ARYSTOKRACJA, CZYLI O ZASTOJU


Nie żebym był anty-fanem uroczystości ślubnych. Wręcz przeciwnie. Niechże one sobie będą, i to jak najwspanialsze! Ale mierzi mnie, kiedy robi się wokół tego tyle szumu, jakby ktoś co najmniej odkrył silnik na wodę. Weźmy taki ślub Catheriny Zeta-Jones z Michaelem Douglasem. Cóż się tam nie działo! Przyjęcie za dwa miliony dolarów, wśród gości - żeby nie było rymu - znakomitości same. Telewizja, dziennikarze, wszyscy niezmiernie podnieceni. Tłumy wielbicieli "czekają w nadziei, że ujrzą nowopoślubionych" - o czym informują skwapliwie wszelkie stacje telewizyjne i radiowe. Spiker z Trójki stwierdza z przejęciem: "...bierze ślub z młodszą O DWADZIEŚCIA PIĘĆ lat Zeta-Jones!...". Pożyjmy. Pewnie doczekamy się niedługo i relacji z sypialni młodej (połowicznie) pary, podsłuchów w korkach od szampana i minikamer w cygarach (to ostatnio symbol amerykańskiej prezydentury - cygara znaczy się, nie minikamery)... Wszystko dla spragnionej sensacji gawiedzi, z zapartym tchem śledzącej poczynania idoli. Walczącej o jedno spojrzenie, pukiel włosów, strzęp koszuli... a lepiej intymnej bielizny aktora czy aktorki. Jakby to był - bo ja wiem? - inny gatunek ludzi? Arystokracja XX wieku?

Bo tak to już jest na naszym ziemskim padole, że na przestrzeni wieków niewiele się zmienia. Ja sobie ów padół już parę lat obserwuję i do takich właśnie wniosków niniejszym dochodzę. Były wojny, głód, nienawiść, prześladowania, zdrajcy (powie pesymista), miłość, braterstwo, pokój i dostatek (doda optymista). Było tak dawniej, jest teraz. I nic kompletnie nie uległo zmianie. Stagnacja totalna. Malkontenci od razu podniosą krzyk, że przecież postęp, nauka. Dobrze, ja się z tym zgadzam, rozumiem i popieram w całej rozciągłości, ale chodzi mi o sferę stosunków międzyludzkich, o to, co tkwi w nas samych - gatunku homo podobno sapiens. W kwestii zmian jedynie kosmetyka, jakaś ogólna liberalizacja obyczajów, ale i to tylko powierzchowne, a wiele stereotypów pozostaje niezmiennych. Co najwyżej sprawy męsko-damskie wybuchnęły rewolucją. Onegdaj świat składał się był niedogolonych obdartusów nie grzeszących bystrością, włóczących się z wielgachną maczugą po borach i dzikich ostępach w poszukiwaniu co bardziej wynędzniałych sztuk mamuta, w zamiarze ukatrupienia pierwszego napotkanego osobnika tegoż gatunku. Tymczasem płeć przeciwna, zazwyczaj piękna (choć ten kto obejrzał Walkę o ogień mógłby tutaj żywo zaprotestować ;)), zajmowała się roztrząsaniem wszelkich możliwych sposobów przyrządzenia owego monstrum o wstrzymanym przez męża metabolizmie. Jedynie na tym polu cośkolwiek ruszyło się za sprawą naszych poczciwych emancypantek. "Drzewiej było lepiej" - to tylko rozmarzone westchnienia naszych babć i dziadków, bo tajemnicą poliszynela jest, że drzewiej było dokładnie tak samiusieńko jak dziś.

Otóż właśnie: kiedyś istniał podział na lepszy i gorszy rodzaj ludzi. Wiadomo - taki chłop do pięt nie dorastał wyfiokowanemu szlachcicowi w złotym surducie. Salony, kryształowe kandelabry zwisające ku pokrzepieniu serc ludzi zaopatrzonych w niebieską krew, blask biżuterii i - przyprawiające o ścisk żołądka dziwaczne peruki. A po drugiej stronie brud, smród i ubóstwo, jak mawia moja babcia. I co mamy dziś? Dziś mamy przyjęcia, bale za dwa miliony dolarów - i slumsy pełne gangów ulicznych i ćpunów. Ktoś dostrzega jakieś analogie?

Oczywiście, jest różnica. Takim dzisiejszym arystokratą może zostać byle pucybut - w czym gorliwie utwierdzała nas i utwierdza amerykańska propaganda. Kiedyś, prawda, nie obywało się bez mezaliansów, jeśli ktokolwiek spoza mafii dziwacznie uperuczonych szlachciców chciał się dostać do towarzystwa...

Wracając z kolei do czasów współczesnych - otóż ostatnio pan Olbrychski pozwolił sobie użyć szabli. Tak, otóż on, jako niegdysiejszy odtwórca roli Kmicica, przywłaszczył sobie główny atrybut sienkiewiczowskiego bohatera, w celach niekoniecznie pokojowych. Wymieniony pan, spowity w czarny płaszcz, niczym matriksowski Neo (tyle, że dzierżąc szablę miast tony pistoletów), jakby nigdy nic, wchodzi sobie do takiej Zachęty. Mało tego, że bezczelnie kradnie broń-symbol, on zwołuje media, aby, upojony podziwem przyklaskującej mu świty, w pełnym majestacie, wymierzyć sprawiedliwość. Warcholstwo, buta, rozbój - o, co to, to nie. To przeżytek. Teraz mamy prawo. Sądy. Cywilizację. Jej przedstawiciel właśnie porozbijał na drobne kawałki elementy wystawy w galerii sztuki. Bo on Kmicic jest! Abstrahuję już od rozważań, czy tamta wystawa to nazizm, czy nie nazizm, bo to w Polsce temat tabu, a poza tym wystawy nie widziałem, więc się nie znam; pozostaje nam tylko dziękować Bogu, czy innemu Dowcipnemu Demiurgowi, że Olbrychski nie występował w Rambo tudzież innym Czerwonym Październiku...

Co mnie jeszcze wkurza, jeśli chodzi o ową dzisiejszą "arystokrację", to postępująca degrengolada. Weźmy na ten przykład Polskę. Dawniej w rozmaitych kretyńskich reklamach występowali tylko ludzie nieznani, teraz natomiast wszędzie panoszy się "elita" polskiego aktorstwa, że wymienię tylko Fronczewskiego i Gajosa. To samo tyczy się mrowia powstałych ostatnio jak grzyby po deszczu telenowel. Bardzo niewielu dobrych aktorów pozostało wiernych swemu powołaniu, Majchrzak na ten przykład. Reszta jak jeden mąż ochoczo wzięła się do kręcenia reklamówek piwa i platform cyfrowych. Ale cóż, mój zarzut nieco osłabia opłakany stan rodzimego kina...

I tym przydługawym oraz wzbijającym się na szczyty debilizmu akcentem zakończę. Dziękuję za uwagę.

--
Smęcił
El Virka ijon@go2.pl
(np. Iris - "Iris")