Wprowadzenie

Poniższy tekst, jest przemówieniem, które wygłosiłem na konkursie krasomówczym. Ze względu na gatunek literacki, nienajlepiej prezentuje się ono jako słowo pisane, ale już jako takie stało się źródłem ciekawej wymiany argumentów pomiędzy mną a przeciwnikiem moich poglądów w poniższym temacie. Mam nadzieję, że i w Tobie, Drogi Czytelniku, poruszy wyobraźnię i skłoni do jakichkolwiek refleksji, tak jak skłoniło do nich mnie w trakcie pisania.


Wpływ kultury i sztuki na rozwój cywilizacji dwudziestego wieku.

Dzień dobry. Wpływ kultury i sztuki na cywilizację dwudziestego wieku??? Jestem głęboko przekonany, że coś takiego nie istnieje. Dlaczego? Postaram się udowodnić, dlaczego tak myślę.

Artyści robią wszystko, aby tylko się o nich mówiło. Nie ważne czy dobrze, czy źle, ważne, że jest się w centrum uwagi. I tak – żeby stać się sławnym artystą, nie trzeba mieć wcale talentu. Wystarczy wystawić zwykły pisuar, płyty betonowe albo zbezcześcić jakiś symbol religijny (np. wsadzić krucyfiks do pojemnika z moczem).

Dla artystów najpiękniejsza jest wolność, brak barier zarówno w kwestii formy, jak i treści. Ale tam gdzie jest wolność absolutna, pojawia się anarchia, chaos i zepsucie. I tak samo stało się w sztuce. Dziełami są uznawane płótna, na które ktoś narzucał w przypadkowy sposób farbę, wszystkie obrazy są do siebie podobne i dochodzi do absurdów takich, jak ten w Niemczech, pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy to znany kolekcjoner i krytyk urządził wystawę obrazów odkrytej przez niego awangardowej malarki japońskiej Yamasaki. Po kilku dniach wszystkie prace były sprzedane, a prasa pełna była niezwykle przychylnych recenzji. Wówczas wspomniany wyżej krytyk przyznał, że autorką tych prac jest szympansica z pobliskiego cyrku, on dostarczył jej tylko pędzel i farby, a ona w ciągu trzech godzin stworzyła dwieście „wybitnych dzieł”.

Jackson Pollock – kultowy wręcz abstrakcjonista – tworzył w następujący sposób: kładł płótno na podłodze i wylewał na nie cienkim strumieniem farbę, a dzieło wykańczał nożem, używając np. piasku lub kawałków tłuczonego szkła. Pollock tłumaczył przy tym: „nie chcę ilustrować swoich uczuć, chcę je wyrażać”. Ale co można powiedzieć o uczuciach jakie wyraził artysta, patrząc na kawałek płótna zachlapanego farbą i ubabranego piaskiem? Niewiele. A może chodzi o ten żywy, destruktywny, akt twórczy, o możliwość „wyżycia się”? No cóż… To mi przypomina metodę polskich pseudo-kibiców ze stadionów piłkarskich. Oni też „wyrażają swoje uczucia”. Tylko dlaczego nikt nie nazywa tego sztuką?

Podobnie rzecz ma się w muzyce. Ktoś tam jeszcze wykonuje muzykę klasyczną, nieliczni nawet tego słuchają, ale tak naprawdę, to jesteśmy zalewani wszechobecnym popem. Wystarczy włączyć dowolny kanał muzyczny, a z pewnością zobaczymy jakiś girlsband, czyli kilka skąpo ubranych lalek Barbie, które tańcząc, śpiewają z playbacku piosenki, których poziom artystyczny niemal dorównuje naszemu rodzimemu disco-polo. Tak wiele młodych osób słucha tego zagranicznego chłamu. Można zrozumieć, że w Polsce, bo wykształcenie lingwistyczne polskiej młodzieży stoi na nie najwyższym poziomie, ale że w krajach anglojęzycznych, to już jest trochę dziwne. A propos disco-polo, to jest to muzyka, która cieszy się dużą popularnością w pewnym kraju nad Wisłą (szczególnie na wiejskich weselach, gdzie to można „po kielonku” nie myśląc za dużo, potańczyć do skocznej, łatwo wpadającej w ucho muzyczki, podśpiewując pod nosem tak złożony tekst, jak np.: „bara, bara, bara, riki, tiki, tak. Jeśli masz ochotę daj mi jakiś znak...”). I ta właśnie muzyka jest symbolem postępu kulturowego wieku dwudziestego w Polsce, tak jak pop z przedstawicielami typu Britney Spears, Spice Girls czy mistrz playbacku – Enrique Iglesias, są symbolami światowymi.

Najśmieszniejsze jest jednak to, że muzyka tzw. alternatywna nie jest żadną alternatywą. Bo co to za wybór pomiędzy wszechobecnym popem, a muzyką tzw. undergroundową, której to priorytetem jest stworzenie doskonałej kakofonii? Na szczęście są jeszcze artyści, którzy tworzą muzykę po to, aby coś w niej przekazać, a nie po to by tylko jak najlepiej zarobić lub ewentualnie zaszokować.

Również dziesiąta muza, czyli kino, nie uchroniła się przed tym regresem. Ba! Właściwie to ona ten stan zapoczątkowała. Jako pierwsza dziedzina sztuki była skierowana do tak dużej liczby odbiorców. A jeżeli ma się dużą publikę, to robi się wszystko, żeby coś na niej zarobić, więc tworzy się dla jak największej liczby osób. A wiadomo, że większość każdego społeczeństwa to ludzie niewymagający, więc tworzy się głupie filmy, typu mierne romansidła, gdzie kochają się zawsze ludzie piękni, a ci źli i brzydcy chcą stanąć ich szczęściu na przeszkodzie. Jednak zwycięża zawsze miłość i wszystko kończy się happy-endem, który sprawia, że pani praczka wychodzi z kina szczęśliwa i poleca ten film swojej znajomej – pani sprzedawczyni sklepowej, która go również z chęcią zobaczy, bo przecież: „Ach. Na świecie jest tak mało prawdziwej miłości”. Są też filmy dla prawdziwych mężczyzn – wszystkie te o, cytując Kazika Staszewskiego, „bandzie madafakersów z Los Angeles, z którymi walczy nieprzekupny gliniarz karateka”. Oczywiście, w takim filmie również nie może zabraknąć – obok popisowych scen walki, mnóstwa wybuchów i pościgów samochodowych – wątku miłosnego, pomiędzy niezwykle przystojnym i dojrzałym panem policjantem a młodą, piękną panią prokurator. Nieczęsto zdarza się zobaczyć jakiś film o dużej wartości artystycznej. Nawet nazwa „przemysł filmowy” mówi sama za siebie. Bo przecież coś tworzone przez przemysł – nieważne czy filmowy, czy np. komputerowy – ma za zadanie trafić do jak największej liczby klientów i jak najlepiej się sprzedać, a nie oszołomić artyzmem.

Co nam pozostało? Telewizja, czyli główny agitator kultury masowej, który zalewa nas – obok tych samych kiczowatych filmów co kino – całym mnóstwem swoich osobistych śmieci. Do tych należą południowoamerykańskie tasiemcowate seriale dla zubożonych emocjonalnie i intelektualnie telewidzów, czy seriale dla ludzi, dla których szczytem wysublimowanego humoru jest najsłynniejsze ostatnimi czasy „kurna Walduś, cycu jeden”. Mowa tu o tzw. sitcomach, w których to twórcy pokazują publice, z czego należy się śmiać. Jeszcze wspanialszym przykładem poziomu kulturalnego telewizji są amerykańskie show, te w stylu programu Jerry’ego Springera, których na razie nie udało się Polakom przenieść na nasze realia, ale co wkrótce – jak wierzę – uda się. Wspomniany wyżej program wygląda następująco: do programu zapraszani są ludzie, którzy np. zdradzają współmałżonków (temat każdego odcinka jest inny, ale najczęściej chodzi o jakieś rodzinne tajemnice). Przypuśćmy, że pewien mężczyzna, chce się przyznać żonie, że nie był jej wierny. Mówi jej prawdę na oczach połowy Stanów Zjednoczonych (bo jest to program o rekordowej oglądalności) i najczęściej przedstawia jej swoją kochankę lub – żeby było zabawniej – kochanka. Wtedy poniżona na oczach połowy rodaków, zirytowana małżonka rzuca się na męża lub jego nowy obiekt uczuć i zaczyna się walka, którą – choć dopiero po rozlewie pierwszej krwi – przerywają ochroniarze. Ta bijatyka jest częścią programu, która sprawia, iż jest on tak popularny. Publiczność staje wtedy z miejsc, bije brawo i skanduje imię prowadzącego. Najdobitniej skomentował takie zachowanie w jednej ze swoich piosenek, cytowany już przeze mnie Kazik Staszewski. Śpiewał on: „tłum najbardziej lubi tę rozrywkę, gdy szcza się na zwłoki, gryząc grdykę”.

I taki jest, niestety, obraz kultury i sztuki dwudziestowiecznej. Chociaż jest nadzieja! Bo coraz więcej ludzi czuje przesyt i buntuje się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Disco-polo nie fascynuje już tylu ludzi, programy typu „Idź na całość” mają już mniejszą oglądalność niż np. rok temu. Coraz więcej można zauważyć twórców, którzy porzucając komercję, próbują robić coś wartościowego. Ale z drugiej strony, nadzieję tę przyćmiewa fakt, że z każdym dniem mniej ludzi sięga po książki, jedyną chyba ostoję prawdziwej sztuki. W tym szybkim tempie w jakim żyją ludzie współcześni, łatwiejsze od czytania jest bezmózgie absorbowanie telewizyjnej papki. Dziękuję.

Phnom Penh