WRÓĆ
Była chmurna, bezksiężycowa noc. Głęboka cisza zaległa nad światem. Gęsta mgła otuliła wszystko, spowiła także prastarą Puszczę, wciskając się między drzewa, kładąc miękko na leśnym poszyciu. Wymarzone warunki, aby wykonać jej niemal samobójczy plan. Ona - wyklęta - musiała jeszcze raz zobaczyć matkę i Świątynię Przyzwania... nawet, jeśli potem nie miała oglądać już nic.
Kiedy szybko i pewnie przemykała między ogromnymi drzewami, myślała tylko o tym, że zaraz spełni swoje ostatnie marzenie. W końcu dotarła do obozu. Cicho zakradła się do namiotu matki. Uniosła lekko płótno, z którego zrobione były jego ściany i wczołgała się do środka. Podeszła do posłania Amariel. Pochyliła się nad nią. Przekonana, że śpi – chciała tylko ją pocałować na pożegnanie im szybko odejść. Kobieta jednak czuwała, a teraz otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą twarz córki. „Yena, kochanie, co tu robisz?” – szepnęła. „Wiesz przecież, że jeśli cię tu złapią, to...” – głos uwiązł jej w gardle, gdyż usłyszała na zewnątrz czyjeś pośpieszne kroki. „Amariel, kto tam jest? Czy wszystko w porządku?” „Taak... Nikogo tu nie ma, zdaje się, że znowu miałam tę straszną wizję i chyba mówiłam coś, nawet o tym nie wiedząc.” Nie uwierzył. Widział przecież, jak ktoś zniknął przed chwilą w jej namiocie. I wiedział, że to Yennaiah, a zachowanie starej kobiety potwierdziło jedynie jego domysły. Natychmiast wbiegł do środka. Tymczasem dziewczyna obiegła obóz i, dla zmylenia pogoni, ruszyła w stronę skraju lasu. W głowie wciąż rozbrzmiewał jej krzyk: „Wygnanka!” Przepełniona strachem, zdesperowana biegła wciąż przed siebie. Nagle teren stał się jakiś obcy, już nie potrafiła powiedzieć, gdzie jest. Straciła orientację. Wszystko wokół niej stało się wrogie. Drzewa wyrastały przed nią niespodziewanie, ostre kolce jałowca raniły jej nogi, ciągle potykała się o wystające korzenie. Nie mogła już złapać tchu, ból rozsadzał jej płuca. Była u kresu sił, słaniała się niemal na nogach. Wtedy usłyszała upragniony, leniwy szum rzeki. Kolana się pod nią ugięły, upadła na ziemię, pokrytą teraz już tylko mchem i trawą. Przez długą chwilę łapczywie łykała powietrze, czując, jak za każdym razem wchłania w siebie życie. Podczołgała się bliżej brzegu i zanurzyła ręce w wodzie. Była przeraźliwie zimna, ale przynosiła niesamowitą ulgę jej zaschniętym ustom. I poranionym nogom. Kiedy już uspokoiła się nieco po szaleńczej ucieczce, odzyskała jasność umysłu, postanowiła iść dalej w górę rzeki. Chciała przynajmniej na jakiś czas zatrzymać ścigających ją ludzi, więc zanurzyła się w lodowatej wodzie i poczęła brnąć w kierunku Świątyni, jak sądziła. Po pewnym czasie dno stało się bardziej kamieniste, ona sama drżała już z zimna, więc wyszła na brzeg. Roztarła dłońmi zmarznięte stopy, podskoczyła kilka razy, żeby się rozgrzać. Wiedziała jednak, że nie ma czasu do stracenia, że musi się spieszyć, bo jutro może być za późno. Wiedziała, że przyjdą do Świątyni, że będą jej tam szukać. Ale dopiero jutro, na razie skutecznie ich zmyliła. Tak więc została jej ta noc, aby pożegnać się z ukochanym miejscem na zawsze. Szła przez wysokie, suche, szeleszczące zarośla, otoczona ze wszystkich stron ciemnością i groźbą śmierci ze strony nocnych łowców. Ale nie bała się. Wierzyła, że zdoła dotrzeć do Świątyni, zanim ją złapią. Zwierzęta czy ludzie. Z uporem wciąż parła do przodu, pod górę. Teren wokół niej stawał się coraz bardziej skalisty, aż w końcu straciła z oczu Puszczę. Natrafiła na znaną sobie ścieżkę wiodącą do Miejsca Przyzwania. Niedługo ujrzała też przed sobą święte ruiny. Była to stara, kamienna budowla, zniszczona przez czas, chyląca się ku upadkowi. Yena z nabożną czcią weszła do środka. Jej lekkie kroki nie wydawały dźwięku na porośniętej mchem posadzce. Przez malutkie otwory okienne wpadała do wnętrza jedynie ciemność. Która dodatkowo chyba tłumiła wszelkie odgłosy. Dziewczyna podeszła do stosu zmurszałych kamieni, będącego ołtarzem. Dotknęła zimnej, wilgotnej bryły po raz ostatni. W myślach złożyła dziękczynienie swemu bóstwu – Marrahowi, Władcy Nocy. Powierzyła jego opiece duszę i niedługo miało się okazać, czy to był dobry wybór, czy zaufała odpowiedniej istocie. Skłoniła się jeszcze w kierunku miejsca ofiarowania i odwróciła do wyjścia. Nie zrobiła nawet kilku kroków, kiedy coś ją nagle zatrzymało. Najpierw usłyszała ciche, złowrogie powarkiwanie. Potem zobaczyła dziwnie lśniące w tym mroku ślepia. Jarzyły się krwawym, przyćmionym blaskiem. Ten wzrok ją paraliżował, nie mogła się ruszyć. Rozległ się szept: „Yennaiah...” Nagle bestia skoczyła na nią. Przygnieciona ogromnym ciężarem, dziewczyna upadła na podłogę. Pazury wilka wpijały się boleśnie w jej skórę, ale, nie wiadomo czemu, nic poza tym nie robił. Na razie. Oddech jej się rwał, był już niemal w strzępach – cielsko potwora wciąż uniemożliwiało jakikolwiek ruch. W ciemnej jaskini jej umysłu tłukła się tylko jedna myśl, która jednak nie mogła znaleźć ujścia do świadomości... Śmierć przyszła szybko, ale nie w postaci kłów szarego zabójcy, rozszarpujących jej gardło. To był On, przyszedł po nią. „Marrah...” – myśl w końcu się uwolniła. Wzleciała w przestworza nicości, unosząc ze sobą jej życie, jej duszę.
Pożegnał ją tylko żałosny śpiew wilków... #Cannabis |