Nie możecie usiedzieć na miejscu? Twórcza wena rozsadza całe wasze jestestwo? Napiszcie opowiadanie! Aby napisać opowiadanie, potrzebujecie jedynie talentu pisarskiego oraz świetnego, a zarazem oryginalnego pomysłu. Przydałby się również niezły warsztat, aby opowiadanie również od strony stylistycznej dobrze wyglądało, a także, powiedzmy, ze 25 lat pisarskiego doświadczenia. Tak więc - do piór i klawiatur! Widzicie teraz, że napisanie świetnego opowiadania to nic wielkiego zgoła. W następnym odcinku cyklu "Zrób to sam" poinstruuję was, jak własnoręcznie nabić kogoś w butelkę. Do zobaczenia!
ANEKS:
Sprawa jednakowoż nieco komplikuje się w momencie, kiedy nie posiadamy ani talentu, ani krztyny doświadczenia oraz taki sobie warsztat. Cóż zrobić wtedy? Nic prostszego. Przeczytać poniższy kurs. Zanim jednak zagłębicie się w ów instruktaż, muszę was przestrzec przed konsekwencjami...
Otóż pisarz to w gruncie rzeczy świnia. Ostatni cham. Nie, to zbyt łagodne określenia. To kat. Morderca. Spójrzcie - tworzy światy, zapala słońca, ziszcza ludzi - zupełnie jak Pan Bóg. Tylko, że on je potem niszczy. Pomyślcie, ile książek NIE powstało dla jednego opowiadania, ileż dzieł zostało zamordowanych w zarodku, by mogło powstać jedno. To już znamy, gdzieś zapewne słyszeliśmy. Ale to nie jest jeszcze najgorsze. Można to złożyć na karby poświęcenia, musi zginąć jeden, by mógł żyć inny, nie ma tutaj mowy o żadnej niehumanitarności. Lecz czy nie pomyśleliście nigdy, że pisarz może sobie tworzyć światy dla samej zabawy i potem je sobie obserwować, aż sczezną - z jego winy. A to jakąś powódź sprowadzi, a to puści morowego powietrza, wyimaginuje wojnę, demony i tylko on sam wie co jeszcze. Cynizm i zakamuflowana żądza krwi. Może płodzić kalectwo i nikt go nie osądzi, całe narody wysyłać na masowe rzezie, inwazje kosmitów nawet wcielać w życie. Powiedzcie, czyż to nie okropieństwo? Tak, pisarz to demiurg-zabójca, i to dobrze, chytrze schowany pod podszewką idylli i sielanki jego oficjalnego dorobku. Toż nie myśleliście, że on taki na co dzień? Nie, to zupełnie jak w przypadku Dra Jekylla i Mr. Hyde'a. W nocy zmasakruje taki pół wsi siarczanym ogniem trójgłowych smoków, a rano zbiera laury jako autor poematów o kopciuszkach i królewnach cudownie uratowanych przez rycerzy.
Tu popukacie się zapewne palcem w głowę i roześmianym głosem będziecie wyszydzali i kpili z niedorzeczności morderstwa w wyobraźni. To przecież, panie - powiecie - nic zdrożnego! Jak sobie ich wymyślił, to niech zabija, gwałci i rabuje, wszak nie dzieje się to naprawdę, nikt z nich nie żyje!... Ja jednak skontruję gromko: jakże to tak?! Toż to nikczemność! Wstyd! - będę krzyczał zbulwersowany. Zabawa ludzkimi uczuciami! Niedojrzały bóg-zabójca to przecie coś znacznie gorszego, niż zwyrodnialec! Bo zwyrodnialec tylko morduje, TYLKO niszczy, a pisarz najpierw stworzył, a więc dał nadzieję, powołał do życia, a dawanie i odbieranie jest wszak większą niecnotą niż samo odbieranie!
No dobrze, uniosłem się odrobinkę. Nie o tym chciałem tu powiedzieć, porzućmy kaznodziejskie zapędy. Tematem mojego kursu nie jest przecież demaskacja nicpoństwa ludzi szlachetnych, twórców, autorytetów, tego ukrytego, i w naszej twardej rzeczywistości tak przecież niewinnego. Przekreślone światy, podarte kartki, na których toczyło się, jeszcze przed momentem, kwitnące życie - to dla mnie nie zbrodnia, owszem, byłaby - w utopii, teraz jednak istnieją większe zmartwienia.
Spróbujmy zagłębić się w tę wolność, posiądźmy tę władzę i rozmarzmy się nad profitami płynącymi z owej działalności. Napiszmy symulowane opowiadanie, na przykładzie którego sami będziecie mogli stworzyć taką prozę, przy której sienkiewiczowskie bajania i opisy przyrody Reymonta to nędzna grafomania.
Pierwej należy stworzyć sobie przyzwoitego głównego bohatera. Na tym etapie poprzestaniemy na sprawdzonych wzorcach. Jak podają statystyki, znakomita większość głównych bohaterów to przystojni bruneci w wieku około 30 lat, palący Marlboro i pijący Budweisera (jeśli ma to być opowiadanie czytane przed 23.00, radziłbym, przewidując jego olbrzymią popularność, wyposażyć się w bohatera-abstynenta, rozmiłowanego w sokach owocowych), których oblubienice zginęły z rąk parszywych opryszków. My również sporządzimy sobie takiego - o imieniu może nieco odstającym od kanonu, a mianowicie - Protazy. Porzucimy jeszcze tylko ostatnią jego cechę, na rzecz pięknej Rosalindy, o wybujałych we wszystkie kierunki kształtach i przemiłym uśmiechu.
Następny nasz krok to świat, ponieważ samymi, nawet najdoskonalszymi bohaterami, nie będziemy w stanie przykuć czytelnika do lektury. Możemy od nowa stworzyć sobie własny, zupełnie nie używany i dziewiczy padół, ja jednak odradzam, gdyż trzeba do tego naprawdę solidnego przygotowania i niezgorszego pomyślunku. Skorzystajmy z mrowia wysłużonych i zatłoczonych, ale nadal uroczych światów. Co mamy? Współczesność, ale to nuda. Jakaś mroczna wizja przyszłości? Eee... Myślę, że najlepszym wyborem będzie tutaj średniowiecze, ale to baśniowe, magiczne (broń Boże magiczny realizm!), to co jest na topie, a zowie się wdzięcznie - fantasy.
No dobrze, my tutaj tak dywagujemy, a co z naszymi pupilami? Zobaczcie, stoją spowici tą wstrętną pustką, do tego... ojej! Do tego są nadzy! Przyodziejmy ich więc, bo obok zwykłej żądzy krwi, może się pojawić i perwersja! Nieważne w co, nie zajmujmy się tak błahymi szczegółami. Dalej, kreujmy! Oto pojawiają się łąki, i Protazy ma już pod obutymi w drewniane trzewiki stopami soczystą trawę, gapi się w zdziwieniu na nowo powstające góry, które z naszej woli rosną przed nim, niech trysną strumienie, rozlejmy jeziora, chluśnijmy morzami! Niebo - niech tu i tam pada z niego deszcz. Cóż jednak robią Protazy i Rosalinda? Płaszczą się przed nami, oddając pokłony! Widać stworzyliśmy im religię, zupełnie niechcący. Zobaczcie jednak, czy to nie męczące, czynić tak świat po kawałku? Bóg rzeczywiście musiał być skonany po tych sześciu dniach. Niebo, gwiazdy, drzewa, ptaszki, jelonki, pustynie, lody, wieczna zmarzlina, szczupaki, wielbłądy, krówki boże, smoki, pszczoły, zboże... komu by się chciało? Przy stwarzaniu tak prostackiego świata, posłużmy się szablonami. Niech więc będzie Przyroda! Niech się staną Zwierzęta! Na górze zapalmy jakąś gwiazdę, rzućmy paroma księżycami wokół tego świata... To przecież nieważne, to tylko świat tymczasowy! Oj, co ja się JUŻ narobiłem, a gdybym tak chciał kreować wszystko po nowemu, to bym chyba zwariował! Poszukajmy naszych poczciwych bohaterów. Gdzie oni są? Siedzą tam, biedactwa, piją wodę z rzeki, łażą do jaskini i tłuczą kamieniami o kamienie.
Teraz, kiedy już uporaliśmy się ze światem, mamy Protazego i Rosalindę, którzy pewnie śmiertelnie się nudzą. Przed nami nieograniczone możliwości. Możemy zrobić wszystko co nam się podoba. Postawić parę domków, małą wioskę, z krowami, gęsiami, wiecznie ryczącymi dziećmi, rolnikami w spokoju uprawiającymi ziemię, odurzającym zapachem winnic, skoro właśnie pora na winobranie. Albo rzucić ich na wojnę, gdzie huk, grzmoty, jęki rannych, wybuchy, bieg slalomem wokół okopów, krew, mord... Możemy dać im statek, niech po lazurowym oceanie pożeglują w stronę zachodzącego słońca, wędrując po nieznanych lądach, ledwie uchodząc z łap łowców głów, odkrywając skarby zakopane przed wiekami przez szabrowników... bla, bla, bla...
Nie. Stwórzmy im małe królestwo. Sprawiedliwy król, wierni poddani, damy dworu, dziewice (jeszcze), turnieje rycerskie (bo rycerze nudzą się, niedawno wrócili z wojny - wygranej oczywiście), wiedźmy, potwory. Rzućmy tam nasze ofia... znaczy się - główne postaci. Ale przedtem wyczyśćmy im umysły, niech będą to na powrót czyste karty, żeby niepotrzebnie nie zaprzątali sobie głowy cudami, mogliby wszak zwariować, a cóż nam ze zidiociałych bohaterów? Protazego uczyńmy rycerzem. Wrócił niedawno z wielkiej wojny, umęczony, przecie taka wyprawa to nie w kij dmuchał. Żyje sobie szczęśliwie z wierną Rosalindą (choć co ona robiła podczas jego nieobecności to wie tylko ona sama oraz obywatel January), Protazy od czasu do czasu dekapituje, bądź też przebija kopią tego i owego...
No ale nam się tutaj farsa z sielanką robi! Musimy coś na to poradzić! Zostawmy więc na chwilę zadowoloną parę w ich domku krytym czerwoną dachówką, nie dzieje się tam przecież nic ciekawego, ona wedle stereotypów gotuje obiad, on poleruje swoje wielkie mieczysko (ale czego się spodziewać od tak banalnej historii, przecież nie wsadzimy emancypantek w średniowiecze!), zostawmy ich za murami monumentalnego zamczyska, i przenieśmy się do tejże właśnie budowli. Sieć intryg, to czego nam trzeba! Frygus, król sprawiedliwy, więc naiwny, czego się tu oczekiwać, jak nie straszliwych knowań Złego Czarnoksiężnika, którego fizys już na pierwszy rzut oka sprowokowałaby odruch zamknięcia go w ciemnym lochu u co bardziej rozgarniętych króli? No ale nasz Frygus, jak już powiedzieliśmy, do najprzebieglejszych nie należy. Czy zależy nam na obmyślaniu zawiłej intrygi? Nie! Nie zaprzątajmy sobie nią głowy, powiedzmy tylko, że oto, za sprawą czarnej magii, nasz zły charakter przejmuje władzę w królestwie, strąca dobrego, naiwnego Frygusa do lochu. Wprowadza zamordyzm, wysokie podatki, ścina tysiąc losowo wybranych poddanych...
Mamy już podział na Dobro i Zło. Znów otwierają się przed nami niezliczone ścieżki działań. Możemy wysłać naszego dzielnego Protazego do zamczyska, niech dzięki swojej niebagatelnej sile i sprytowi wedrze się jak burza do środka, ubije strażników, eksterminuje Czarnoksiężnika i przywróci Frygusa na tron... albo sam zostanie królem... albo wedrze się po cichu i, działając skomplikowanie, bez rozlewu krwi, doprowadzi wszystko do porządku.
Lecz czy jesteśmy skazani na tak zwykłe, sztampowe metody? Skądże! Przecież możemy wszystko! Wykoncypujmy sobie i wypuśćmy na świat zielonego smoka - o! - już widać jak napada na miasta, pali wsie, pożera coraz to nowych rycerzy. A Protazy? Wyślijmy do niego Dobrego Maga. On to zdradzi mu miejsce ukrycia tajemnego Amuletu, który Protazy, po wielu przygodach zdobędzie, i z pomocą jego czarodziejskich właściwości okulbaczy zielonego smoka... Teraz nic nie stoi na przeszkodzie, aby zobaczyć Protazego, jak pikuje na pałac, w którym zażywa kąpieli w mleku Zły Czarnoksiężnik, i jak zielony smok zionie ogniem, nawet magii Czarnoksiężnika nie opiera się ten żar przeokropny, i oto Zły Czarnoksiężnik skwierczy już, uśmiercony przez naszego dzielnego Protazego (a raczej jego smoka). Frygus wraca na tron, zielony smok odlatuje, Protazy zostaje Bohaterem, Zbawcą, noszą go na rękach; i żyli długo i szczęśliwie - on i Rosalinda - dochowując się gromadki rozwrzeszczanych bachorów...
Żyliby, gdyby nie to, że można z nimi robić co się chce. Bo czyż takie zakończenie nas satysfakcjonuje? Czyż nie jest nazbyt proste? A do tego jeszcze takie słodkie, wspaniałomyślne. Happy end - tfu! Niech okaże się, że Rosalinda to wcale nie żadna powabna i kusząca bajkowa piękność, ale potwór o siedmiu patrzałkach i pięciu głowach. Właśnie pożarł naszego biednego Protazego, kwitując posiłek wdzięcznym beknięciem, po czym wyrusza w głąb wioski, pałając gorącym uczuciem - w dosłownym tego słowa znaczeniu - do niewinnych wieśniaków. Sieje pożogę, zionie ogniem z wewnątrz swych rozpalonych trzewi, konsumuje przypadkowych rycerzy, matki, dzieci, dokonuje rzezi przeokropnej, dziesiątki istnień lądują w ogromnym brzuszysku potwora, szkarłatne wstęgi krwi rozpościerają się jak okiem sięgnąć, i słychać tylko udręczone rzężenie, i wrzaski niby dusz potępionych z samych czeluści piekie...
[Tu autor przez przypadek odłączył klawiaturę od komputera i, nieświadomy tego, pisał jeszcze przez dwie godziny, pustosząc i mordując w twórczym szale, nie spojrzawszy ni razu na monitor... Dzięki Bogu dane te przepadły, bo gdyby ktokolwiek się z nimi zapoznał, to ręczę - nie wyszedłby z tego zdrowy na umyśle. A opowiadanie to sami sobie napiszcie.]
--
Cenzurował
El Virka ijon@go2.pl
np. (The Beatles "Yesterday" ;))