Od bodajże dwóch miesięcy zastanawiam się co napisać o nowej płycie Ulver. Sami przecież wiecie, że jest to zespół który nigdy nie nagrał dwóch płyt w tym samym stylu, a poza tym już dawno opuścił metalowe terytoria. Nie potrafię do końca sprecyzować co też dzisiaj grają Norwedzy. Może wypadkową jazzu i trip hopu? Wiem natomiast jak na mnie działa ta muza. Na okładce Garm zamieścił informację, że jest to muzyka przeznaczona do nadawania przez stacje radiowe przed i po spaniu. Rekomendowane są także słuchawki i mrok. Lepiej tego niż Garm bym nie ujął. Uwielbiam zasypiać przy "Perdition City" i po przebudzeniu wciskać w pilocie "play", aby ponownie usłyszeć te hipnotyzujące, złowieszcze dźwięki. Gdy zasnę zawsze śni mi się to samo. W śnie jadę nocą metrem po jakiejś wielkiej, opustoszałej metropolii i chodzę po jej ulicach. Mrok rozświetlają ponure neony, a z nieba spadają krople deszczu. Tak właśnie na mnie oddziaływuje Ulver. "Perdition City" to muzyczna opowieść o dzisiejszym, brutalnym i złym świecie. Zimna elektronika Norwegów ukazuje całą prawdę o NASZYM świecie. Tylko sporadycznie to zło jest wypierane przez ciepły głos Garma oraz przez cudowne partie saksofonu i fortepianu. Dominuje jednak odhumanizowana elektronika... która przecież rządzi tą planetą. Wielka płyta, choć nie tak wspaniała jak "Themes From William Blake's".
Umarł Tulus, niech żyje Khold! Wypada zakrzyknąć słuchając debiutu nowej kapeli w barwach Moonfog. Podobno Tulus poszedł do piachu, ale nie ma co zbytnio rozpaczać po jego stracie (aczkolwiek mi się lezka w oku kręci), bowiem główny kompozytor Sarke założył nowy twór o nazwie Khold. Nie jestem także przekonany czy przypadkiem pod ksywką Gard nie kryje się wokalista i gitarzysta Tulus niejaki Blodstrup. Powiedzmy, że jestem o tym przekonany w jakiś 99,99%. Pozostali muzycy też nie są jacyś przypadkowi, bo grają bądź grali w Valhall, Death Mission i Sense Anima. Tyle tytułem wstępu. Sam debiut Khold można podsumować krótkim przysłowiem "niedaleko pada jabłko od jabłoni". "Masterpiss Of Pain" przypomina Tulus, a zwłaszcza dwie pierwsze płyty "Pure Black Energy" oraz "Mysterion" w praktycznie wszystkich elementach czarnej sztuki. Brzmienie, wokal (czyżby to jednak Blodstrup?), struktura utworów, aranżacje, a nade wszystko niespotykany w black metalu dudniący, przeszywający uszy bas jednoznacznie nawiązują do Tulus. Tyle, że Khold nie jest tak melodyjny jak Tulus. Jest bardziej surowy, brudny, prymitywny i mniej przystępny dla przeciętnego słuchacza. Hmmm... w sumie to jednak chyba bardziej podobał mi się Tulus, który był bardziej urozmaicony, ale skoro już nie usłyszmy następcy "Evil 1999", to nie pozostaje nic innego jak cieszyć się debiutem Khold. Tym bardziej, że jest to naprawdę dobra płyta reprezentująca starą szkołę norweskiego blacku. Zero klawiszy, sampli, akustycznych przerywników, bab na wokalu i tym podobnych zmiększaczy... po prostu klasyka w dobrym wydaniu.
Porządków na mych półkach i wygrzebywania albumów sprzed kilku miesięcy ciąg dalszy. Kto by przypuszczał, że po czterech latach od wydania "Drep De Kristine" usłyszymy jeszcze o Troll. Nagash przecież ostatnimi czasy był zajęty świętowaniem tryumfów z The Kovenant. Głośno także było o jego problemach z prochami, a mimo to znalazł czas, aby nagarać dwie nowe płyty Troll. Zgadza się, dwie gdyż podczas sesji "The Last Predators" zarejestrowano również materiał na "Universal", który ukazał się w marcu tego roku. Zajmijmy się jednak na razie tą pierwszą. Tym razem Nagash dokoptował do składu wokalistę S.M. Twice'a oraz zaprosił jako muzyków sesyjnych swoich kumpli z The Kovenant, czyli Hellhammera (oczywiście gary) i Blackheima (sample i tego rodzaju komputerowe sztuczki). Powiem szczerze, że bardzo mnie ona zaskoczyła ponieważ nie ma wiele wspólnego z "Drep De Kristine". Nowy krążek Troll to opętańczy blackowo - punkowy wyziew. Trochę to chwilami przypomina Impaled Nazarne, kiedy indziej jak np. w "Colony X-11: Inflict Mythical Mayhem" stary Gorgoroth, jest też troszkę naleciałości "Animatronic". Generalnie jest bardzo szybko, agresywnie, a nad muzyką górują chore, obłąkane wrzaski S.M. Twice'a. Przyjemnie jest posłuchać tak mocnej muzyki, a spodziewałem się raczej czegoś w stylu The Kovenant. Tymczasem Nagash pokazał wszystkim, że ostre granie nadal mu nie jest obce. No cóż, zarabia na życie w The Kovenant, więc może sobie pozwolić na zabawę w Troll.
Szczerze podziwiam właścicieli Napalm Records. Z zapałem filatelisty kolekcjonują w swej stajni młode norweskie kapele uprawiające muzykę dla uproszczenia nazywaną gotyk metalem. Prawdę mówiąc nienawidzę gotyku, ale te norweskie zespoły mają chyba genetycznie zakodowane, że taką muzykę również da się zagrać z pazurem. Po genialnej Tristanii, nieco słabszym The Sins Of Thy Beloved przyszedł czas na Trail Of Tears. Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich zespołów, "Profundemonium" jest dla TOT drugim albumem, przy czym pierwszy ukazał się w barwach holenderskiej wytwórni DSFA. W zasadzie nic specjalnego o samej muzyce zawartej na tym krążku nie da się powiedzieć. Przypomina oczywiście Tristania, choć mniej jest klawiszy, sampli i nie jest aż tak agresywna jak "Beyond The Veil". Z drugiej jednak strony nie znajdujemy na "Profundemonium" aż tak wielu nawiązań do klasycznego gotyku. Chwilami podobnie jak Tristania chłopaki z TOT potrafią zdrowo przypierdolić włażąc nawet na terytoria zarezerwowane dla blackowych hord. Jednakże o sile tego materiału stanowią tak naprawdę wokale. Męski jest autorstwa Ronny Thorsena, znanego również ze Scariot oraz Blood Red Throne. Ten facet jest chyba najlepszym obecnie growlerem w Norwegii i udowadnia to na "Profundemonium" siejąc zniszczenie tym swoim niskim głosem. Żeński natomiast należy do Heleny Michaelsen (po nagraniu albumu ustąpiła ona miejsca Catherine Paulsen) i muszę obiektywnie przyznać, że bardzo mi przypadł do gustu. Śpiewa ona zupełnie inaczej niż Vibeke Stane z Tristanii. Na "Beyond The Veil" Vibeke została zepchnięta do roli chórzystki, a Helena na "Profundemonium" śpiewa wspaniałym głosem, nie stroniąc przy tym od popisów solowych, które nawet chwilami wpadają w pop. Takim przykładem jest "Released At Last" po wysłuchaniu którego Kasia Kowalska czy każda inna z naszych śpiewaczek popadła bym w kompleksy. Kurcze, podoba mi się "Profundemonium", choć twórcy jego nie dorównują muzycznie jeszcze Tristanii, to jednak wokale są wręcz rewelacyjne. Z niecierpliwością będę teraz oczekiwał na odpowiedź Tristanii.
Piąty to album w dyskografii Szwedów i wydaje się, że postanowili już zakończyć poszukiwania własnego stylu koncentrując się na ulepszaniu tego zapoczątkowanemu na "Discourged Ones", a rozwiniętym na "Tonight's Decision". Katatonia nadal gra to samo, tylko że o piekło lepiej niż na "Tonight's Decision". Różnica polega głównie na strukturze kawałków i klimacie jaki tym samym tworzą chłopaki. Na "Tonight's Decision" sprawiali wrażenie jakby ich ukochany piesek wpadł pod samochód i opłakiwali jego śmierć. Tymczasem na "LFDGD" Szwedzi choć ciągle emanują bólem i cierpieniem, to jednak da się wyczuć w ich kompozycjach wściekłość i żal do całego świata. Kompozycje są bardziej urozmaicone i melodyjne, a chwilami nieco agresywne. Zasadniczo po prostu nowy album nie nudzi tak jak dwa poprzednie. Głos Jonasa również stał się troszkę bardziej urozmaicony, raz ciepły, raz przepełniony bólem. Ciężko coś więcej napisać o "LFDGD", bo chyba każdy wie jak gra Katatonia, tyle że jak już powiedziałem czyni to obecnie lepiej.
Chyba nawet najwięksi optymiści zwątpili, że ten album kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Minęła bowiem już dekada od kiedy po podziemiu zaczęły krążyć rewelacyjne demówki Thorns. Snorre Ruch jest jednak wielkim leniuchem i nie śpieszył się zbytnio z zaprezentowaniem światu swego projektu. Samo nagrywanie "Thorns" trwało 2 lata! Oczywiście zwalanie wszystkiego na lenistwo Snorre byłoby nietaktem, gdyż jak wszyscy dobrze wiemy połowę zeszłej dekady spędził on za kratkami odsiadując wyrok za współudział w morderstwie Euronymousa. To już jednak historia i wreszcie udało się Snorre przy pomocy Hellhammera, Satyra oraz Aldrahna zrodzić debiutancki krążek. Warto było poczekać tę dekadę. "Thorns" pokazuje nam, że jednak black metal nie zginął i można go grać nadal jako coś potwornie brudnego, odhumanizowanego, zimnego i mrocznego. Taki jest właśnie ten album. Wspaniałe połączenie dawnego, rasowego norweskiego blacku i używanej w rozsądnej ilości elektroniki. Wprawdzie słuchacze, którzy już zdążyli się wcześniej zapoznać ze splitem Thorns Vs. Emperor oraz ostatnią płytą Satyricon nie będą w zasadzie zaskoczeni, to jednak jestem przekonany, że i ich tak jak mnie ogarnie zło wypalone w rowki kompaktu Thorns. Zło, które dziwnie kojarzy mi się z "Det Som Engang Var" i "Hvis Lyset Tar Oss" Burzum. Na "Thorns" również pojawiają się długie, ciągnące się klawiszowe intra czy outra, które wręcz przerażają swym mrokiem. Tak jak swego czasu Burzum. Jednakże główną siłę albumu stanowią przecudowne, cholernie zadziorne riffy gitar Snorre, które wbijają się głęboko w mózg i niszczą po kolei wszystkie szare komórki. Wtórują temu genialne gary Hellhammera i w taki oto sposób otrzymujemy świetny krążek, którego jedynym minusem są wokale Satyra. Sorry, ale utwory w których ten facet śpiewa zbyt kojarzą mi się z Satyricon. No właśnie, malkontenci pewnie zarzucą Thorns, że jest kopią Satyricon i "Rebel Extravaganza". Prawda jest natomiast taka, że to Satyr czerpie inspiracje z twórczości Snorre, a nie odwrotnie. I mógłbym w tym miejscu podać kilka niezaprzeczalnych dowodów. Tak czy inaczej Snorre skomponował kapitalny album, dzięki któremu ponownie poczułem ten znany mi sprzed lat norweski chłód. Z całego krążka pragnę polecić zwłaszcza "Shifting Channels", utwór który śmiało mógłby posłużyć za oprawę dźwiękową do Unreal 2. Hipnotyczne gitary, jakieś industrialne przepełnione zimnem dźwięki... Cudo, tak jak cały debiut Thorns.
Cholernie dziwny jest nowy album Marduk. W zasadzie zaprzecza on zarówno zapowiedziom samych muzyków, jak i trendowi. Wszak Szwedzi zapowiadali, że nagrają dzieło jeszcze szybsze i bardziej brutalne niż "Panzer Division Marduk". Tak się nie stało. Natomiast obecny trend mówi "zagrajmy jak najszybciej i brutalnie". Tak też nie uczynił Marduk. No więc co oni nagrali? Bardzo, ale to bardzo przeciętną lub może nijaką płytę. Osobiści po kilkudziesięciu przesłuchaniach skojarzyła mi się ona z Enslaved "Mardraum". Jest tak samo niezrozumiała, Marduk identycznie nagle zapałał miłością do długich (tytułowy ma ponad 8 minut), wolnych i co zaskakujące melodyjnych kawałków. Ot, taki "Bonds Of Unholy Matrimony" czy "Summers End" można spokojnie nucić sobie siedząc w wannie. Wprawdzie zdarzają się szybsze kawałki jak np. "Azreal" i "Death Sex Ejaculation", lecz tak naprawdę jedynym w starym stylu "Panzer Division Marduk" jest wieńczący płytę "Jesus Christ... Sodomized". Szkoda, bo jednak wolę właśnie ekstremalny Marduk, a nie taki bez wyrazu. Nie mówię że jest to zły album, ale to jest Marduk! Jeśli ekstermiści nagrywają taki krążek, to jest coś nie tak.