Znajdował się w kajucie, która była mu dziwnie znajoma. Trzy metry od siebie zauważył dwóch ludzi. Bez trudu ich rozpoznał. Pierwszym był jego ojciec a właściwie przybrany ojciec. Drugim był... on sam, młodszy o pięć lat. Nagle zdał sobie sprawę, że to sen, sen który powraca co kilka tygodni, sen który nie daje mu spokoju. Wiedział, co się zaraz stanie, że pokłóci się z ojcem po czym wyjdzie trzaskając drzwiami. Przedmiotem sporu były poglądy polityczne. Vras był wtedy siedemnastolatkiem pełnym ideałów i nadzieji na lepszy świat. Huff Thosson, człowiek który go przygarnął i wychował-admirałem we flocie imperialnej. Tego dnia widzieli się po raz ostatni. Nagle obraz zawirował i Vras znalazł się na mostku Devastatora-niszczyciela gwiezdnego klasy imperial. Ponownie zobaczył swego ojca, zmierzał on w stronę wysokiej postaci odzianej w czarny płaszcz. Młody Thosson prosił swego opiekuna by zawrócił, lecz ten go nie słyszał. Bezsilność-nienawidził tego. Świadomość, że nie może nic zrobić doprowadzała go do szału. Pozostało mu jedynie obserwowanie dobrze znanej sceny. Wszystko potoczyło się dokładnie tak samo jak zwykle. Admirał zameldował się Lordowi Sith. Nastąpiła krótka wymiana zdań. Vaderowi najwyraźniej nie spodobało się to co usłyszał, zacisnął dłoń... Zaraz po tym ojciec Vrasa padł na ziemię.
Obudził się nagle. Był cały spocony, trząsł się z zimna. Po chwili dotarło do niego, gdzie się znajdował, Liberty, krążownik na którym aktualnie stacjonował. Właśnie dzisiaj był jeden z najważniejszych dni w jego życiu-atak Sojuszu na drugą Gwiazdę Śmierci. Znał dokładnie planowany przebieg bitwy i miał zamiar odegrać w niej znaczącą rolę. Wkrótce imperium zapłaci mu za śmierć jego prawdziwych rodziców oraz Admirała Thossona, który był dla niego jak ojciec. To właśnie on nauczył go podstaw pilotażu, lojalności, wpoił mu poczucie godności oraz przekazał ogromną wiedzę o otaczającym świecie. Gdyby żył, wszystko prawdopodobnie potoczyłoby się inaczej, byłby teraz po drugiej stronie konfliktu. Odpędził od siebie te myśli, nie ważne gdzie by się znajdował i co by robił. Teraz liczyła się tylko zemsta. Poczuł jak ogarnia go gniew, gniew który dodał mu siły i pewności siebie. Wiedział, że to uczucie poprowadzi go do zwycięstwa...
W hangarze po zamienieniu paru słów z innymi pilotami wchodzącymi w skład Zielonej Eskadry skierował się do swojego myśliwca. Zawsze lubił A-Wingi, które jako jedyne dowównywały prędkością maszynom imperialnym. Nie wyobrażał sobie, że mógłby latać B-Wingiem czy, co gorsze, Y-Wingiem. Szybkim ruchem wskoczył do kokpitu i po standardowym sprawdzeniu wskaźników wystartował.
- Wszystkie statki przygotować się do skoku w hiperprzestrzeń na mój znak - usłyszał głos Ackbara.
Calamarianin był znakomitym dowódcą i strategiem, ale jeżeli Imperium przygotowało dla nich jakąś niespodziankę mógł sobie nie poradzić. Palpatine jednak nie spodziewał się ataku, co dawało Sojuszowi przewagę. A może Mon Mothma nie doceniła Imperatora... ta myśl siedział głęboko w jego głowie i coraz bardziej się do niej przekonywał. Starał się o tym nie myśleć, dzisiaj nic go nie powstrzyma. Imperium zapłaci, i to słono... Vras pociągnął dźwignię a zaraz potem gwiazdy się rozmyły i jego oczom ukazała się niebieska mozaika. Widok ten zachwycał go za każdym razem.
Po wyjściu z hiperprzestrzeni zobaczył ją - druga Gwiazda Śmierci. Gdzieś tam znajdował się Imperator, a może i sam Darth Vader.
Miał nadzieję, że generator tarcz został wyłączony przez generała Solo i jego ekipę. Nic na szczęście nie wskazywało, by było inaczej. Wszystko przebiegało zgodnie z planem.
- Przerwać atak!!! Tarcza jest wciąż aktywna! - usłyszał głos genrała Calrissiana, który dowodził myśliwcami
- Zawracać! Wszystkie statki zawracać! - krzyknął Lando
Vras posłuchał rozkazu i... zamarł z przerażenia. Jego oczom ukazały się setki myśliwców imperialnych i kilkadziesiąt niszczycieli gwiezdnych, w tym Executor. Nie mylił się, miał dobre przeczucia, Palpatine okazał się sprytniejszy niż się im wszystkim wydawało. Na pierwszy rzut oka nie mieli szans z siłami Imperium, jednak wola walki i determinacja czyniła ich silniejszymi. Poza tym mogło być gorzej, gdyby Gwiazda Śmierci była czynna wycofaliby się od razu. Na szczęście nie była... Jego A-Wing wleciał prosto w rój wrogich myśliwców. Walczył jak lew, przepełniały go złość, gniew i nienawiść co jeszcze zwiększyło jego efektywność.
- Zielony cztery, masz jednego na szóstej! - usłyszał głos kolegi.
Natychmiast odbił w lewo, po czym zatoczył wąską pętlę i pozbył się uciążliwego TIE.
- Dobry strzał czwórka! - pochwalił go Antilles.
Vras zawsze chciał latać tak jak Wedge. Był dla niego jedynym autorytetem w tej dziedzinie, w końcu był najlepszy.
- Jest ich za dużo! - krzyknął zielony sześć.
- Już lecę Ethan, wytrzymaj chwilę - odparł mu młody Thosson.
- Nie mogę się uwo...aarghhhh!
Zginął kolejny z jego przyjaciół. Mógł mu pomóc, mógł... niestety nie zdążył. Odpędził od siebie poczucie winy. Trwała bitwa i chwila nieuwagi mogła kosztować go utratę życia.
Mijały kolejne minuty, a przewaga Imperium nie topniała. Vras robił wszystko co było w jego mocy, ale wrogich myśliwców było faktycznie zbyt wiele. Na szczęście niszczyciele były daleko i nie atakowały. Tylko dlaczego? Miał złe przeczucia...
Zestrzelił właśnie kolejnego TIE, gdy nagle...
- Nie... - szepnął młody Thosson.
Liberty, jego krążownik został zniszczony przez potężny promień... Gwiazda Śmierci ożyła.
- Wszystkie statki przygotować się do odwrotu - rozkazał Ackbar.
- Nie będziemy mieli drugiej szansy admirale - odparł Lando
- Generale Calrissian, nie mamy wyjścia. Nasze krązowniki nie wytrzymają takiej siły ognia!
- Han wyłączy tarcze, dajmy mu więcej czasu - nalegał Lando
- W porządku. Miejmy nadzieję, że pański przyjaciel nas nie zawiedzie, generale.
- Wszystkie statki związać walką niszczyciele. Z nimi mamy większe szanse niż z Gwiazdą Śmierci - rozkazał Calrissian.
Sytuacja była beznadziejna, ale wciąż mieli szansę... powtarzał to sobie aby nie stracić resztek nadzieji.
- Trójka i czwórka za mną - usłyszał głos dowódcy.
Trzy myśliwce skierowały się w stronę niszczyciela Stalker. A-Wingi szybko uporały się z generatorami tarcz.
- Juuuuhuuuu!!! - zawył Gavin, który leciał jeko zielony trzy.
Resztę załatwił krążownik Independence i po Stalkerze został jedynie pył. W przeciągu kilku minut udało się im jeszcze pozbyć kilku niszczycieli, ale straty które przy tym ponieśli nie napawały ich optymizmem. Bitwa zdawała się być rozstrzygnięta...
- Tarcze wyłączone, rozpocząć atak na Gwiazdę Śmierci! - rozkazał uradowany Ackbar.
- Już lecimy. Czerwoni i złoci za mną. Wiedziałem, że mu się uda - triumfował Calrissian.
Vras, mimo że należał do zielonej eskadry, bez wahania dołączył do Sokoła Millenium.
- Zielony cztery, trzymaj się rozkazów - usłyszał głos Landa.
- Generale, proszę. Naprawdę mogę pomóc - odparł młody Thosson
- No dobrze... - zgodził się Calrissian.
Siedem myśliwców rebelianckich zanurkowało prosto w trzewia Gwiazdy Śmierci. Za nimi podążyło kilka maszyn imperialnych.
- Dobra chłopaki, trzymać szyk - polecił Lando.
Nagle, tuż za statkiem Vrasa wybuchł jeden z X-Wingów trafiony przez Tie-Fightera.
- Rozdzielić się, wracajcie na powierzchnię - rozkazał Calrissian - może uda się wam zabrać paru bandytów.
- Ale...
- Bez dyskusji czwórka!
- Tak jest generale.
Cztery myśliwce sojuszu, w tym A-Wing Vrasa odłączyły się od Sokoła i szybko wyleciały z tunelu. Teraz nie mógł już nic zrobić. Wszystko zależało od Antillesa i Calrissiana. Miał nadzieję, że im się uda. Wierzył w to z całego serca, byli już tak blisko, musiało się udać. Nagle coś poczuł, odruchowo pociągnął drążek do siebie. Zdał sobie sprawę, że cudem uniknął trafienia przez jednego z TIE. Przeczucie uratowało mu życie. Nie pierwszyjuż raz. Będzie się musiał nad tym głębiej zastanowić, ale nie teraz....
- Odsunąć flotę od Gwiazdy Śmierci - rozkazał admirał Ackbar.
To zdanie mogło znaczyć tylko jedno. Chwilę po tym Thosson zobaczył wielki wybuch. Pierwszy raz widział coś takiego. Gwiazda Śmierci, stacja która miała zapewnić ostateczne zwycięstwo Palpatine'a, eksplodowała.
Wprawdzie bitwa trwała jeszcze przez jakiś czas, ale flota imperium jakby straciła motywację do dalszej walki. Ostatecznie reszta niszczycieli wycofała się z walki.
Zabawa na Endorze trwała całą noc, lecz Vras szybko znalazł ciche miejsce w którym mógł pomyśleć. Dowiedział się, że Vader zginął podczas bitwy. Rachunki były wyrównane. Zastanawiał się, co będzie teraz robił? Czy miał zostać z rebeliantami, czy odejść i wieść samotne życie. Myślał też o tych dziwnych przeczuciach, które miał już od dłuższego czasu. Co one mogły znaczyć? Będzie musiał poświęcić im więcej czasu. Postanowił to jednak odłożyć na później. Teraz miał prawo porządnie się wyspać...
Sthrathos, znany też jako Viq
viq@wp.pl