WRÓĆ

Spoczywajcie w pokoju

Młoda kobieta leżała na podartych kocach, zbroczonych świeżą krwią. Jej rozgrzane ciało trzęsło się z bólu. Zaciskała pięści na brudnym materiale. Zalane łzami oczy patrzyły z nadzieją w sufit, lecz pomoc nie nadchodziła. Została sama, otoczona przez wrogie ściany. Tęczówki koloru bezchmurnego nieba skryły się pod rozszerzonymi źrenicami. Z nosa ciekła krew, której smak jednoznacznie kojarzył się jej ze śmiercią i choć z całych sił próbowała myśleć wyłącznie o ratowaniu życia, to w głębi duszy wiedziała, że tylko cud mógłby jej pomóc. Straciła dech i zaczęła kaszleć. Dusiła się przez zaledwie kilka minut, targana niekontrolowanymi wstrząsami. Jej ostatnia myśl brzmiała: "I tak nie mam dla kogo żyć". Odeszła, żegnana szumem podziemnych pociągów. Odeszła z miejsca, gdzie jedyną czystą barwą był kolor krwi, z miejsca, gdzie nawet szczury boją się mieszkać. Tam, gdzie podążała, miało być pięknie.

* * *

Jaskrawe światło wdarło się do oczu kobiety, która stwierdziła, że nie czuje bólu. Pulsujące fale napływały z góry. Spojrzała w tamtym kierunku, ale nie dostrzegła źródła tajemniczej jasności. Wisiała zawieszona w pustce. Bała się odosobnienia, a mimo to doznawała dziwnego uczucia szczęścia. Uszczypnęła z całej siły policzek i nie doznawszy bólu, roześmiała się głośno. Kołysana falami ciepła, zamknęła szczęśliwe oczy.
Nagle jej umysł zaatakowała gwałtowna myśl. Przyszła niespodziewanie szybko i tak samo odeszła - niczym błyskawica, pozostawiając po sobie wyraźny ślad. Chwilowo dziewczyna była zbyt radosna, by go dostrzec.
Tymczasem z pustki poczęły się formować najprzeróżniejsze kształty. Kolejne przedmioty powstawały, niczym malowane pędzlem artysty. Kobieta nigdy wcześniej nie widziała tak niesamowitego piękna, zawartego w jednym obrazie. Na pierwszy rzut oka wszystko zdawało się być martwym, lecz wtem liście zaczęły tańczyć w rytm letniego, ciepłego wiatru. Kwiaty roztaczały wkoło niesamowicie świeży zapach. Wciągnęła głęboko powietrze i rozkoszowała się nim przez długą chwilę.
Nie ograniczał jej czas, ani materia - była twórcą własnego świata. Potrafiła dokonać niemal wszystkiego i sprawiało jej to nieopisaną radość. Na upiększanie i kreowanie nowych miejsc, poświęcała ogromną ilość czasu. Była królową na zamku, panią podwodnych czeluści, ptakiem wijącym gniazda w chmurach... Lecz przyszła w końcu nieubłagana chwila.
Moment bezczynności sprawił, że do głosu doszła myśl, długo spoczywająca w zakamarkach podświadomości. Dziewczyna nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, co tu robi i skąd się wzięła. Nim jednak zadała pytanie, znała odpowiedź. Nie pamiętała też, kim była wcześniej, co robiła i w jakich okolicznościach tu dotarła, ale kiedy jest się szczęśliwym, takie wątpliwości nie mają znaczenia. A nagle nabrały - i to ogromnego.

Przeszłość nie istniała, nie w jej pamięci. Im bardziej próbowała sobie cokolwiek przypomnieć, tym mniej wiedziała. Przeświadczenie, że nie tu jej miejsce, że należy gdzie indziej, wypływało z głębi serca - było instynktowne. Szukała czegoś bardzo ważnego, bo skoro zapragnęła opuścić tak wspaniałe miejsce, skoro obowiązek poszukiwania przetrwał, to nie mogła to być byle błahostka.
- Co ja tu robię? - krzyknęła, zwracając głowę w kierunku nieba. - Nie tu moje miejsce, jest coś, co muszę zrobić! Natychmiast!
Patrzyła z nadzieją w niebo, ale jej pytanie pozostawało bez odpowiedzi.
- Boże, o czym nie chcesz mi powiedzieć?
Ptaki wesoło świergotały, przelatując gromadami na tle kłębiastych chmur. Wiatr wzmagał się, ale ukwieconą równinę wciąż okrywał blask słońca.
- Nie tu moje miejsce. - szepnęła.
Niebo przykryła warstwa chmur. Wiatr rwał liście z drzew, zwierzęta pierzchły. Letnią ciszę rozsadził potężny grzmot. Zielona trawa została zaatakowana wielkimi kulami gradu. W mgnieniu oka piękna polana zamieniła się w ubłocone, jednobarwne pobojowisko.
- Chcę się stąd wydostać! - krzyknęła wściekle, wznosząc do góry zaciśnięte pięści.
Padła na kolana, zaczęła płakać. Powieki opadły na smutne oczy, gdy opuściła głowę. W jednej chwili zawierucha ucichła, a powietrze przesączył niesamowity smród.
- Nikt nie jest moim więźniem, lecz pamiętaj, że dopóki nie czynisz źle, możesz powrócić. W innym wypadku zostaniesz tu na zawsze, o Wyklęta. - rozległo się w jej głowie ciche echo.
Zaskoczona uniosła głowę i otworzyła oczy.

* * *

Przedziwny głos został zagłuszony dudnieniem pędzącego za ścianą metra. Pojedyncza żarówka oblewała drżące ściany szarym światłem. Gdy pociąg odjechał, zapanowała idealna cisza, czasem przerywana szczurzymi piskami. Wyklęta wstała i skrzywiła twarz, gdy do nozdrzy dotarł zapach zgnilizny. Na samym środku niewielkiego pomieszczenia spoczywał kawał materiału, upstrzony bordowymi plamami. Strużka krwi znaczyła drogę, prowadzącą do stalowych drzwi. Ruszyła w ich kierunku. Złapała za klamkę i z niemałym wysiłkiem odsunęła zardzewiałe wrota.
Jej włosy rozwiał zimny przeciąg. Przekroczyła próg, dostając się na starą stację. Pomieszczenie rozjaśniała jedynie ścienna lampa. Wytężyła wzrok i dostrzegła połamaną ławę, na której leżała kobieta ubrana w łachmany. Jej ramię poddawało się bezwładnie szturchnięciom. Gdy nieznajoma gwałtownie uniosła głowę, Wyklęta odskoczyła do tyłu.
Ujrzała zniszczoną, ale młodą twarz. Potargane włosy opadały chaotycznie na ramiona, wąskie usta wykrzywił nieznaczny uśmiech.
- Gdzie ja jestem? - zapytała Wyklęta nieśmiało.
- Na starej stacji metra. - odparła dziewczyna zmęczonym głosem. - Nie wyglądasz na ćpunkę. - dodała po chwili milczenia.
- Bo nią nie jestem. - wytłumaczyła odważniej.
- Wiem, wiem. Tylko żartuję. - zaśmiała się z wysiłkiem.
- Jak ci na imię?
- To... nie istotne. - rzekła nieznajoma bardzo powoli, jak gdyby nie była pewna właśnie wypowiedzianych słów. - Mów mi Bezimienna.
- Ja jestem...
- Stop! Niech zgadnę. Wyklęta?
Zaskoczona dziewczyna cofnęła się o krok, marszcząc brwi. Patrzyła niepewnie w smutne oczy. Po chwili zauważyła, że brudna koszula Bezimiennej jest przemoczona krwią w miejscu podbrzusza. Wskazała tam palcem i otworzyła usta, lecz nie zdążyła zapytać.
- Dźgnął mnie jakiś pijak. Nie przejmuj się, na szczęście jestem już cała i zdrowa. - w jej głosie rozbrzmiała nuta ironii.
- Przybyłam tu z misją, lecz nie wiem, co jest celem moich poszukiwań. - wytłumaczyła Wyklęta z nadzieją, że otrzyma chociaż najmniejszą podpowiedź.
- Niestety... Ale bądź dobrej myśli. Każda zagadka ma rozwiązanie. Zresztą nawet, gdybym coś wiedziała i tak bym ci nie pomogła. Czas w drogę.
Wyklęta, podziękowawszy gestem, ruszyła w kierunku wyjściowych schodów. Jednocześnie naszła ją gwałtowna myśl, jak gdyby znała tę kobietę.
- Pamiętaj tylko, by nikomu nie ufać. Nie zawiedź jej. - dobiegły ją słowa z oddali, zapieczętowane płaczliwym śmiechem.
Odwróciła się, ale ławka stała pusta.

* * *

Wiatr zahuczał w tunelu. Szum przeciągu nie ustawał i po chwili przemienił się w odgłos nadjeżdżającego metra. W ułamku sekundy stację wypełniło oślepiające światło. Wagony przemknęły dalej, wzniecając za sobą kurzawę. Niesamowity pisk niemal rozsadził bębenki Wyklętej, gdy kaskady iskier wystrzeliły spod kół. Ostatni wagon stanął. W tym samym momencie światła zgasły. Jej odwaga w mgnieniu oka została pożarta przez niesamowity strach.
- Uciekaj... - usłyszała szept, niemal ściskający gardło. - Uciekaj.
Bała się poruszyć, by nie wpaść w ręce niewidocznej postaci. Ostry pazur musnął jej szyję i przewędrował pomału z karku na brzuch. Instynktownie spróbowała odrzucić od siebie napastnika, ale ręce natrafiły na powietrze. Upadła, zdzierając skórę z łokci.
- Uciekaj! - przeraźliwy skowyt wdarł się do jej głowy.
W tej samej chwili rozbrzmiał dzwonek i drzwi wagonu rozwarły się, oblewając podłogę czerwonym światłem. Rzuciła się w ich kierunku. Coś złapało ją za stopę i upadła na twarz. Nim zdążyła wstać, ostry pazur zadrapał ją w bok. Potknęła się, ale biegła dalej, dysząc ze strachu. Wskoczyła do wagonu i uderzyła w podłogę. Ciężkie drzwi przytrzasnęły jej stopę. Metro nabierało prędkości, a ona szamotała nogą, próbując wydostać ją z uścisku. W ostatniej chwili szarpnęła uchwytem.
Zakrztusiła się śliną i spływającymi do ust łzami. Chwyciła się za piekący bok i ze zdziwieniem stwierdziła, że po zadrapaniu nie było najmniejszego śladu. Łokcie nadal piekły, ale skóra była nienaruszona. Wstała i zamierzała usiąść na zniszczonym krześle, lecz w porę zauważyła, że wystają z niego długie, ostre pręty. Wszystkie siedzenia wyglądały niczym narzędzia tortur, lśniące w błyskach bordowego światła.
Monotonna jazda potęgowała uczucie zmęczenia i senności. Gdy tylko zamknęła oczy, jej uwagę zwróciły dziwne szepty. Rozchodziły się echem po pustym przedziale. Stając się bardziej natarczywymi oraz wyraźnymi, utwierdziły ją w przekonaniu, że nie są wymysłem wyobraźni. Światło na moment zgasło.
Gdy czerwony blask ponownie rozjaśnił ciemność, szepty ucichły. Wyklęta oniemiała i cofnęła się z przerażenia. Tylko miejsce obok niej było wolne. Zjawy wpatrywały się w podłogę, by nie ukazywać twarzy. Były nagie, a krwawe rany zdobiły łyse głowy. Z oddali dobiegał odgłos stukoczących obcasów. Drzwi dzielące przedziały rozsunęły się.
Do wagonu wkroczył wysoki mężczyzna, ubrany w konduktorski uniform. Daszek z czapki zasłaniał oczy. Spokojnym krokiem zbliżał się do Wyklętej.
- Dobry wieczór. - pokłonił się. - Bilecik proszę. - poprosił grzecznie, wyciągając dłoń, złożoną z białych kości.
Wyklęta patrzyła na niego milcząco podejrzliwym wzrokiem.
- Czyżbyśmy jechali na gapę? - uniósł głowę wyżej, odsłaniając złowrogie oczy.
- Nie wiedziałam... - zaczęła kłopotliwie.
- No tak, znowu ta sama gadka. - uciął konduktor i westchnął przeciągle. - Mamy tu taki zwyczaj, że kasujemy gapowiczom języki. - wytłumaczył, wyciągając z kieszeni przyrząd, przypominający drylownicę.
Jej oczy zdradzały niepokój.
- Zaraz, miałam go gdzieś tutaj... - próbowała odwrócić uwagę konduktora i uklękła, przeczesując rękami podłogę.
Zniecierpliwiony mężczyzna począł tupać nogą i Wyklęta spostrzegła, że to stukoczą nagie kości stopy. Ktoś delikatnie szturchnął ją w plecy. Z zaciśniętej pięści odebrała niewielki przedmiot, wstała i rozprostowała dłoń. Gdy spostrzegła zakrwawiony język i poczuła ciepło parującej krwi, odskoczyła przerażona.
- A niech mnie! Ki diabeł?- wykrzyknął konduktor. - Dawno nie przydarzyło mi się coś takiego!
Rozejrzał się podejrzliwie po wagonie.
- Kto dał jaj bilet? Przyznać się! - warknął, lecz pasażerowie siedzieli w milczeniu. - No cóż, skoro tak, może pani jechać. - wzruszył ramionami i skierował się do wyjścia z przedziału.
- Proszę pana! - krzyknęła za nim, gdy rozsuwał drzwi. - Gdzie zatrzymuje się ten pociąg?
Konduktor odwrócił głowę i spojrzał na nią rozbawionym wzrokiem.
- Ależ on się nie zatrzymuje! Niech pani wygodnie usiądzie i korzysta z uroków podróży. - wskazał palcem na poprzebijane krzesło, po czym szaleńczo zachichotał, rozpływając się w powietrzu.
- Dziękuję. - rzekła do chłopca, od którego otrzymała pomoc.
Dziecko powoli odwróciło głowę, ukazując poparzoną twarz. Zabrudzony krwią sztylet zawisł w powietrzu. Światło na moment zgasło i gdy z powrotem zapaliło się, stała sama w wagonie.

* * *

W końcu dotarła do oszklonych drzwi, zza których bił błękitny blask. Otworzyły się nadspodziewanie łatwo i jej twarz omiótł rześki podmuch. Ostrożnie weszła do środka. W powietrzu unosił się zapach kwiatów, z głośników płynęła muzyka klasyczna. Piekielne wrzenie zostało zastąpione przyjemnym chłodem. Na skórzanym fotelu w końcu przedziału, spoczywał konduktor. Uśmiechnął się zalotnie, po czym powrócił do lektury gazety.
Wyklęta stanęła przed wejściem, prowadzącym do kabiny sterowniczej. Konduktor nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, zaczytany w rubryce nekrologów. Chwyciła za klamkę. Drzwi rozsunęły się samodzielnie. Gdy tylko postawiła stopę za progiem, zatrzasnęły się z hukiem. Co gorsza, od tej strony nie posiadały klamki.
Kabina była niewielka - znajdowała się w niej konsoleta z jednym przyciskiem oraz fotel, zajęty przez pokryty pajęczynami szkielet. Gdy drżący palec musnął klawisz, zawahała się, lecz w końcu przycisnęła go z całej siły. Momentalnie zarzuciło do przodu, szkielet z impetem wpadł na metalowe pudło i rozsypał się na popiół. Iskry wystrzeliły spod kół i metro zatrzymało się na przestrzeni kilku metrów. Po chwili do drzwi zaczął dobijać się konduktor.
- Coś ty zrobiła z naszym najlepszym maszynistą! Otwieraj!
Podniosła z ziemi ocalałą kość i rozbiła szybę. Wyskoczyła na zewnątrz, kalecząc szkłem dłoń. Poczęła biec przez tunel. Metro zawyło, po czym ruszyło ospale, by zaraz potem pomknąć z niesamowitą prędkością. Nim światła całkiem zgasły, zdążyła zauważyć czapkę konduktorską i grożący palec.
Wysokie ściany odbijały echem płacz. Szła ostrożnie, chwytając za wystające cegły. Tunel zdawał się nie mieć końca. Wtem usłyszała ciche dudnienie. Dotknęła szyny i wyczuła narastającą wibrację. Ciemność została przecięta smugą słabego początkowo światła. Wyklęta zasłoniła dłonią oczy, gdy z bliska blask okazał się nie do wytrzymania. Szynami sunęła stara drezyna. Spróchniałe deski zaskrzypiały pod ciężarem ciała dziewczyny.

* * *

Pomachała na pożegnanie. Ze stacji prowadziły dwa wyjścia - schody biegnące w górę i w dół. Przypomniała sobie słowa Bezimiennej: "Ona już czeka, tam w dole" i szybko podjęła decyzję. Do ciasnego pomieszczenia prowadziły marmurowe stopnie. Wielkie drzwi tarasowała przedziwna maszyna, pełna zębatych kół i trybów. Srebrzysta stalówka czarnego pióra, zawieszonego na sprężynie, połyskiwała w mroku. Na poziomie głowy spostrzegła niewielką kartę, starannie zapisaną drobnymi literami. Postępując zgodnie ze wskazówkami, przebiła skórę kciuka i krwią podpisała formularzyk.
Maszyna zaskrzeczała i zębatki poczęły wirować z niesamowitą prędkością, ustawiając odpowiednią kombinację. Zamek trzasnął i drzwi ze skrzypieniem rozchyliły się. Postawiła stopę po drugiej stronie. Kręte, wąskie schody prowadziły dół. Wychyliła się przez poręcz, ale nie ujrzała dna wieży. W niepełnym mroku spostrzegła dziwne imiona, wyryte na drewnianych stopniach.
Zmierzała w dół, lecz schody nie miały końca. Zrezygnowana usiadła i opuściła głowę. Przycisk umieszczony pod poręczą, przyciągnął jej wzrok. Co trzy stopnie powtarzał się bliźniaczo podobny. Ostrożnie wcisnęła jeden i w tej samej chwili straciła pod nogami grunt. Stopnie pochyliły się, tworząc zjeżdżalnię. Poczęła pędzić z ogromną prędkością, nie potrafiąc złapać poręczy. Po kilkuminutowej jeździe pochylnia zakończyła się wylotem.
Spadła na wielki kopiec siarki. Ostry zapach wypełnił nozdrza, które poczęły piec, a z oczu popłynęły łzy. Stoczyła się na kamienistą drogę. Kaszląc, strzepnęła z siebie resztki śmierdzącego proszku. Droga wiodła ze zbocza góry w dolinę. Minęła wieżę, zasłaniającą piekielny krajobraz.
Na horyzoncie rysowały się wulkaniczne szczyty, plujące lawą i czarnymi oparami. Dolinę zalewały potoki rozżarzonej lawy. Po ciemnoczerwonej płachcie nieba wędrowały chmury ognia, darzące suchą ziemię deszczem iskier.
Ścieżka prowadziła w głąb doliny, strzeżonej przez posąg demona. Wielkie rogi sięgały aż pod same chmury. Kończyła się u wejścia do szerokiego tunelu, po bokach którego znajdowały się mniejsze groty, różniące się oznaczeniami w postaci cyfr. Długo wędrowała przez skalisty hol, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność.
Gdy wkroczyła do jednej z mniejszych jaskiń, na moment ogarnęła ją ciemność. W oddali zamigotało światło, pochodzące z identycznego, przestronnego korytarza. Próbowała przechodzić przez groty z różnymi cyframi, lecz skutek był wciąż taki sam. Wielkie tunele mnożyły się bez końca i choć podążała w jednym kierunku, to doskonale wiedziała, że zawsze powraca w to samo miejsce.
Beznadziejna wędrówka sprawiała, że powoli traciła siły i zaczynała odczuwać senność. Upadła na samym środku tunelu, zbyt zmęczona, by dalej maszerować. Nim zdążyła wywnioskować, co się dzieje, Morfeusz objął ją w swe ramiona.
Podążała przez gęstą zasłonę dymu. Nagle rozdarła ją drobna postać. Zdyszana dziewczynka zatrzymała się przy samych nogach Wyklętej. Na głowie miała dwie czerwone kokardy, barwy identycznej jak jej sukienka na szelkach. Patrzyła zaciekawionymi oczami.
- Jak się nazywasz, dziecko? - zapytała Wyklęta.
- Nie widziała pani mojego kotka? - odparła dziewczynka, nie zwracając uwagi na pytanie.
- Słucham?
- Takiego malutkiego, całego czarnego. Uciekł mi i nie potrafię go znaleźć.
- Przykro mi, ale nie.
Dziewczynka stała w milczeniu, jak gdyby został na nią rzucony urok - nie poruszała się i nawet nie oddychała.
- Dziewczynko, czy nie wiesz, jak się stąd wydostać? Jest tyle drzwi i bez względu na to, w które wejdę, zawsze docieram w to samo miejsce. - zapytała Wyklęta z nadzieją, że dziecko stanowi rozwiązanie zagadki, ale ono milczało. - W którą grotę mam wejść? - spróbowała raz jeszcze.
- To zależy, dokąd chce pani dotrzeć. - wytłumaczyła niespodziewanie.
Nagle we mgle rozbrzmiało miauknięcie i dziewczynka momentalnie pobiegła w kierunku, skąd dochodziło.
- Nie rozumiem! - krzyknęła za nią Wyklęta.
- To nic! Na tę zagadkę ma pani całą wieczność! Tylko ten, który czyni źle, wskaże dobrą drogę...
Gdy słowa ucichły, zbudziła się. Po raz kolejny zastanowiło ją pytanie, czy można kogoś znać, nigdy go nie widząc.
Rozprostowała kości i chwyciła się za obolałą głowę. Przed oczami stanął obraz ogromnego posągu demona, strzegącego doliny. W połączeniu ze słowami zjawy, przywiódł na myśl znajome fragmenty biblii. Stanęła przed grotą z szóstką i w geście odwagi zaczerpnęła haust powietrza. Dotarła do wielkiego, skalistego holu. Drugi raz przekroczyła to samo przejście. Za trzecim razem zamknęła oczy.

* * *

Jezioro lawy otaczało zewsząd samotną wysepkę. Jedyną drogę ucieczki stanowiła pieczara, lecz gdy tylko Wyklęta zanurzyła się w ciemności, przejście zatarasowała ściana. Zorientowała się, że nie zdoła powrócić tędy do tunelu. Bez trudu zdobyła niewielki szczyt jaskini i ostrożnie wstała. Gdy gwałtowny podmuch zrzucił kilka drobnych kamieni, straciła równowagę i nieomal spadła w przepaść. Uratował ją róg diabła, za który złapała w ostatnim momencie. Dokładnie pod nią znajdowało się wejście do wysokiego, skalistego holu, jeszcze niedawno stanowiącego zagadkę.
Dostrzegła w oddali drugi brzeg, choć nawet, gdyby znajdował się zaledwie kilka metrów od niej, byłyby równie niedostępny. Lawa bulgotała i pluła rozżarzonymi drobinami, które spadając na ziemię czerniały w mgnieniu oka, wydzielając zadziwiające ilości gęstej pary. Upadła na ziemię i oparła się o ścianę groty. Pot ściekał strużkami z jej twarzy, a całe ciało czerwieniało od gorąca. Obraz przed oczami począł tańczyć w rytm falującego powietrza. Nim straciła przytomność, zaskoczył ją huk wybuchającego w oddali wulkanu, a zaraz potem rozradowany skrzek kruczego stada.
Szum ognia sprawił, że otworzyła oczy i nim odzyskała pełnię świadomości zauważyła, że zawiera on w sobie coś niepokojącego. Momentami rozlegały się dziwnie znajome głosy. W morzu lawy poczęły wzbierać fale, z których wynurzały się tajemnicze postacie. Gdy wypłynęły nad powierzchnię, Wyklęta wiedziała, skąd owe głosy pochodzą.
Tysiące nagich ciał miotało się z bólu. Pomimo niesamowitej temperatury, męczennicy nie płonęli, lecz odczuwali nieskończone katusze. Zaciśnięte pięści wołały o pomoc. Naraz do nozdrzy Wyklętej dotarł smród palonej skóry. Jej oczy poczęły łzawić i padła na kolana. Nie chciała patrzeć na obraz męki, lecz głowa sama wznosiła się do góry.
Straciła resztki nadziei na odnalezienie nieznanego celu. Beznadziejna podróż zdawała się nie mieć końca, a rozwiązanie miast się przybliżać, umykało w czeluściach piekieł. Wstała i ruszyła otępiałym krokiem w kierunku lawy, niczym przestępca dobrowolnie zmierzający na egzekucję. Zamknęła oczy. Coraz bliżej odczuwała żar, lecz nagle jej ciało objęły silne ręce. Ze zdziwieniem spostrzegła, że topielcy ujęli ją i poczęli przenosić w kierunku przeciwnego brzegu, ochraniając przed ogniem.
Ostrożnie wypchnęli ją na brzeg. Zapragnęła podziękować, ale ponownie wezbrały fale i męczennicy znikli pod powierzchnią bulgoczącej lawy. Jęki momentalnie umilkły. Ogniste jezioro nie potrafiło odpowiedzieć na żegnający gest.

* * *

Gdy zardzewiałe wrota w ścianie wulkanu rozsunęły się, postękując nienaoliwionymi zawiasami, niepokojący zapach wypełnił nozdrza. W pewnym sensie przypominał zapach cmentarza, choć nie pamiętała, by miejsca spoczynku zmarłych posiadały jakąś charakterystyczną woń.
Szerokie, lśniące bielą schody prowadziły w górę. Z bliska dostrzegła, że budują je rzędy pieczołowicie wypolerowanych czaszek. Dobywający się z góry czerwony blask, przemieszany z gęstymi oparami, wzbudził w Wyklętej uczucie trwogi. W miarę, jak zmierzała ku poświacie, coraz wyraźniej słyszała złowrogi szum. Piekący dym wypełnił nozdrza, utrudniając oddychanie. Nagle powietrze poczęło się klarować, ukazując rozległą salę w kształcie okręgu. Szum ucichł, tworząc jeszcze bardziej złowrogą ciszę. Na drugim końcu pomieszczenia znajdował się kościany tron. Ruszyła ostrożnie ku niemu.
Gdy siedzisko znalazło się na wyciągnięcie ręki, psychiczny ból ścisnął krtań. Padała na zakrwawioną posadzkę. Spojrzawszy w górę, ujrzała przed twarzą błysk długiej szpony. Instynktownie zamknęła oczy i męki ustały.
Szczypiący odór przemienił się w piękny zapach. Dywan w kwieciste wzory brudził się skapującymi nieśpiesznie kroplami potu. Usiadła na łożu z baldachimem. Tuląc się w atłasową pościel, położyła głowę na miękkiej poduszce. Zamknęła oczy i była bliska zaśnięciu, lecz nagle zaskrzypiały drzwi.
Do pokoju wszedł szczupły mężczyzna. Uśmiechnął się serdecznie na widok Wyklętej. Miał kruczoczarne włosy i takież same oczy, niezwykle intrygujące. Nosił elegancki garnitur. Usiadł na fotelu i przez chwilę obserwował kobietę w zaciekawieniu.
- Witaj. - przemówił wreszcie niskim, szorstkim głosem, chyląc głowę.
W jego ręce znalazła się szklanka, wypełniona przezroczystym płynem. Wyklęta usiadła na skraju łoża, okrywając nagie ciało.
- Nareszcie tu dotarłaś. - stwierdził z nieukrywanym zadowoleniem. - Jak minęła ci podróż? - zapytał złośliwie. - Nie ważne.
- Czy jesteś...
- Daj spokój tym filozoficznym pytaniom. Tutaj wszystko robi się prosto i bezpośrednio. Jestem kimś, kto może ci pomóc - to wszystko. - wzruszył ramionami, wkładając w zęby cygaro.
- Więc znasz odpowiedź na dręczące mnie pytanie?
- No cóż, powiedzmy, że ze mną dojdziesz do każdego rozwiązania. Nie za darmo, oczywiście. - podkreślił mocno, wychylając łyk napoju.
- To znaczy?
- Nie wymagam wiele. Jestem uczciwym... człowiekiem. Prosta przysługa zazwyczaj mnie zadowala. Podejdź tu. - uprzedził jej pytanie, stając przy oknie.
- Spójrz tam. - wskazał palcem. - Widzisz ten nóż na skraju przepaści? Chcę, abyś mi go przyniosła, a rozjaśnię każdą wątpliwość.
- To wszystko? - zapytała z niedowierzaniem.
Przytaknął i zbliżył się do drzwi. Uchylił je, ale nim wyszedł, zapytał:
- Być może wolałabyś tu zostać? Mogę sprawić, że zapomnisz o wszystkich dręczących myślach. Za darmo. - zaznaczył, wykonując zamaszysty ruch cygarem.
Sprawiał wrażenie zręcznie gestykulującego aktora i dlatego nie potrafiła mu zaufać. Otworzyła usta, lecz nim przemówiła, uprzedził ją:
- No cóż, tylko pytałem. Pamiętaj jedynie, że to wciąż aktualna propozycja.
Zatrzasnął głośno drzwi, pozostawiając po sobie jedynie nęcącą woń perfum. Opuściła na chwilę powieki i wszystko uległo zmianie. Pomyślała, że paradoksalnie w tym przeklętym miejscu nic nie jest tak realne i wszechobecne, jak iluzja.

* * *

Piwniczne schody pokrywała gruba warstwa kurzu. Gęste sieci pajęcze dowodziły, jak rzadko ich używano. Odgarniając je, szła coraz głębiej. Wciąż towarzyszył jej dźwięk marszu owadów, jak gdyby za ścianą wędrowały legiony karaluchów. Stanęła przed ciężkimi, stalowymi drzwiami, które niechętnie poddały się naporowi ramion.
Po długiej wędrówce równiną dotarła do szerokiej niecki, zakończonej po jednej stronie urwiskiem. Szybko rozpoznała miejsce, które widziała z okna, lecz nie odnalazła sztyletu. Wiatr szalał między skalnymi rzeźbami, rozwiewając jej włosy.
Wtem ujrzała w oddali dwie postacie. Rozpoznała Bezimienną, pogrążoną w walce z mężczyzną. Nim zdążyła zareagować, nóż wbił się w podbrzusze dziewczyny. Bezimienna padła na kolana, brocząc ręce czarną krwią. Napastnik, stojąc na skraju przepaści, zachwiał się i runął w dół. W ostatniej chwili złapał za skalny występ i zawisł nad gardzielą czeluści.
Gdy ugodzona kobieta legła na ziemię, Wyklęta poczuła rozdzierający ból. Zataczając się, podeszła do rannej i obróciła ją na plecy.
- Zrzuć go... - majaczyła Bezimienna. - Proszę cię, zabij go! - krzyknęła i podniosła nóż, upuszczony przez mordercę.
Wyklęta chwyciła za rękojeść. Spojrzała na dłonie, wystające znad przepaści. W jednej chwili zapragnęła śmierci mężczyzny i już miała wstać, gdy Bezimienna zatrzymała ją:
- To on jest sprawcą naszych cierpień. Nie oszczędzaj go. - szepnęła.
Gdyby nie to jedno zdanie, Wyklęta zabiłaby bez wahania, lecz z nieświadomej przyczyny rozmyśliła się. Po raz pierwszy dostrzegła szeroką bliznę na własnym brzuchu, ale natychmiast zapomniała o niej i o Bezimiennej, czując powracające pragnienie odkrycia prawdy. Mężczyzna wspiął się, otrzepał i z rozczarowaną miną zbliżył do Wyklętej.
- Jednak udało ci się. Jestem pod wrażeniem.
- To ty jesteś diabłem? - zapytała podejrzliwie. - Chciałeś mnie oszukać.
- Ależ nie! Podołałaś zadaniu, więc czeka cię obiecana nagroda.
- A gdybym zrzuciła cię w dół?
- Wtedy zostałabyś tu na dłużej. Można by rzec, że na całą wieczność, razem z nią. - roześmiał się ironicznie. - Pamiętaj jednak, że wyłącznie z własnej winy. Chociaż - jakie to ma znaczenie?
Spojrzała na niego pytająco.
- Zapewne nikt cię nie uprzedził, że przestępując bramy piekieł, nie ma odwrotu? Imię każdego, kto zawita w moje progi, zostaje wyryte na Schodach Grzeszników, a wrota rozwierają się tylko w jedną stronę.
- Więc co mam zrobić?
- Cóż... - westchnął.
W jednej chwili znalazła się na miękkim łóżku, obrzuconym stosem kwiatów. Piękna muzyka wypełniała przytulny pokój, a diabeł siedział na fotelu, ściskając szklankę w jednej ręce, a w drugiej cygaro.
- Zawsze możesz tu zostać i zapomnieć. - zaproponował.
Wtuliła się w atłasową pościel i rozciągnęła obolałe nogi. Na jej twarzy zagościł uśmiech zadowolenia, ale jednocześnie rozpoznała w tym przystojnym mężczyźnie uosobienie zła, rozpoznała w nim demona, który zapędził ją wcześniej do metra.
- Nie. - zdecydowała twardo.
- Twój wybór. - odrzekł, stojąc przy drzwiach.
- A rozwiązanie? - rzuciła za nim, gdy wyszedł.
- Czeka na ciebie na następnym przystanku, o Wyklęta. Za drzwiami ludzkości. Choć tak naprawdę już je znasz. - usłyszała, nim miękka kołdra stała się siarką.
Nabrała jej w ręce, wcielając w życie chytry plan. Dotarła do swojego imienia, wyrytego na stopniu i za pomocą ognia oszukała samego diabła. Płonąca gałąź przestała ciążyć w dłoni, gdy zasłoniła oczy przed strzelającymi iskrami.

* * *


Odwiesiła pióro, żegnając przedziwną machinę. Dotarła na stację i usiadła na dworcowej ławie. Po chwili nadjechało metro, które przemknęło w mgnieniu oka, pozostawiając Wyklętą w środku żywiołowej kurzawy. Zaraz za pociągiem wlokła się drezyna. Wskoczyła na nią, zastanawiając się, jakim cudem jeszcze nie została roztrzaskana przez pędzące wagony. Przywitała znajomego starca, który obsługiwał pojazd.
- Jeszcze tylko sto cztery lata, i brama do góry stanie dla mnie otworem! - krzyknął, gdy wysiadła na swoim przystanku.
Tym razem nie miała wielkiego wyboru, ponieważ stała przed samotnymi drzwiami, oznaczonymi napisem "Ludzkość". Pchnęła je i weszła do środka.
W ciasnym pokoju, zawalonym tonami pożółkłych ksiąg, siedział starzec z długą do ziemi, siwą brodą. Na nosie miał zabawne binokle, przewracał pomarszczonymi rękami zakurzone strony woluminów. Spojrzał zmęczonym wzrokiem na Wyklętą, ale nie wysilił się na najmniejszy gest. Nie zważając na obecność intruza, powrócił do pracy. Przeciąg zatrzasnął z hukiem drzwi.
- Proszę pana? - zawołała niepewnie. - Proszę pana?!
- Tak, moje dziecko? - zapytał charczącym, słabym głosem.
- Szukam rozwiązania.
- A jak ci na imię?
- Wyklęta.
- Wyklęta, Wyklęta... - powtarzał, przewracając sterty ksiąg. - Och, jest. - szepnął, rzucając na ziemię opasłe tomisko. - Szukaj na stronie tysiąc dwudziestej ósmej. Pozycja dwunasta i trzynasta. - wytłumaczył, powracając do zajęć.
- Czy często przychodzą tu tacy, jak ja? - zapytała z ciekawości.
- Nie, raczej nie. Co prawda zdarzają się, ale duża część albo wybiera zapomnienie, albo rezygnuje. Niewielu jest wystarczająco wytrwałych. Gdyby wiedzieli, co tracą... - westchnął.
Odnalazła poszukiwaną stronę i wczytała się w nazwiska. Gdy dotarła do połowy, zamknęła energicznie księgę, podnosząc tumany kurzu.
- Boże? Dlaczego pozwoliłeś mi o niej zapomnieć? - rzekła, unosząc głowę. - Dlaczego?
- Nie pozwoliłem. Tak naprawdę nigdy jej nie miałaś. - ozwał się potężny głos. - Spójrz sama.
Zaczęła płakać. Zdała sobie sprawę, że ich drogi musiały się rozdzielić i mimo, że nigdy jej nie widziała, cierpiała, mając niebo na wyciągnięcie ręki. Kochała ją ponad wszystko - jak matka. Lub jak córka.

* * *


Na marmurową pokrywę grobu, przyozdobioną zniczem, który dawno zdążył się wypalić i bukietem zwiędłych kwiatów, padały wielkie krople deszczu. Plamy błota brudziły nagrobek, utrudniając odczytanie słabo widocznych napisów: "Dwudziestego grudnia zmarła nieznana kobieta, oraz jej nienarodzona córka. Spoczywajcie w pokoju."

Styczeń/Luty 2001