John Frusciante "To Record Only Water For Ten Days"
+krótka biografia jego zespołu
Red Hot Chili Peppers to obecnie chyba najpopularniejszy i największy zespół rockowy, którego początki sięgają wczesnych lat 80-tych. To właśnie wtedy wokalista Anthony Kiedis, basista Michael "Flea" Balzary, gitarzysta Hillel Slovak oraz perkusista Jack Irons rozpoczęli występy w klubach Los Angeles. Pamiętnym "chwytem marketingowym" używanym przez muzyków były występy w strojach Adama, jedynie ze strategicznie umieszczonymi skarpetkami. Ich muzyka, będąca połączeniem rocka i czarnych, funkowych brzmień jak i nieco "niekonwencjonalny" image szybko trafiły w gusta Amerykanów, a zespół po nagraniu trzech kolejnych albumów "Red Hot Chili Peppers" , "Freaky Styley" i pełnej wulgaryzmów i seksu "The Uplift Mofo Party Plan" szybko stał się popularny. Niestety, imprezowy styl życia nie wyszedł muzykom na zdrowie - Kiedis i Slovak szybko uzależnili się od heroiny, co w konsekwencji spowodowało śmierć gitarzysty. Irons, bliski przyjaciel Slovaka po jego śmierci postanowił opuścić zespół i udać się dobrowolnie na obserwację do...szpitala psychiatrycznego. Zespół był praktycznie w rozsypce - pozostali jedynie Flea i Kiedis, ale nie poddali się i rozpoczęli poszukiwania nowego gitarzysty i perkusisty. Za bębnami zasiadł Chad Smith - jedyny z przesłuchiwanych muzyków, który nadążał za dynamicznym basem Flea'i. Natomiast na stanowisko gitarzysty Papryczki postanowiły przyjąć zupełnego amatora, 17-letniego Johna Frusciante, wielkiego fana zespołu, który uciekł z domu aby towarzyszyć Red Hotom w ich trasie koncertowej. Wbrew pozorom nie było to wcale głupie posunięcie - Frusciante w swym stylu gry przede wszystkim inspirował się grą Slovaka. Już w nowym składzie zespół nagrał w 1989 r. płytę "Mother's Milk", która zdecydowanie była ich najlepszą dotychczas nagraną płytą i jednocześnie odniosła największy sukces komercyjny z ich dotychczasowych albumów. Najlepsze jednak miało dopiero nadejść. Multiplatynowy album "Blood Sugar Sex Magik" ukazał się w 1991 r. i uczynił z Red Hotów gwiazdy muzyki światowego formatu wraz z przebojowymi singlami "Under The Bridge" i "Give It Away". Długa (74 min), fascynująca funk-rockowa podróż. Zespół był wtedy u szczytu swej popularności. Niewątpliwie na dobre wyszedł im ostateczny rozbrat Kiedisa z heroiną. Niestety, historia lubi się powtarzać i znów narkotyki, znów heroina, przerwały idyllę rockowego życia. Tym razem w szpony nałogu wpadł młody, zaledwie 20-letni wtedy John Frusciante. Nie mogąc sobie poradzić z presją, zakomunikował zdziwionym kolegom, że odchodzi. Przez parę następnych lat jadąc na herze, próbował zrobić karierę solową, nagrał dwie płyty, które jednak były bardzo niedopracowane i nie odniosły sukcesu. Sam muzyk, będąc praktycznie już jedną nogą w grobie, wreszcie się opamiętał i poszedł na odwyk. W tym czasie Red Hot Chili Peppers nagrali płytę "One Hot Minute" - zgodnie z tytułem, najostrzejszą z ich dotychczasowych. Miejsce John'a zajął w zespole gitarzysta Porno For Pyrros Dave Navarro. Sama płyta, choć ciekawa, nawet nie zbliżyła się sukcesem do "Blood Sugar". Zespół zaczął tracić swoją popularność ale wtedy los się uśmiechnął do muzyków a najbardziej chyba do Frusciante'go, który znów zaczął funkcjonować bez dragów jak normalny człowiek. W 1999 r. powrócił do zespołu na miejsce Navarra i razem ze starymi przyjaciółmi nagrał najlepszą płytę obok "Blood Sugar" - "Californication". Piosenki "Scar Tissue", "Around The World", "Otherside" czy utwór tytułowy stały się przebojami, a zespół odzyskał swoją pozycję w muzycznym biznesie. Wielu upatruje w tym zasługę Johna, jakoby to właśnie on miał uratować Papryczki przed całkowitym stoczeniem się z piedestału. "Californication" odniosła duży sukces komercyjny, a myzycy zostali docenieni m.in. przyznaniem im nagrody Mtv dla "najlepszego zespołu rockowego". Na następną płytę Red Hot Chili Peppers przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać (dopiero teraz, na wiosnę zamierzają oni wejść do studia) ale za to niedawno John Frusciante wydał swoją trzecią solową płytę. Album nosi enigmatyczny tytuł "To record only water for 10 days" i w niczym nie przypomina dwóch poprzednich, nieudolnych produkcji jak również dokonań John'a i reszty kwartetu. Nowy album to 15 (w tym dwa instrumentalne) krótkich, melancholijnych utworów uwieńczonych singlem "Going Inside" (notabene właśnie na Vivie2 leci 2rock charts...zgadnijcie, co jest na pierwszym miejscu?). Kompozycje są spokojne, niby dość surowe jeżeli chodzi o brzmienie ale jednak nowoczesne, zabarwione odbrobiną elektroniki. Wszystkie utworu napisał i zaśpiewał John: nareszcie mógł się chłopak wykazać, w Red Hotach zostają mu tylko chórki ;). Prawdę mówiąc to zbyt wielkich możliwości wokalnych to on nie ma :))), ale jego przejmujący, wysoki głos idealnie się wkomponowuje w nieco depresyjny i kataryczny klimat płyty. Właśnie, KLIMAT. Myślę, że to największy atut tej, skądinąd, świetnej płyty. Teksty są poetycko zawiłe :) i również umiejętnie budują nastrój. Sam John mówił, że płyta ma opowiadać o jego niemiłych wspomnieniach związanych z narkotykami. Faktycznie, niektóre utwory są mroczne i nieco psychodeliczne. W każdym razie płyta nie ma słabych momentów i, IMHO, jest od początku do końca wspaniała. Bardzo prawdopodobne jest natomiast to, że nie spodoba się ona zagorzałym zwolennikom Red Hotów, ponieważ funkrocka jest tu tyle ile sensu w czytaniu tego artu :)). Podsumowując, "To Record Only Water For Ten Days" urzekła mnie swoim klimatem, świetną postrockową muzyką, fascynującym wokalem śpiewającym ciekawe teksty, i tym, że Johnowi udało się z powrotem wrócić na właściwą drogę (oj, jak to fajnie zabrzmiało ;). Świetna, niekomercyjna płyta, kto może niech wyśledzi na VivieZwei teledysk do "Going Inside", a jeżeli Wam się spodoba, to zaręczam, że cała płyt też Wam się będzie podobać. Gorąco polecam wszystkim miłośnikom pięknej muzyki.