WRÓĆ

Prolog

Obudził się z przeświadczeniem, że to będzie kolejny nudny i nic nie wnoszący do jego życia dzień. Zrobił sobie szybkie śniadanie na, które składała się mrożona pizza kupiona w osiedlowym markecie i kubek zimnej kawy. Wiedział, że taka dieta nie służy żołądkowi, ale sam nie był w stanie zrobić sobie nic lepszego. Za oknem panoszyła się mgła i siąpił ciepły majowy deszcz. Założył długi ciemny płaszcz i wyszedł z domu.

Nacisnął guzik windy, jednak ta nie ruszyła. Cholerne dzieciaki – pomyślał – pewnie znowu, zacięły windę. Mocnym uderzeniem pięści w drzwi szybu dał upust narastającej agresji. Nie wytrzymał dalszego czekania i puścił się biegiem po schodach. Zdyszany wybiegł z klatki i stwierdził, że na dworze jest zimno – dobrze, że zawsze chodził w płaszczu. Na ławeczce przed blokiem, siedziało jak zwykle trzech żuli: Airwolf, Heli i Naleśnik. Kiedyś ktoś mówił mu, że Airwolf był zdolnym chirurgiem, który popadł w alkoholizm na skutek trawiącej go choroby. I tak od dekady już siedział co rano na tej samej ławeczce, przed tym samym blokiem, z tymi samymi kompanami, popijając to samo tanie wino. Gdy przechodził obok Gangu Ledwo Żywych, jak zwykł ich nazywać, Heli wyciągnął błagalnie rękę i zacharczał wypalonym gardłem:
- Panie Roman, daj pan parę groszy na wino. Niedbałym gestem sięgnął do kieszeni i podał mu garść drobnych monet jedno, dwu i pięciogroszowych. Nigdy nie lubił takich pieniędzy, nie cierpiał nimi płacić, więc co jakiś czas dawał ławkowej trójcy uzbieraną przez kilka dni drobnice:
- Niech Bóg panu to wynagrodzi – charczał dalej Heli.
- Myślę, że ma ważniejsze rzeczy do robienia niż wynagradzanie mnie – mruknął i poszedł dalej.

Doszedł do przystanku i spojrzał na rozkład jazdy. Do najbliższego autobusu miał cztery minuty czasu, więc stanął i zaczął rozmyślać. Zastanawiał się gdzie się podział ten pełen wigoru chłopak, najlepszy koszykarz w swoim liceum, który wraz z kumplami, co wtorek urządzał sobie zakrapiane biesiady, któremu życie było jedną wielką zabawą, wtedy nie szukał sensu życia, zwyczajnie nie był mu potrzebny. Wówczas jego sposób spędzania czasu skutecznie uniemożliwiał filozoficzne rozmyślania. Wszystko skończyło się razem z nauką w liceum. Gdy otrzymał z kumplami maturalne świadectwa, solennie obiecywali sobie, że będą się spotykać, że będzie jak dawniej, że nic się nie zmieni.

Jednak od tamtej pory nic już nie było takie samo, gdy poszedł na studia i zabrakło mu dawnych kolegów, czuł się jakby niewidzialny ktoś odciął go od powietrza. Zdał sobie sprawę, że od końca liceum nigdy nie widział się z Czarnym, najlepszym kumplem z klasy, z którym zawsze wiedli z prym w ilości wypijanego alkoholu na wszelkich szkolnych wycieczkach.

Studia mijały mu długo, bez dawnej braci, nie miał za to najmniejszych problemów z ukończeniem swojej wymarzonej informatyki. Na trzecim roku był nawet najlepszym studentem na uczelni.

Z rozmyślania wyrwało go uczucie wilgoci, zamyślony nie zauważył nadjeżdżającego autobusu i zawartość kałuży zgromadzonej w autobusowej zatoczce znalazła się na jego butach, nawet się nie zdenerwował; był do tego przyzwyczajony.

Wsiadł do środka i usiadł tam, gdzie zwykle – drugie siedzenie po prawej stronie przy oknie. Spojrzał przez szybę i stwierdził, że mgła opadła, podniósł głowę, aby spojrzeć w niebo. Było zachmurzone, jednak na wschodzie słońce zaczynało przedzierać się przez czarne obłoki. Nagle chmura rozerwała się i z nieba na ziemię pomknęła smuga pomarańczowego światła.

Wtedy zdał sobie sprawę, że właśnie odnalazł sens swojego życia...

Rozdział 1

Gdy dotarł do pracy jego umysł był już zaślepiony tylko jedną myślą. Nie mógł się na niczym skupić, a system operacyjny zastosowany w sieci, którą administrował jak na złość właśnie dziś wybrał na ten dzień, w którym musi wysiąść unieruchamiając wszystkie komputery w firmie. Biegał jak w amoku między serwerem, a komputerami ulokowanymi na różnych piętrach, zmuszając sukcesywnie każdy po kolei do wznowienia działania.

Około południa wszystkie komputery w budynku znowu działały, doszedł więc do wniosku, że najwyższa pora iść coś zjeść. Wyszedł na miasto kupił sobie hot – doga i trzymając go w dłoniach spacerował po uliczkach centrum. Szedł tam gdzie niosły go nogi, o niczym nie myślał.

Nagle stanął jak wryty, przed nim znajdował się jakiś znajomy budynek – doszedł do swojego liceum. O Boże, tu się nic nie zmieniło – pomyślał. Budynek wyglądał tak jak osiem lat temu, gdy uśmiechnięty i ze świadectwem w ręku opuszczał jego mury. Zaczął obchodzić budynek dookoła, gdy doszedł do sali gimnastycznej poczuł się, jakby te osiem lat nigdy nie minęło. Obok sali jak za jego czasów stała młodzież. Zachowywali się tak jak kiedyś on i jego koledzy: jedni palili papierosy, drudzy nie, rozmawiali, i o piątkowej imprezie, i o nowej komórce, którą ktoś sobie kupił. Nagle poczuł wielki żal do losu, że on już nie należy do tej społeczności.

Spojrzał na zegarek i stwierdził, że już jest spóźniony, przerwa na lunch w firmie, skończyła się dobre dziesięć minut temu. Biegiem ruszył do pracy, gdy minął budynek szkoły jego sercem znowu ścisnął żal.

Spocony i zdenerwowany wbiegł do firmy. Co będzie jeśli system znowu padł, a mnie nie ma – pomyślał. Podszedł do niego Tomek, starszy facet pracujący w charakterze odźwiernego, szatniarza i woźnego:
- Góra cię szukała – powiedział
- Chyba nie padły komputery!? – zapytał z obawą, pamiętał jaki los spotkał informatyka, który w przerwie na lunch zaczął pić na umór, a w tym samym czasie padła sieć, ów informatyk do dziś nakleja kody kreskowe na przecenione produkty w jednym z supermarketów, a on lubił swoją pracę.
- Nie z tym pieroństwem wszystko w porządku, chyba mają dla ciebie dobrą wiadomość.
- Dzięki Tomek. Już bardziej spokojny, ale wciąż jeszcze z przyśpieszonym tętnem ruszył do gabinetu zarządu. Sekretarka wzięła jego płaszcz i wszedł do pokoju dyrektora:
- A Roman jesteś wreszcie proszę cię usiądź – dyrektor jak zwykle był bardzo uprzejmy, jednak ta uprzejmość zawsze go denerwowała.
- Dziękuję panie dyrektorze.
- Pewnie jesteś ciekawy po co cię tu wezwałem.
- Owszem.
- Otóż widzisz, jesteśmy bardzo zadowoleni z twojej pracy, wiemy że wkładasz w nią całą swoją wiedzę i energię.
Gówno wiesz stary pierdzielu – pomyślał.
- Dziękuję panie dyrektorze.
- I w związku z tym, jestem zobowiązany żeby zweryfikować wysokość twojego wynagrodzenia.
A więc chodziło o podwyżkę
- Jest mi bardzo miło to słyszeć.
- Cieszę się, że doceniasz moje starania Romku, od przyszłego tygodnia będziesz otrzymywał o 250 złotych więcej, to wszystko.
- Dziękuję – odpowiedział beznamiętnym głosem. Do jego umysłu znowu powróciła ta sama myśl co rano, ten właśnie odnaleziony sens życia.
- Możesz już iść, do widzenia.
- Do widzenia panie dyrektorze. – nienawidził jego powierzchownej uprzejmości i w głębi duszy życzył mu wszystkiego co najgorsze.

Rozdział 2

Bardzo rozkojarzony wrócił do pracy. Znudzonym wzrokiem wpatrywał się w monitor wyczekując nadejścia czwartej po południu. Po wiekach oczekiwania – jak mu się wydawało - upragniona godzina nadeszła. Nie żegnając się z nikim wybiegł z biura na ulice i machnął na pierwszą, przejeżdżającą taksówkę:
- Dokąd, szefie? – zapytaj taksówkarz.
- Do monopolowego, a potem zobaczymy – odpowiedział.
- Widzę, że szykuje się bibka.
Nie odpowiedział, zacisnął usta w linijkę i czekał, po dwóch minutach jazdy zatrzymali się przy małym sklepiku z 0alkoholem, przez chwile zastanowił się dlaczego przywiózł go właśnie do tego sklepu – doszedł do wniosku, że taksówkarz pewnie ma działkę od każdego dowiezionego klienta, wszyscy taryfiarze w mieście tak robili.
- Niech pan nie odjeżdża – rzucił do taksówkarza i ruszył w stronę sklepu. Sklep przynosił mu na myśl minioną komunistyczną epokę. Butelki stały na brzydkich żelaznych regałach, a lada przykryta była ceratą pokrytą wypalonymi przez papierosy dziurami. Ekspedientka miała na oko 50 lat, była tłusta i ubrana na modę a` la babcia klozetowa z dworca kolejowego.
- Co podać? – zapytała sapiąc i odsłaniając swoje przegniłe od kawy i papierosów zęby.
- Pięć butelek Johny Walkera Red Hot.
- Słucham?! – odpowiedziała z niedowierzaniem, jej klientele stanowili jegomoście pijący co najwyżej tanią wódkę, a nie markowe alkohole i nikt nigdy nie kupował u niej za przeszło 500 złotych.
- To o co poprosiłem. – mruknął.
- Zaraz, musze sprawdzić czy tyle mam – odpowiedziała i zniknęła na zapleczu. Wróciła sapiąc po dwóch minutach, tachając pięć butelek, niedbale postawiła je na ladzie, obok położyła reklamówkę nie kwapiąc się, żeby zapakować towar.
- 510 złoty – rzuciła w jego stronę, z nieukrywanym uśmiechem jeszcze raz odkrywającym jej problemy z uzębieniem.
Roman nic nie odpowiedział, spakował alkohol do reklamówki, położył na ladzie pieniądze i wyszedł nie kwapiąc się na powiedzenie „do widzenia" .
Gdy szedł w stronę taksówki, jego krokom towarzyszyło „dzyń, dzyń" wydawane przez butelki. Taksówkarz również usłyszał dźwięk przez odsunięte do połowy okno pasażera:
- Widzę, że zakupy się udały. Dokąd teraz szefie? – zapytał.
Roman podał mu adres i na czas jazdy pogrążył się w niepewności, znowu powróciła uporczywa towarzysząca mu przez cały dzień myśl.

Rozdział 3

Zatrzymali się przed blokiem, zapłacił taksówkarzowi, nie zapominając o napiwku, który w takich sytuacjach zawsze się należał.
Z dzwoniąca siatką w ręku ruszył stronę swojej klatki. Jeszcze trochę i będzie widział ławeczkę. Jeszcze trzy drzewa, dwa, jedno jest ukazała się jego oczom. Udało się na ławeczce siedział Heli, podszedł w jego stronę:
- Jak leci szefie? – zapytał żula starając się by pytanie wypadło jak najbardziej naturalnie.
- Jak krew z nosa, panie Roman. Tamte dwaj poszły chlać wińczako, a mnie nie wzięły bo żem już nie miał pieniedzów.
Na co Roman nic nie odpowiedział tylko podszedł w stronę Heliego i pokazał mu zawartość reklamówki. Oczy pijaczka natychmiast zapłonęły nieskrywana radością.
- Przyjdź do mnie za piętnaście minut – powiedział Roman.
- Naturalnie, ale gdzie pan właściwie mieszkasz?
- Środkowa klatka, dziewiąte piętro drzwi po środku. Nie spóźnij się – odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę klatki.
A więc udało się – pomyślał.

Rozdział 4

Szybkim krokiem wszedł do domu. Niedbałym gestem rzucił płaszcz na stołek i trzymając reklamówkę w ręku poszedł do kuchni.
Wystawił butelki na stół. Umył ręce i spojrzał na szklany dzbanek w, którym trzymał esencję na herbatę, był prawie pełny.
Otworzył jedną z butelek i całą jej zawartość wylał do zlewu, następnie nalał do niej esencji i rozrobił z wodą aż uzyskał kolor pierwotny.
Dokładnie zakręcił butelkę, tak by wyglądała na nigdy nie otwieraną.
Wziął jedną butelkę z prawdziwym alkoholem oraz tą przed chwilą spreparowaną i wraz z dwoma szklankami zaniósł do salonu i postawił na stole.
Wrócił do kuchni.
Z szuflady wyjął komplet laserowo ostrzonych noży kupionych kiedyś w jednym z tych telewizyjnych domów wysyłkowych. Szybko przecierał ostrza ściereczką i układał jej po kolei na kuchennym stole, gdy ostatni nóż leżał na stole rozległ się dzwonek do drzwi.

Rozdział 5

Za drzwiami stał ten kogo się spodziewał – Heli. Ten osiedlowy pijaczyna uosabiał tysiące Polaków, nie mogących się odnaleźć w nowym, kapitalistycznym ustroju. Heli miał około 45 lat i jego ciało było bardzo zniszczone przez alkohol. Jego skóra była sucha, żółta i pomarszczona, a ręce trzęsły się niczym człowiekowi w początkującym stadium choroby Parkinsona.
Tak, on nie zasługuje na życie.
- Wejdź powiedział Roman – otwierając drzwi.
Heli wszedł do mieszkania, niepewnie rozglądając się dookoła siebie. Roman zaprowadził go do pokoju i usadowił przy stole. Postawił przed nim szklankę oraz butelkę, taki sam zestaw zaserwował sobie:
- A zagrycha, a przepoja – zachrypiał Heli.
- To markowy trunek spożywa się go bez dodatków – odpowiedział.
- No chyba, że tak. Ale będziemy tak polewać każdy sobie? – wskazał głową dwie butelki jedną przed nim drugą przed Romanem.
- Nie możemy pić z jednej, ponieważ jestem chory.
- Rozumiem panie Roman o nic więcej nie pytam – chociaż odpowiedź Romana wydawała mu się pozbawiona sensu, złożył to na karb wypitego rano alkoholu.
Zaczęli pić. Każdy nalewał sobie ze swojej butelki. Heli wraz z kolejnymi szklankami robił się coraz bardziej wylewny i w końcu rozpłakał się jak dziecko i stwierdził, że „Pan, panie Roman to taki porządny chłop".
Nie dał rady wypić całej butelki, gdzieś w okolicach 3/4 osunął się na fotel i usnął.
Nareszcie.
Roman poszedł do kuchni dokładnie umył ręce płynem do mycia naczyń i stanął nad stołem, przyglądając się umieszczonym na nim nożom. Zastanawiał się, który wybrać.
Nagle wpadł na genialny pomysł.
Wziął taboret z kuchni i poszedł do przedpokoju. Stanął na taborecie i z pawlacza wydobył półtorakilogramowy młotek.
W sam raz.
Zszedł z taboretu i jeszcze raz ruszył do kuchni, odsunął jedną z szuflad i wyjął z niej korkociąg. Ruszył do salonu. Położył młotek i korkociąg na telewizorze. Ściągnął Heliego z fotela i położył go na podłodze, ten dalej spał w najlepsze.
Używając kciuka oraz palca wskazującego prawej dłoni, uniósł jego prawą powiekę. Źrenica wystawiona na działanie światła palącego się żyrandola, natychmiast się zwęziła.
Heli zaczął się budzić:
- Co, co się dzie... – nie dokończył, jego wypowiedź brutalnie przerwało uderzenie młotkiem w sam środek czoła, ukazując czarną, ziejącą krwią dziurę.
Ciałem alkoholika wstrząsnęły śmiertelne konwulsje. Trwały około półtorej minuty. Potem przestał pracować mózg. Heli nie żył. Zwieracze jego ciała przestały działać i przez spodnie na dywan pociekł śmierdzący mocz.
Roman zupełnie się nie przeraził, nie po raz pierwszy widział w życiu ludzką śmierć, chociaż pierwszy raz był jej sprawcą.
Znów używając kciuka i palca wskazującego podniósł powiekę trupa, odsłaniając nic nie wyrażające ludzkie oko.
Drugą ręką sięgnął na telewizor i odnalazł korkociąg.
Przystawił go do oka denata, tak jak się do robi przy otwieraniu butelki wina.
Powoli zaczął wkręcać korkociąg w oko. Z każdym obrotem korkociągu czuł się lepiej, wydawało mu się, że prze tą krótką chwilę ma władzę równą boskiej. Gdy stwierdził, że korkociąg jest dostatecznie głęboko, pociągnął go w górę i wyciągnął gałkę oczną na zewnątrz.
Trzymając korkociąg wraz z okiem w ręku pobiegł do kuchni. Tam wykręcił oko z korkociągu i położył go na spodeczku do herbaty. Spodeczek zaś wstawił do lodówki.
Dzierżąc korkociąg wrócił do zwłok Heliego i tak samo potraktował drugą gałkę. Teraz obie spoczywały spokojnie w czeluściach zamrażalnika .

Był zdziwiony swoim samopoczuciem, znajdował się w nadzwyczajnie dobrym stanie. W zasadzie był prawie w nirwanie. Spojrzał w lustro, zdawało mu się, że wygląda jakby nieco młodziej.
Wrócił do salonu, z uśmiechem na ustach popatrzył na pozbawione życia ciało Heliego:
- To zadziwiające co alkohol robi z człowieka, prawda Heli? – jednak Heli nic nie odpowiedział tylko wpatrywał się w sufit, pozbawionymi gałek, ziejącymi ciemnością oczodołami.
Nagle poczuł się senny, więc nie zważając na leżącego na podłodze trupa, rozebrał sobie łóżko, umył się i najzwyczajniej w świecie poszedł spać. Jednak pierwszy raz od wielu lat towarzyszyła mu myśl, że zrobił coś wielkiego.

Rozdział 6

Obudził się rano z dziwnym uczuciem, nic nie pamiętał z poprzedniego dnia. Leżąc na łóżku wpatrywał się w sufit. Wsadził rękę pod poduszkę i odszukał nią pilota od telewizora.
Włączył go. Lokalna telewizja nadawał właśnie transmisje mszy świętej z katedry miejskiej. On też musiał iść do kościoła. Usiadł na łóżku wpatrują się w balkonowe okno.
Obrócił się w lewo i spuścił nogi na podłogę.
Odniósł wrażenie, że jego stopy natrafiły na coś mokrego i zarazem klejącego na dywanie.
Wstał.
Jego oczom ukazał się widok człowieka z wyłupionymi oczami i spoczywającego w kałuży krwi pomieszanej ze śmierdzącym moczem.
Wpadł w przerażenie, pobiegł do kuchni.
Próbował coś sobie przypomnieć, nagle przed oczami pojawił mu się jego własny obraz jak z użyciem korkociągu wyłupia Heliemu oczy. Spojrzał na lodówkę. Leżał na niej pozostawiony wczoraj korkociąg. Cały oblepiony był jakąś lepiącą substancją. Pełen złych przeczuć otworzył zamrażalnik.
Jego obawy okazały się na miejscu. W zamrażalniku na spodeczku do herbaty spoczywały dwie ludzkie gałki oczne, które w miejscu gdzie powinna znajdować się źrenica miały niewielką krwawą dziurę.
Wrócił do pokoju. Trup nadal leżał na podłodze, co ma robić?
Nie może przecież wezwać policji, bo to było by równoznaczne z podpisaniem wieloletniego jeśli nie dożywotniego wyroku na siebie.
Nagle znalazł rozwiązanie.

Rozdział 7

Z kuchennej szuflady wydobył nożyce do przecinania kości kurczaka, a ze stołu podniósł laserowo ostrzony rzeźnicki tasak.
Z łazienki wziął mopa i wiadro. Starł na pół już zakrzepłą kałużę krwi i zawartość wiadra spuścił do kanalizacji w toalecie. W łazience zdjął pidżamę i nagi ruszył do pokoju, po drodze zabierając ze sobą trzy duże plastykowe reklamówki z jednego z miejskich centrów handlowych.
Stanął nad ciałem:
- Kiedyś mi za to podziękujesz – i trzymając oburącz nad głową tasak odrąbał trupowi głowę, która następnie włożył do reklamówki.
Później gdy chciał odrąbać ręce, nie mógł ich ruszyć, twardo przylegały do ciała – wystąpiło stwardnienie pośmiertne, ale jakoś sobie poradził.
Generalnie najwięcej problemów sprawiły mu nogi – były najgrubsze, z prawą zeszło mu dobre piętnaście minut, z lewą dziesięć wykorzystał bowiem zdobyte chwile wcześniej doświadczenie.
Po dwóch i pół godzinie pracy Heli był już tylko zawartością trzech reklamówek, a Roman poszedł się umyć z pokrywającej jego ciało krwi.
Gdy wyszedł z łazienki i jego wzrok padł na wypełnione siatki, jego żołądkiem wstrząsnęły wymioty, ledwo zdążył do toalety.
Trudno – pomyślał – zacząłem, to teraz musze skończyć.
Ubrał się i wraz z siatkami wyszedł z domu.

Rozdział 8

Ruszył do lasu oddalonego od domu o jakieś 4 kilometry. Musiał iść bocznymi drogami, aby nie napotykać zbyt wielu ludzi idących do lub z kościoła. Dotarł do lasu, wtedy uprzytomnił sobie, że dół w ziemi może chyba tylko wygryźć zębami. Zostawił siatki na jednej z polanek i ruszył w głąb lasu tam gdzie znajdowało się dzikie wysypisko śmieci. Gdy szedł między drzewami myślał o tym, jak piękny mógłby być świat, gdyby nie ci...
Doszedł do wysypiska i zaczął przetrząsać w poszukiwaniu czegoś co mogłoby mu posłużyć w charakterze łopaty. Gdy przetrząsał kolejne zwałowiska śmieci do jego uszu dobiegł dźwięk kościelnych dzwonów. Ja też muszę iść to kościoła – pomyślał.
Po kilku minutach poszukiwań znalazł stary szpadel, dobrze się mu przyjrzał, czy trzonek nie jest przypadkiem przegniły.
Wszystko było w porządku, więc wrócił na polankę, gdzie zostawił siatki. Gdy był na miejscu jego oczom ukazał się widok, który odebrał jako bardzo śmieszny. Banda bezpańskich psów wywąchała co jest w siatkach i teraz w najlepsze zajęła się konsumpcją czegoś co jeszcze dzień temu było żyjącym, mającym rodzinę człowiekiem. Jeden z psów z wyglądu jeszcze szczeniak toczył po ziemi pozbawioną oczu głowę, tak jak robi się to z piłką. Przez kilka minut bez jakiejkolwiek reakcji przyglądał się poczynaniom psów. W końcu spojrzał na zegarek i stwierdził, że jeśli chce zdążyć na msze (a chciał), to musi natychmiast wziąć się do pracy.

Sięgnął ręką do kieszeni i wyjął mały, hukowy pistolet i kilka razy strzelił – psy natychmiast się rozbiegły pozostawiając na polance rozczłonkowane ciało.
Zdjął płaszcz, wziął szpadel i zaczął kopać dół. Jego ruchy były energiczne i szybkie – śpieszył się. Gdy skończył jego twarz cała była zlana potem, usiadł na chwilę na ziemi i popatrzył na resztki Heliego, aby utwierdzić się w przekonaniu, że postąpił słusznie.
Kopiąc nogami części ciała, umieścił wszystko w dole i zasypał go. „Grób" wyglądał jednak nienaturalnie, ewidentnie wystawał ponad równą powierzchnię ściółki, zaczął więc po nim skakać, aż uznał, że teraz jest dobrze.
Założył płaszcz i ruszył do kościoła, po kilku krokach obejrzał się na polankę, wiedział iż nie wygląda naturalnie, ale może to i lepiej, nie ONI się dowiedzą. - pomyślał

Rozdział 9

Szedł do swojej parafii, a raczej do parafii, do której kiedyś należał. Przestał chodzić do kościoła dwanaście lat temu, kiedy to ksiądz wyrzucił go z lekcji religii krzycząc, że takim jak on należy się ekskomunika. Przechodził wtedy okres w którym człowiek wyrabia sobie swój własny pogląd na świat, pogląd nie zawsze zgodny z ogólnie przyjętymi kanonami. Teraz wiedział, że znowu zacznie uczęszczać do kościoła.

Z każdym krokiem czuł się bliżej Boga, wiedział że to właśnie dziś ostatecznie upewni się w celowości misji, którą sobie wyznaczył. Nie wytrzymał dalszego oczekiwania w powolnym spacerze, ruszył sprintem. Gdy w rozwiązanym płaszczu mijał kolejną staruszkę, słyszał tylko za swoimi plecami – Boże, ale wariat.

Po dziesięciu minutach morderczego biegu, stanął u progu kościoła. Kościoła w którym został ochrzczony, w którym przyjął swoją pierwszą komunię, w którym był bierzmowany. Poczuł, że stracił wiele czasu, jak bardzo oddalił się od boga. Wszedł do środka i usiadł, zaczęła się msza. Ku jego zaskoczeniu prowadził ją ten sam ksiądz, z rąk którego wiele lat temu przyjął pierwszą komunię.
Uszami głodnymi nauk Jezusa chłonął każde słowo kapłana:
„Pamiętajcie, abyście zawsze w swoim życiu, postępowali zawsze tak, jak chciałby tego nasz Ojciec w niebie. Starajcie się otaczać osobami cnotliwymi chwalącymi nauki pana, osoby sprzeniewierzające się naukom Boga starajcie się odsunąć od siebie, gdyż mogą one niszczyć wasz najcenniejszy skarb, waszą wiarę"
Skończyło się kazanie, podczas którego usłyszał to, co chciał usłyszeć. Zaczął się rozglądać po świątyni, by stwierdzić, że wygląda ona tak, jak ją zapamiętał, mimo iż nie wracał do niej myślami prawie nigdy.
Nagle jego wzrok padł na konfesjonał, zasiadający w środku kapłan pochłonięty był lekturą Pisma Świętego. Zastanowił się, kiedy ostatnio był u spowiedzi. Nie mógł sobie przypomnieć, ale zdawało mu się, że to było przed przyjęciem sakramentu bierzmowania.
Wstał i zaczął przeciskać się przez ławkę ku ogólnemu niezadowoleniu zasiadających w niej wiernych. Ukląkł w konfesjonale:
- Wybacz mi ojcze bo zgrzeszyłem.
- Słucham cię synu.
- Ostatni raz u spowiedzi byłem, jakieś czternaście lat temu. Przez te wszystkie lata obrażałem Boga przez niezachowanie prawdziwie chrześcijańskiego sposobu postrzegania naszej wiary. Jednak dwa dni temu zdałem sobie sprawę iż wynikało to głównie z powodu otaczania się niewłaściwymi osobami. Postanowiłem je usuwać ze swojego życia, tak jak dziś radził kapłan podczas kazania.
- Kapłan powiedział „odsunąć od siebie", a ty synu użyłeś słów „usuwać ze swojego życia", twoje słowa mnie niepokoją, co przez nie rozumiesz synu?
- To oczywiste: daję im to na co zasłużyli - odpowiedział spokojnym tonem.
- A na co twoim zdaniem zasłużyli? – zapytał kapłan nieco drżącym głosem.
- Na śmierć – padła odpowiedź, która zamroziła spowiednikowi krew w żyłach.
- Chyba nikogo nie zabiłeś – teraz ksiądz był już przerażony.
- Jedną osobę, był typowym mętem, niegodnym by oddychać tym samym powietrzem co my wszyscy.
- Opamiętaj się synu, tak może czynić tylko sam Bóg! – zbyt głośne słowa księdza przyciągnęły na konfesjonał ciekawskie oczy wiernych.
- Albo ktoś kto otrzymał od niego misję.
- Uważasz się za Boskiego wysłannika, synu?
- Tak mam misję od boga, a słowa które dzisiaj usłyszałem ostatecznie mnie w niej utwierdziły.
- Nie mogę ci dać rozgrzeszenia, odejdź.
Roman wstał i ruszył w stronę wyjścia, odprowadzały go spojrzenia ludzi ciekawych, dlaczego po tej spowiedzi ksiądz w konfesjonał nie zapukał.

Rozdział 10

„Boże, spraw, by ten człowiek nie był świadom tego, co mi właśnie powiedział" – pomyślał ksiądz wstając z konfesjonału. Minęło półtorej godziny od końca mszy, a on ciągle nie mógł zapomnieć o tym co dzisiaj usłyszał, błagał Boga by człowiek którego dzisiaj spowiadał okazał się zwykłym szaleńcem, który wszystko stworzył w swojej chorej wyobraźni.
Ale umysł mówił mu, że to, co chciałoby serce, może nie mieć żadnego znaczenia.
Był w swoim pokoju i nie wiedział co ma począć. Zmęczony opadł na łóżko i pilotem włączył telewizor, na lokalnej stacji zaczynała się relacja na żywo z podmiejskiego lasu:
„ Dziś około południa mężczyzna zajmujący się zbieraniem aluminiowych odpadów znalazł w rozkopanym przez psy leśnym dole ludzkie szczątki. Ciało było pocięte na wiele kawałków i do ustalenia tożsamości prawdopodobnie niezbędne będą skomplikowane badania kodu DNA. Podajemy prawdopodobny rysopis w oparciu o miejskiego koronera: biały mężczyzna, lat 40-50, wzrostu ok.175 cm. Znak charakterystyczny: tatuaż przedstawiający motyla na lewej łopatce. Wszystkich którzy mogą coś wiedzieć o personaliach ofiary policja prosi o kontakt z anonimową linią telefoniczną lub z najbliższą jednostką policji"
„Więc jednak mówił prawdę" – pomyślał ksiądz.- „No i może mi Boże teraz powiesz, co mam zrobić?" – dodał z wyrzutem i zamknął oczy.

Rozdział 11


- Big Mac`a i duże frytki
- Coś do picia?
- Nie dziękuje.
- Dziesięć złoty i dziewięćdziesiąt pięć groszy – powiedziała ekspedientka i w promiennym uśmiechu odsłoniła dwa równe rządki białych zębów. Roman położył jedenaście złotych na ladzie i nie czekając na pięć groszy reszty ruszył do stolika.
Usiadł i zatopił w zęby w dwóch dobrze wysmażonych plastrach wołowiny. Kiedyś postanowił, że nie będzie już nigdy jadł hamburgerów ze względu na zataczającą coraz szersze kręgi chorobę wściekłych krów, ale wkrótce jego wieloletnie przyzwyczajenia wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem i nie przejmując się możliwością zakażenia spożywał co tydzień ogromne ilości hamburgerów.
Skończył jeść, wyrzucił opakowania do kosza i odstawił tackę.
Wyszedł na dwór i poczuł ciepłe majowe powietrze. Wciągnął je całymi płucami i ruszył w stronę podziemnego przejścia pod jedną z najbardziej ruchliwych ulic w mieście.
Zaczął schodzić po schodach na dół i powoli zapach majowego powietrza przekształcał się w zatęchły odór. Schody były w bardzo kiepskim stanie i schodząc po nich musiał zachować dużą dozę ostrożności, żeby nie spaść na dół.
Gdy w końcu dotarł do kresu schodów i ruszył przed siebie usłyszał za plecami szurnięcie buta o chodnik, obrócił się zataczając rozpiętym płaszczem półkole i nikogo nie zobaczył.
Szedł dalej, sytuacja się powtórzyła – miał dziwne uczucie, że ktoś go śledzi, bynajmniej nie w dobrych zamiarach.
Znowu usłyszał hałas.
Odwrócił się.
Stał przed nim mężczyzna w wieku około 35 lat, w prawej ręce trzymał strzykawkę pełną krwi.
Więc to jeden z tych ćpunów szantażystów – pomyślał
- Wyskakuj z pieniędzy koleś – odezwał się narkoman.
- Daj mi spokój, a nic ci się nie stanie – zripostował.
- Masz racje koleś, nic mi się nie stanie, za to tobie może się coś stać jeśli zaraz nie oddasz mi portfela.
- Zastanów się, co robisz.
- Kurwa, facet, wiem co robię, dawaj portfel, bo jak nie to zaraz będziesz nosicielem.
Roman nie odpowiedział.
Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął portfel i trzymając go w wyciągniętej ręce ruszył w stronę napastnika. Ćpun uśmiechnął się i również ruszył w jego stronę.
Nagle potężny kopniak lewą nogą wytrącił mu strzykawkę z ręki, a kolejny, tym razem z obrotu, prawą dosięgnął głowy narkomana.
Mężczyzna zachwiał się na nogach i runął na ziemie.
Roman ruszył w stronę strzykawki i już poniósł nogę, żeby ją zmiażdżyć, gdy w głowie zaświtał mu pomysł.
Uważnie podniósł strzykawkę, aby przypadkiem się nie zranić. Obrócił ją igłą w dół i powoli naciskając tłok wylał całą jej zawartości do kratki odwadniającej.
Dokładnie rozejrzał się w około i wytężył słuch, czy przypadkiem ktoś nie nadchodzi. Gdy stwierdził, że wszystko jest w porządku podszedł do leżącego na ziemi wciąż nieprzytomnego narkomana. Podniósł jego prawą powiekę i zobaczył to czego się spodziewał – mętne oczy nie wyrażające żadnych emocji. Powoli przystawił igłę ze strzykawką do środka źrenicy:
- Mówiłem: daj mi spokój.
Z całej siły pchnął igłę w oko ćpuna. Ciało mężczyzny wygięło się w spazmatyczny łuk, a na tworzy pojawił się wielki i zarazem nieświadomy grymas bólu. Następnie ciało mężczyzny opadło i zaczęły nim wstrząsać drgawki.
Do uszu Romana dobiegły śmiechy. Spojrzał przed siebie - na schodach po drugiej stronie przejścia wyraźnie rysowały się cienie dwóch schodzących na dół sylwetek. Chyba kobiety i mężczyzny.
Szybko wyjął z kieszenie chusteczkę - wytarł z odcisków strzykawkę i wybiegł na górę.
Stał oparty o barierkę nad przejściem i nasłuchiwał odgłosów idących ludzi, nagle śmiechy się urwały – znak, że zauważyli leżącego mężczyznę.
Potem do jego uszu dobiegł odgłos przyśpieszonych kroków, a w kilka sekund później z przejścia nad powierzchnię wydobył się ostry krzyk przerażonej kobiety – znak, że dostrzegła co leżący mężczyzna ma w oku.
Roman spokojnie poszedł na postój taksówek znajdujący się jakieś sto metrów dalej i wsiadł do samochodu. Gdy już ruszyli pozwolił sobie spojrzeć na przejście.
Wyraźnie widział sylwetki zbiegających na dół ludzi.
Uśmiechnął się i zamknął oczy.

Rozdział 12

Nagle jego uśmiech zniknął z twarzy jeszcze szybciej niż się na niej pojawił.
Co ja zrobiłem? - nie powinienem był go zabijać, nie planowałem tego, był jeszcze w stanie z tego wyjść, ale po co zaczynał. Nigdy już nie zrobię czegoś czego wcześniej sobie nie obmyślę i zaplanuje – doszedł do takiego wniosku.

u siebie na osiedlu, za pół godziny zamykali market, w którym zawsze się zaopatrywał, więc nie zwlekając ruszył w jego stronę. Gdy szedł między blokami, zauważył że wszyscy wiedzą, że Heli nie żyje. Nawet pod monopolowym zniknął zawsze tam obecny wianuszek żuli. Pewnie przesłuchuje ich policja – pomyślał. Ludzie w sklepie zachowywali się konspiracyjnie – wciśnięci w zakamarki sklepu relacjonowali jeden drugiemu swoje domysły.
- Mówię ci Stasiu, te cholerne pijaki pocięły go w pijackim amoku, pewnie nie miał już pieniędzy na tego ich cholernego jabola.
- Nie wiem, nie wiem. Mój sąsiad – pan Miecio, wiesz on robił w Milicji jeszcze za komuny, mówi że to robota jakiegoś pieprzniętego psychopaty. Roman z koszykiem w ręku podszedł do sklepowej lodówki i wyjął z niej kilka sztuk mrożonej pizzy z pieczarkami i szynką. Dołożył do koszyka jeszcze butelkę coli i ruszył w stronę kasy.
- Słyszał pan co się stało? – zapytała kasjerka, licząc na przyjemną pogawędkę, co prawda utrzymaną w makabrycznym tonie.
- Nie, co takiego?
- W lesie znaleźli Heliego, wie pan tego pijaczynę co tu siedział na ławeczce, albo sępił pod sklepem. Jego ciało było podzielone na kilka kawałków. Zidentyfikowała go córka, tylko dzięki tatuażowi.
- Co pani powie, to straszne – szkoda, że pani nie wie o tym ćpunie z przejścia podziemnego – O, chyba nadchodzi następny klient, do widzenia.
- Do widzenia.
Postawił koszyk z zakupami na tyłach kasy, sięgnął ręką głęboko do kieszeni płaszcza i wyjął z niej reklamówkę. Czystą reklamówkę. Przepakował do niej zakupy i poszedł do domu.

Pierwszą rzeczą, którą zrobił po wejściu do mieszkania, było włączenie telewizora. Obejrzał powtórkę reportażu, który wcześniej obejrzał jego dzisiejszy spowiednik, później zaczęła się relacja na żywo z przejścia podziemnego, gdzie zabił narkomana. Po podaniu standardowego zestawu informacji, dziennikarka zaczęła wywiad na żywo z komendantem miejskim policji.
Był to mężczyzna w średnim wieku, o trochę zbyt dużej wadze, rumieńce na jego policzkach zdradzały nie obycie z kamerą.
- Panie komendancie na terenie naszego miasta okryto dzisiaj dwie potworne zbrodnie, z informacji, które udało nam się zdobyć, wiemy, że obydwa zabójstwa miały cechę wspólną.
- Tak obie ofiary, miały uszkodzone oczy, a ściślej pierwsza ofiara została pozbawiona gałek ocznych, u drugiej ofiary cios w gałkę był przyczyną zgonu.
- Uważa pan, że zbrodni tych dokonała ta sama osoba?
- Nie, zdecydowanie nie.
- Skąd u pana taka pewność.
- Zabójstwo Zdzisława Heliowskiego na osiedlu zwanego „Helim" było zabójstwem z zimną krwią, napastnik najprawdopodobniej znał swoją ofiarę. Drugie morderstwo wygląda zaś na zbrodnie nie planowaną – przypadkową. Ofiara prawdopodobnie zaczepiła przyszłego mordercę.
- Skąd wiadomo, że mordercę a nie morderczynię?
- Wskazują na to poszlaki: kości w prawej dłoni denata są połamane, wskazuje to na uderzenie z bardzo dużą siła. Po za tym na twarzy ofiary widnieje ślad po potężnym ciosie zadanym butem. Butem męskim.
- Czy nie wydaje się wam, że człowiek nazywany Helim, mógł po prostu paść ofiarą pijackich porachunków.
- Nie, jeśli już dochodzi do zatarczek na alkoholowym tle, dochodzi najczęściej do pobicia, zabójstwa zazwyczaj dokonywane są najczęściej serią ciosów nożem prosto w serce, a ciało ofiary znajdujemy w melinie, a nie pocięte na kawałki w lesie.
- Pojawiają się również hipotezy, że Zdzisław Heliowski, padł ofiarą rosyjskiej mafii, która pobrała jego oczy, aby służyły jako części zamienne do przeszczepów.
- Tą wersję możemy śmiało odrzucić z dwóch powodów. Gdyby rzeczywiście zbrodnia miała na celu uzyskanie tak zwanych „części zamiennych" nie pobrano by tylko oczu, a tym bardziej nie cięło ciała na kawałki. Morderca prawdopodobnie mieszka w bloku i dlatego pociął ofiarę na kawałki, inaczej prawdopodobnie nie mógłby wynieść ciała z mieszkania nie wzbudzając niczyich podejrzeń.
- Seryjni mordercy mają zwyczaj zbierania trofeów, czy myśli pan, że brak gałek ocznych w ciele Zdzisława Heliowskiego zwiastuje narodziny seryjnego mordercy?
- Modlę się żeby tak nie było, ale niczego nie możemy wykluczyć.
- Dziękuję za rozmowę.
- Ja również.
Roman sięgnął po pilota i wyłączył telewizor.
Gdy stanął na środku pokoju mimo skarpet na nogach poczuł wilgoć od dywanu.
Usiadł na dywanie i przyłożył do niego nos – nadal śmierdział. Poszedł więc do łazienki po płyn do prania dywanów i porządnie go wyszorował. Mając na uwadze korzystną prognozę pogody na kilka najbliższych dni postanowił zostawić dywan na balkonowej barierce. Gdy zwinął dywan w rulon ujrzał na parkiecie pod dywanem brunatną plamę. Jeszcze raz zabrał się do szorowania. Z parkietem uwinął się w niecałe dziesięć minut i poszedł do łazienki przygotować sobie kąpiel.
Gdy pochylał się nad wanną żeby odkręcić kurek, ktoś zadzwonił do drzwi. Zaniepokojony wytarł do sucha ręce i poszedł otworzyć. Przez wizjer zobaczył niewysokiego mężczyznę z starej wytartej marynarce ze skórzanymi łatami na łokciach.
- Kto tam?
- Jestem z policji, Jerzy Stachowiak chciałem zadać panu kilka pytań.
- Chwileczkę, już otwieram – do uszu policjanta dobiegł dźwięk zdejmowanego łańcucha.
- Proszę wejść, napije się pan czegoś?
- Nie dziękuję nie chciałbym sprawiać kłopotu, zadam panu kilka pytań i już mnie nie ma.
- Proszę do salonu.
Policjant nie czekając na pozwolenie gospodarza usiadł na fotelu. Z kieszeni wyjął notes i zaczął.
- Pan Roman Retcel jak mniemam?
- Tak.
- Będę się starał nie zabierać panu zbyt wiele czasu. Czy znał pan niejakiego Zdzisława Heliowskiego?
- Owszem, znałem.
- Na jakiej zasadzie opierała się panów znajomość?
- Wie pan jak to jest: czasem dałem mu pieniądze na wino, nic więcej.
- Rozumiem. Kiedy po raz ostatni widział pan Zdzisława Heliowskiego.
- W sobotę rano, gdy wychodziłem do pracy, dałem mu wtedy parę drobnych.
- Czy pan Zdzisław Heliowski wymusił na panu te pieniądze groźbą, czy tez dał mu je pan z własnej woli?
- Poprosił mnie, a ja, jak już mówiłem, miałem w zwyczaju od czasu do czasu dać mu parę drobnych, jeśli mu odmawiałem, przyjmował to spokojnie.
- Czy ma pan jakieś przypuszczenia odnośnie motywu zbrodni?
- Pewnie padł ofiarą któregoś ze swoich kompanów.
Policjant zamaszystym ruchem podkreślił w notesie ostatnie zdanie i wstał.
- Myślę, że to wszystko. Gdyby wpadł pan na jakiś pomysł lub coś sobie przypomniał proszę do mnie zadzwonić – niedbałym gestem wyjął z kieszeni marynarki wizytówkę i rzucił ją na stół – proszę nie robić sobie kłopotu, trafię do drzwi.
Nie minęły trzy sekundy od zniknięcia policjanta z jego mieszkania, gdy do jego uszu dobiegło pukanie do drzwi sąsiadów.
Prawie jak ksiądz po kolędzie – pomyślał.

Rozdział 13

Rano, jak zwykle na tygodniu pomiędzy poniedziałkiem, a piątkiem, nie obudził go budzik lecz muzyka zza ściany. To syn jego sąsiadów, gdy tylko rodzice wychodzili do pracy rozpoczynał jak co rano seans z muzyką techno. Roman mimo, że niewielu jego rówieśników lubiło taką muzyką, nie miał nic przeciwko niej. Kiedyś będąc w supermarkecie kupił sobie w promocji płytę z największymi przebojami techno ubiegłego roku. Lubił rytmiczne basowe uderzenia, kojarzyły mu się one z dźwiękiem bijącego serca.
Wstał z łóżka i poczłapał do kuchni, tam wrzucił pizze do mikrofalówki i poszedł się umyć.

Gdy wyszedł z mieszkania nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, winda stała na przystanku, jednak, gdy tylko włożył klucz do zamka kabina z łoskotem ruszyła na dół.
- Normalka – powiedział cicho sam do siebie i ruszył schodami na dół.
Gdy wyszedł z klatki, uderzył go niesamowity widok: ławeczka była pusta!
Ruszył w stronę przystanku, gdy po drodze dochodził do kiosku, już z daleka widział krzykliwy nagłówek na pierwszej stronie Super Expresu – „Okulista zabija w Radomiu".
Więc dorobiłem się już pseudonimu artystycznego – pomyślał uśmiechając się paskudnie.
Kupił tą gazetę.

Rozdział 14


W środku nie przeczytał niczego, czego by już wcześniej nie słyszał. Gazeta urządziła sobie w redakcji głosowanie co do motywu zbrodni ich zestawienie wyglądało następująco:
1. Seryjny psychopatyczny morderca.
2. Zabójstwo mające na celu uzyskanie części zamiennych.
3. Pijackie porachunki.
4. Rodzinna awantura.
Po za tym dziennikarze gazety zachęcali czytelników do wzięcia udziału w głosowaniu audiotele w celu ustalenia wersji czytelników.
Gazeta zamieściła tez niezłe zdjęcia miejsc zbrodni.

W pracy, gdy tylko usiadł przy swoim biurku, podniósł słuchawkę telefonu i wybrał podany przez gazetę numer. Dziennikarze przewidzieli możliwość inwencji czytelników i można było też oddać głos na motyw nie umieszczony w zestawieniu. Gdy Roman usłyszał w słuchawce piknięcie powiedział:
- On wykonuje jakąś misje. – i odłożył słuchawkę.
Godziny pracy bardzo mu się dłużyły – nic się tego dnia jakoś dziwnie nie psuło. Korzystając z wolnego czasu zaczął przeglądać internetowe strony WWW.
Na stronach jednego z wielkich serwisów informacyjnych przeczytał artykuł o przedsiębiorstwie z jego miasta. Prezes przedsiębiorstwa po jego zakupie od państwa zwolnił natychmiast wszystkich pracowników bez podania jakichkolwiek przyczyn, mimo że wcześniej obiecał zachować 80% pracowników. Zdjęcia w artykule pokazywały zrozpaczone kobiety, które traciły swoje ostatnie źródło dochodu.

Gdy wyszedł z pracy poszedł prosto do wypożyczalni samochodów i pożyczył sobie ośmioletnie bmw „trójkę" z dwulitrowym silnikiem.
Podjechał nim pod sklep z naczyniami kuchennymi, garnkami, sztućcami i tym podobnym sprzętem. Gdy sprzedawca podszedł do lady powiedział:
- Korkociąg poproszę.

Rozdział 15

Samochód bardzo mu się podobał. Był bardzo zadbany i dobrze wyposażony.
Wyprostował całe ręce na kierownicy i wcisnął się w pachnący skórzany fotel. Zadawał sobie pytanie: dlaczego nie kupił sobie samochodu? Jako odpowiedź mówił sobie, że zwyczajnie go nie potrzebował. Jednak wiedział, że to bmw musi być jego, gdy tylko załatwi sprawę z tym prezesikiem pojedzie załatwiać formalności związane z kupnem auta. Bardzo mu się podobało i miał nadzieje, że właściciel wypożyczalni mu nie odmówi. Na wypadek gdyby nie chciał sprzedać najwyżej zaproponuje dwadzieścia procent więcej.
Zatrzymał się trzydzieści metrów od bramy spornego przedsiębiorstwa. Całe ogrodzenie było oblepione hasłami, a pracownice zamknęły się w środku i zapowiedziały, że nie opuszczą jego murów, dopóty, dopóki prezes nie przyjmie ich z powrotem do pracy.
Roman miał tę zdolność, że potrafił się odizolować od otoczenia. Potrafił patrzeć się przed siebie i nic nie widzieć, to mijało dopiero wtedy, gdy następowało to na co czekał.
Tym razem tym czymś był srebrny Saab 9-5.
Podciągnął się na rękach łapiąc się brzegów sportowego, kubełkowego fotela w bmw. Teraz miał lepszy podgląd na sytuację przed bramą.
Z Saaba z wolna wysiadł postawny mężczyzna o wyglądzie typowo polskiego pseudobiznesmena. Z prawego boku spodni obijał mu się wielki telefon komórkowy. Powoli podszedł do bramy. Z drugiej strony stał tłum zdesperowanych kobiet.
- Przyjechałem do pań z nadzieją, że uda nam się jakoś rozwiązać ten problem.
Wewnątrz tłumu po drugiej stronie bramy przebiegł szmer. W tym samym czasie na rogu ulicy dał się słyszeć pisk opon telewizyjnego wozu transmisyjnego. Dziennikarz i operator w mgnieniu oka wyskoczyli z furgonetki i rejestrując wszystko czekali na dalszy rozwój wypadków.
Z tłumu kobiet wyszła jedna, najwyraźniej wydelegowana przez koleżanki do spornej rozmowy. Była to kobieta w wielu około 50 lat, zapewne zaprawiona w bojach o swoje w czasach Solidarności.
- Widzimy tylko jedno rozwiązanie naszego problemu – tu zrobiła kilkusekundową pauzę dla dodania sobie otuchy i osiągnięcia lepszego efektu - związek zawodowy naszego zakładu uznaje tylko przyjęcie nas wszystkich z powrotem na takich samych warunkach.
Twarz mężczyzny poczerwieniała z gniewu.
- To razem z tym burdelem kupiłem sobie związek zawodowy, co!?
Z drugiej strony odpowiedziało mu tylko milczenie.
- Więc posłuchajcie moje damy co wam proponuje: otrzymacie wszystkie wypowiedzenia i po 1500 złotych odprawy i ani grosza więcej.
- Na takich warunkach nie mamy o czym rozmawiać – spokojnie odezwała się negocjatorka, a zza jej pleców dobiegły słowa poparcia z ust jej koleżanek.
- To sobie tu siedźcie i zdychajcie z głodu – mężczyzna obrócił się na pięcie i do przesady wolno ruszył w stronę samochodu, dziennikarz odebrał to jako oczekiwanie na przeprowadzenie wywiadu. Szybkimi krokami więc podszedł do biznesmena.
- Dzień dobry Michał Mit... – nie dokończył, oczy mężczyzny wyrażały, że jeszcze słowo, a dojdzie do rękoczynu.
- No cóż, trudno, stary bucu – szepnął pod nosem i ruszył po bramę zakładu, aby porozmawiać z protestującymi pracownicami.
Prezes wsiadł do samochodu i zapalił silnik. Ruszył z piskiem opon i pędził ulicami miasta.
Był tak zdenerwowany, że nie zauważył cały czas goniącego go srebrnego bmw.

Rozdział 16

Mężczyzna w Saabie zwolnił, wyraźnie się uspokoił. Jechał teraz wolno jedną z głównych ulic miasta. Srebrne bmw było od niego oddzielone dwoma innymi autami. Nagle biznesmen włączył prawy kierunkowskaz i skręcił na małą stację benzynową. Taki sam manewr wykonało srebrne bmw.

Biznesmen wyszedł z samochodu i zatankował go, potem spokojnie wszedł do środka aby zapłacić za benzynę. Nie był świadomy, że ktoś, kogo nie znał, ale kogo również nie chciał poznać spokojnie czekał w srebrnej limuzynie zaparkowanej nieopodal kanału do zmian oleju i drobnych napraw.

Roman był spokojny – wiedział, że tylko będąc w pełni skupionym i skoncentrowanym może bezpiecznie wykonywać swoją misję. Z anielską cierpliwością obserwował biznesmena i napawał się myślą, że za chwilę uwolni te biedne kobiety z pod jarzma tego czegoś, czegoś co w jego mniemaniu nie godne było, by nazywać je człowiekiem. Drzwi stacji otworzyły się i ukazała się w nich postać, na którą czekał. Powoli sięgnął ręką do stacyjki, gotowy, by w każdej chwili zapalić samochód.
Jednak wyraźnie los mu sprzyjał. Biznesmen nie poszedł do samochodu, tylko obszedł budynek stacji z boku, pchnął niewielkie drzwi i wszedł do toalety.
Roman spokojnie wyciągnął prawą rękę i otworzył nią schowek naprzeciw siedzenia pasażera i sięgnął w głąb. Gdy wycofywał rękę i świetle padającym z latarni błysnął korkociąg.

Rozdział 17

Roman podążał śladem biznesmena. Nie minęła minuta od kiedy zniknął on za drzwiami toalety, a Roman również znalazł się w środku.
Wnętrze wyglądało tak jak się spodziewał, tanie najpodlejszego gatunku kafelki na podłodze i nędzna zielona farba na ścianach.
Spojrzał na kabiny. Drzwi dwóch były otwarte, drzwi trzeciej nie. To tam nieświadome niczego siedziało „to coś". Nagle zza drzwi zamkniętej kabiny dobiegło donośne „Wrrrrrrrrrr", a potem „Uffffffffff", jednocześnie powietrze nabrało bardzo specyficznego zapachu.
Biznesmen był w kabinie po prawej, Roman cicho, prawie bezszelestnie minął jego kabinę i wszedł do tej po lewej, odgradzając się od „tego czegoś" pustą środkową kabiną.
Czekał jakieś dwie minuty zanim do jego uszu dobiegł dźwięk spuszczanej wody, a w chwilę później chrobot otwieranej zasuwy.
Biznesmen podszedł do umywalki. Odkręcił wodę, wycisnął na rękę mydło w płynie i zaczął myć ręce.
W tym samym czasie nie wywołując żadnego dźwięku otworzyły się drzwi kabiny po lewej stronie. Roman cicho zbliżał się do biznesmena. Ten nie miał żadnych szans na zauważenie jego obecności, dźwięki ruchu zagłuszała lecąca z kranu woda, wnętrze toalety było zaś bardzo ciemne, ze względu na zastosowane tu tanie 20 watowe żarówki, a już na pewno było zbyt ciemno dla kogoś, kto cały czas się zastanawiał „jak wykurzyć te cholerne baby".
Nagle jego myśli zagłuszył straszny ból. To czubek buta Romana boleśnie trafił w lewą nerkę biznesmena. Ból rozdzierał całe jego ciało, bolało go wszystko: od palców u nóg po sam czubek głowy. W głowie kłębiły mu się myśli jak bronić się przed napastnikiem, jednak rozdarte cierpieniem ciało nie reagowało na polecenia umysłu. W młodości zastanawiał się jak czują się sparaliżowani ludzie, teraz znalazł najbardziej wyczerpującą odpowiedź na swoje pytanie.
Roman spokojnie zerwał ze ściany kabel, doprowadzający prąd do jednej z żarówek, dwoma mocnymi ruchami oderwał go od ściany i sufitu. Szybko związał biznesmenowi nogi i ręce.
Teraz spokojnie mógł popatrzyć na swoje dzieło. Dzieło jednak zaczynało dochodzić do głosu. Z gardła mężczyzny powoli wydobywały się nie artykułowane dźwięki, które w chwilę potem zaczynały się przeradzać w wyrazy.
- Cze....gho chcesz?
- A jak ci się wydaje, nędzna gnido – odpowiedział spokojnie.
- Pienię...dzy, sięghnij ylko do moyej kieszeni.
- Nie chcę twoich zasranych pieniędzy ty nędzna szujo. – po czym spokojnie wszedł do jednej z kabin. Wrócił po kilku sekundach , trzymając w ręku rolkę papieru toaletowego. – Koniec rozmowy.
Umieścił rolkę na palcu wskazującej lewej ręki. Szybkim ruchem pociągnął za papier i wielki kawał papieru pomknął w kierunku ziemi. Pozbierał go i oderwał od rolki. Już zmierzał w kierunku ofiary, gdy nagle nowy pomysł zaświtał mu do głowy. Obrócił się na pięcie i wszedł do środkowej kabiny.
Czubkiem lewego buta sprawnie podrzucił deskę do góry. W środku znalazł to na co liczył.
Wielkie, śmierdzące gówno.
Ostrożnie trzymając papier w prawej dłoni, tak jak trzyma się pączka, włożył rękę do sedesu i złapał przez papier potężny kawał stolca.
Uśmiechnął się sam do swoich myśli i ruszył z powrotem w stronę leżącego skrępowanego mężczyzny. Ten zorientował się co się święci:
- Facet oszalałeś weź moje pieniądze, jak chcesz dam ci jeszcze kartę kredytową, albo lepiej wypiszę czek, co.
- Już ci mówiłem, że nie chcę twoich zasranych pieniędzy, a tak przy okazji srania.
To mówiąc szybkim kopniakiem ponownie potraktował nerkę mężczyzny. Jego usta rozwarły się w niemym krzyku. W tym samym momencie w jego usta wkroczył kawał gówna opakowany w różowy papier toaletowy.
Mężczyzna zaczął się dusić, chciał złapać oddech i wtedy w jego przełyku znalazł się wielki śmierdzący kawał stolca, po jakichś trzydziestu sekundach jego twarz przyjęła kolor purpury – nie żył.
Teraz Roman mógł spokojnie przystąpić do tego, na co czekał. Wyjął z kieszeni płaszcza korkociąg i powoli wręcz z namaszczeniem wyjął z głowy mężczyzny obie gałki oczne. Znów jak przy Helim, czuł się jak bóg.
Szybko, acz dokładnie zawinął oczy biznesmena w zwój różowego papieru toaletowego, po czym chowając je do kieszeni skierował się do wyjścia. Zatrzymał się:
- Albo wiesz co, daj te pieniądze.
Sięgnął do kieszeni martwego mężczyzny i wyjął z niej gruby plik banknotów.
Wyszedł z toalety i uważnie rozejrzał się dookoła. Nikogo.
Wsiadł do bmw. Gdy zapalił tuż obok przejechał opel astra. Siedząca w nim dziewczynka trzymała w ręku pomarańczowy balonik z logo McDonalds` a pomachała Romanowi swoją drobną dłonią.
Odmachał.

Rozdział 18

Wolno, wręcz z namaszczeniem wrzucił pierwszy bieg i powoli ruszył z miejsca.
Spojrzał w lusterko.
Zamarł z przerażenia.
Dziewczynka, która przed chwilą mu pomachała, teraz szła z ojcem za rękę w kierunku toalety.
Mocniej nacisnął pedał gazu, jednak nie na tyle mocno, żeby gumy zapiszczały o asfalt, a silnik zaczął ryczeć.
Gdy już skręcił w prawo obserwował przez szybę pasażera wydarzenia na stacji.
Drzwi od toalety otworzyły się z impetem i wybiegła z nich przerażona dziewczynka, wypuszczony z ręki balon pomknął ku niebu. W chwilę później na chwiejnych nogach wyczłapał z toalety jej ojciec, nagle zgiął się w pół i zwymiotował.
Ostry ból w karku dał mu znać, że nie może się dłużej oglądać za siebie.
Dojechał do ronda i nakręcił tak, żeby jeszcze raz minąć stację, tym razem korzystając z przeciwnego pasa.
Zobaczył ubranego w firmowy uniform pracownika stacji krzyczącego ile sił w płucach w mikrofon telefonu komórkowego. Ojciec dziewczynki nadal nie doszedł ze swoim żołądkiem do porozumienia.
Nagle pracownik stacji pomknął jak strzała w stronę ulicy.
Serce Romana zaczęło szybciej bić.
Czyżby zapamiętał jego bmw?
O Boże, a jeśli tam były kamery? – pomyślał z przerażeniem.
Ale pracownik stacji nie biegł do niego, stanął na środku ulicy i zaczął machać jak szaleniec na nadjeżdżającego akurat starego, skorodowanego policyjnego poloneza.

Rozdział 19

Zdał sobie sprawę, że spocił się jak świnia i jego oddech jest przyśpieszony, mimo wszystko docisnął jeszcze gaz – musiał się śpieszyć.
Z piskiem opon zatrzymał się przed klatką. Szybko wyskoczył z samochodu i machając jak pajac pilotem od radiowego zamykania drzwi zniknął za drzwiami.
Winda była na przystanku, wskoczył do środka i nacisnął dziewiątkę.
Kabina ruszyła. Wolno.
Zbyt wolno jak dla niego.
Nagle coś szarpnęło kabiną, dźwig stanął, światło w środku zgasło, a Roman został sam wśród smrodu pijackich rzygów.
- Kurwa mać, akurat teraz musiałaś mi to zrobić – pełna złości i frustracji lecąca pięść znalazła ujście dla zdenerwowania na drzwiach kabiny.
Później zdołał się opanować i zaczął myśleć logicznie. Sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął telefon komórkowy. Pod 66 numerem w pamięci jego telefonu figurował windowy. Gdy kupował telefon wprowadził do niego numer windowego właśnie ze względu na takie okazje.
Wreszcie usłyszał sygnał w telefonie, a w chwilę potem odezwał się jak zawsze skacowany głos pięćdziesięcioletniego mężczyzny, który od zawsze piastował w jego bloku funkcję windowego.
- Marczyński słucham.
- Dzień dobry Roman Retcel z tej strony. Pozwalam sobie pana niepokoić, bo ta cholerna winda znowu nie działa.
- Panie Romanie nie działa, bo nie ma prądu, wysiadł w całym bloku, bardzo mi przykro ale tym razem nie będę mógł pomóc. Musi pan po prostu poczekać.
- Rozumiem, dziękuję – nacisnął guzik kończący rozmowę.
Już szykował pięść do kolejnego ciosu wymierzonego w niewinne drzwi, gdy zapaliło się światło, a winda szarpnęła i ruszyła w górę.
Gdy wreszcie stanęła na dziewiątym piętrze wyskoczył jak oparzony z kabiny, częstując jeszcze jej drzwi soczystym kopniakiem na pożegnanie. Stając przy drzwiach nerwowymi ruchami w kieszeniach starał się odnaleźć klucze od mieszkania. Gdy mu się wreszcie udało dostać do środka od razu skierował się do kuchni. Sięgnął do szafki nad zlewem i wyjął z niej kolejny spodeczek do herbaty, postawił go na stole. Powoli wyjął z kieszeni różowe zawiniątko i położył jego zawartość na spodeczku, przez pełną szczęścia chwilę będąc naprawdę szczęśliwym napawał się widokiem. Gdy już nasycił oczy, otworzył lodówkę i włożył do zamrażalnika drugi spodeczek.
Teraz wreszcie mógł pozwolić sobie na chwilę odprężenia, opadł na kuchenne krzesło i wydając z siebie westchnienie zdał sobie sprawę jaki jest zmęczony. Kilka minut przesiedział na krześle wpatrując się bez wyrazu w jeden punkt.
W pajęczynę pod sufitem.
Z tego co sobie przypominał rano była ona pusta, teraz zaś przyklejona do niej była okazałej wielkości mucha. Nagle przebierając szybko odnóżami pojawił się na pajęczynie wielki, jak na domowe warunki, pająk. Zatrzymał się tuż przy swojej zdobyczy. Jak zdawało się Romanowi, stawonóg chwilę przyglądał się swojej ofierze, po czym przystąpił do posiłku.
Roman uśmiechnął się i poszedł do salonu.
Włączył telewizor.

Rozdział 20

W tej samej chwili co Roman, jakby wiedziony niewytłumaczalnym impulsem, ksiądz również włączył telewizor. Zamknął oczy, z nieznanych mu przyczyn wiedział, co w nim zobaczy. Przemógł strach, licząc, że może jednak zobaczy jedną z dziesiątek gospodyń domowych wychwalających kolejny cudowny proszek do prania. Jednak nadzieja ustąpiła miejsca przeczuciu. Zamiast reklamy proszku zobaczył to czego się spodziewał.
Telewizyjny reporter w blasku fleszy pochylał się nad zmasakrowanym ciałem. Ciałem pozbawionym oczu, ciałem któremu z ust wystawał kawał papieru toaletowego.
Reporter uważnie rozejrzał się dookoła i świecąc na twarz trupa mała latarką w kształcie długopisu trzymaną w ustach zajrzał do ust denata.
Teraz widzowie mogli obejrzeć co też ciekawego zjadł ostatnio reporter, ten zgięty w pół w najlepsze zwiększał drastyczność przedstawionego widzom obrazu, dodając do niego sporą porcję rzygów.
Ksiądz westchnął, wyłączył telewizor i ukląkł do różańca.
Pierwszy raz w życiu modlił się całą noc.

Rozdział 21

Drzwi oddziału patologii miejskiego szpitala otworzyły się z impetem i na korytarz szybkim krokiem wszedł wysoki mężczyzna. Szedł szybko i pewnie. Był patologiem, niezbyt lubił swoja pracę, a już najmniej, kiedy miał ją wykonywać w nocy. Jedyną zaletą nocnych dyżurów było to, że rzadko kiedy były do zrobienia jakieś pilne sekcje. Dziś było inaczej, w szpitalnej lodówce czekały na niego dwa ciała ludzi, których podobno załatwił jakiś psychol. Wszedł do swojego gabinetu – na biurku leżały dwie papierowe teczki z raportami toksykologicznymi jego dzisiejszych klientów. W pierwszej teczce nie zauważył niczego godnego uwagi, wszystko było w normie, w drugiej teczce podobnie, już miał odłożyć ją na biurko, gdy coś przykuło jego uwagę, w długim spisie związków chemicznych wykrytych w organizmie znalazł się też: C17 H21 NO4, czyli kokaina. Westchnął i ruszył do prosektorium.

Gdy wychodził z gabinetu nadział się na Jana, swojego pomocnika, więc razem ruszyli do prosektorium:
- Jak Jasiu, widziałeś naszych dzisiejszych klientów?
- Widziałem.
- I co powiesz?
- Że niezbyt dobrze im z oczu patrzy.
Obaj zachichotali, poczucie humoru patologów było zawsze bardzo specyficzne, to głównie dzięki niemu udawało się im przez tyle lat obcować ze śmiercią.
Weszli do prosektorium, na dwóch stołach leżały przygotowane ciała:
- Janek dlaczego mamy zrobić tylko dwa, wszędzie piszą, że zabił trzy osoby?
- Ten trzeci to typowy ćpun z przejścia podziemnego i zawieźli go do kostnicy przy Szpitala Najświętszego Serca Jezusowego.
- Ach tak, a wiesz że pan biznesmen też lubił wziąć sobie jakiegoś dopalacza, w jego organizmie laboratorium wykryło kokainę.
- Teraz wielu ludzi bierze do gówno. To który najpierw: żul czy biznesmen.
- Może żul.
Bez słowa doktor poszedł za pomocnikiem do jednego ze stołów:
- Tada – ściągając białą płachtę niczym matador pomocnik ukazał ciało mężczyzny bez oczu i z wielką dziurą pośrodku czoła.
- Faktycznie, nienajlepiej mu z oczu patrzy.
Jeszcze raz zachichotali i zabrali się do pracy.

Rozdział 22

Gdy obudził się rano czuł się wspaniale, po raz pierwszy od bardzo dawna był wyspany jak należy mimo iż spał zaledwie kilka godzin. Włączył telewizor – nadal był głównym bohaterem wszystkich programów informacyjnych, uśmiechnął się sam do siebie spoglądając na swoje odbicie w lustrze:
- Wygląda na to, że zostaniesz człowiekiem roku – powiedział, do postaci spoglądającej do niego z lustra.
Szybko uwinął się z codziennymi porannymi obowiązkami i zbiegł po schodach przed blok. BMW stało tak, jak je wczoraj zostawił z jednym małym wyjątkiem – nie miało szyby w drzwiach kierowcy i radia w środku.
A co tam – pomyślał, tego dnia nic nie było w stanie zepsuć mu humoru, no prawie nic.
Wsiadł do samochodu i powoli ruszył, gdy mijał kolejną klatkę zauważył jak jeden z osiedlowych dresiarzy sprzedaje drugiemu radio.
Jego radio.

C.D.N.

lecter666