"Nie bójmy się śmierci. Póki jesteśmy - śmierci nie ma. Kiedy jest śmierć, nie ma już nas"

Tak mawiali epikurejczycy - a ja się z nimi zgadzam (co prawda tylko połowicznie- ale o tym później). Nie warto bać się własnej śmierci.
Myślę, że "niezałatwione sprawy" czy "nieprzeżyte chwile" nie odnoszą się do śmierci, tylko do życia. Jeżeli boisz się czegoś takiego Viq, to znaczy, że boisz się życia, czasu. Śmierć jest w pewnym sensie wybawieniem, wyjściem (nie myślcie, że należę do jakiejś sekty, czy czegoś takiego :)). Jeżeli tak nie jest- to dlaczego tyle osób popełnia samobójstwo? Oni oczekują jakiegoś wybawienia- boją się życia. Moim zdaniem odwaga nie jest potrzebna do śmierci, tylko właśnie do życia- do walki z problemami, losem itp.
Poza tym nie można od siebie tematu śmierci- to czyste tchórzostwo! Myślisz, że jak o czymś nie będziesz myśleć to to zniknie? Najbardziej boimy się przecież nieznanego. Może, żeby przestać się bać, warto byłoby przemyśleć to, co jest przecież nieuchronne, co spotyka każdego? Z tego co piszesz, wydaje mi się jesteś chrześcijaninem (albo hinduistą :)). Z punktu widzenia chrześcijan śmierć nie jest przecież końcem, tylko początkiem czegoś lepszego. Ale jak dziwni jesteśmy my, ludzie- wolimy zostać na naszym, niedoskonałym, niesprawiedliwym, ale sprawdzonym i pewnym świecie, niż "przejść" do lepszego- choć nieznanego. (Zapewne ci, którzy przed chwilą stwierdzili, że jestem w sekcie "dzieci śmierci" or sth, zmienili zdanie i mają mnie za jakąś katolicką aktywistkę ;))) )
Aha, nie uważam, że trzeba codziennie zastanawiać się nad tym czy "to dzisiaj umrę czy może za tydzień?", ale absolutnie nie można odsuwać od siebie tego problemu.
Wpadłam w moralizatorski ton- wiem- ale jeszcze coś w tym stylu: Ludzie! Nie bójcie się życia (a tym bardziej śmierci), bo to z tego wynika większość ludzkich problemów. Nie marnujcie dni na rozpacz, żyjcie rozważnie, ale z dużą dozą szaleństwa żeby w tym Ostatnim Dniu powiedzieć sobie "nie żałuję". Czyli w 2 słowach: Carpe diem!
I jeszcze jedno zanim naciśniecie wstecz - to, co tu napisałam dotyczy tylko śmierci, która dotyka nas "bezpośrednio" - tj. naszej własnej (hm, mam nadzieję, że to zdanie jest dla was zrozumiałe.)
Śmierć kogoś bliskiego, czyli o ironio, ta, która dotyka nas "pośrednio" jest dla mnie o wiele bardziej przerażająca i straszna, niż moja własna. Nie wiem, czy potrafiłabym poradzić sobie ze śmiercią moich rodziców, rodzeństwa, Tu nie mogę się zgodzić z epikurejczykami- śmierć istnieje równolegle z nami, krąży nad naszym życiem jak widmo, ale jest to śmierć kogoś, kogo kochamy. Chyba każdy człowiek ma kogoś, o kogo się boi- martwi o jego życie. To właśnie jest dowód miłości- troska. Nie rozumiem dlaczego ludzie boją się własnej śmierci-ale może jest tak właśnie dlatego, że nie chcą nikomu sprawić takiego bólu, jaki sami odczuwaliby po stracie kogoś bliskiego?
Śmierć wydaje się taka straszna chyba tylko dlatego, że jest jedną wielką tajemnicą. Nikt nie wie na pewno co jest potem. Może nic. A może coś nowego. Jedno jest pewne (przynajmniej dla mnie): Nie warto się bać. Jeśli ktoś w wieku szczenięcym czytał "Muminki" (a może czyta teraz) i pamięta niejaką Filifionkę- wie dlaczego.

Caroosea