłaszcza "Shifting Channels", utwór który śmiało mógłby posłużyć za oprawę dźwiękową do Unreal 2. Hipnotyczne gitary, jakieś industrialne przepełnione zimnem dźwięki... Cudo, tak jak cały debiut Thorns.
Cholernie dziwny jest nowy album Marduk. W zasadzie zaprzecza on zarówno zapowiedziom samych muzyków, jak i trendowi. Wszak Szwedzi zapowiadali, że nagrają dzieło jeszcze szybsze i bardziej brutalne niż "Panzer Division Marduk". Tak się nie stało. Natomiast obecny trend mówi "zagrajmy jak najszybciej i brutalnie". Tak też nie uczynił Marduk. No więc co oni nagrali? Bardzo, ale to bardzo przeciętną lub może nijaką płytę. Osobiście po kilkudziesięciu przesłuchaniach skojarzyła mi się ona z Enslaved "Mardraum". Jest tak samo niezrozumiała, Marduk identycznie nagle zapałał miłością do długich (tytułowy ma ponad 8 minut), wolnych i co zaskakujące melodyjnych kawałków. Ot, taki "Bonds Of Unholy Matrimony" czy "Summers End" można spokojnie nucić sobie siedząc w wannie. Wprawdzie zdarzają się szybsze kawałki jak np. "Azreal" i "Death Sex Ejaculation", lecz tak naprawdę jedynym w starym stylu "Panzer Division Marduk" jest wieńczący płytę "Jesus Christ... Sodomized". Szkoda, bo jednak wolę właśnie ekstremalny Marduk, a nie taki bez wyrazu. Nie mówię że jest to zły album, ale to jest Marduk! Jeśli ekstermiści nagrywają taki krążek, to jest coś nie tak.