Czy zdarzyło wam się kiedykolwiek obśmiać porządnie już po połowie pierwszej kartki jakiejś książki? Mi też nie, póki nie sięgnąłem po wspaniałą powieść Jarosława Haszka, "Przygody dobrego wojaka Szwejka (podczas pierwszej wojny)". Cóż, historie o idiotach czyta się z reguły łatwo i przyjemnie, a nadto mają one tę zaletę, że znakomicie odprężają człowieka i dają odpocząć po, dajmy na to, ciężkich lekturach szkolnych. Nieustannie ryczy wręcz przy nich ze śmiechu; niech za przykład posłuży tutaj chociażby "Forrest Gump"...

Haszek, jak wiadomo, pochodził z Czech (ale jego babeczka wcale nie była z Chrzanowa). Żył niestety bardzo krótko, bo tylko czterdzieści lat (1883-1923) i znany jest głównie jako autor "Szwejka" właśnie. Jest to powieść dosyć potężna, zawierająca się w czterech tomach, około 650 stronach i - co stwierdzam z ubolewaniem - niedokończona. Haszek pod koniec życia był już bardzo schorowany i spieszył się, aby "Szwejka" dokończyć, jednak śmierć pokrzyżowała mu plany. A trzeba nadmienić, że powstała powieść to nawet nie połowa tego, co pisarz sobie zamierzył.

Kim jest Szwejk? Wydaje się być poczciwym, dobrodusznym i prostolinijnym człowiekiem, którego niedobry los rzucił w wir pierwszej wojny światowej. Wcześniej poznał już mozoły wojskowego życia, ponieważ zdarzyło mu się służyć w wojsku, dopóki nie uznano go urzędowo za idiotę i nie zwolniono. Zastajemy go w Pradze, zajmującego się przesiadywaniem w szynkach (coś jak dzisiejsze puby;), handlem kundlami, które to psy sprzedaje jako w pełni rasowe, fałszując rodowody. Kiedy od swojej gospodyni, pani Mullerowej, dowiaduje się, że oto zabito pewnego Ferdynanda, z pełną ochotą, można nawet powiedzieć - determinacją (na wózku inwalidzkim, cierpiąc bóle reumatyczne), wstępuje nasz dobry wojak w okowy armii.

Jako się rzekło, Szwejk został uznany za idiotę i istotnie - tak się zachowuje. Jednak jest to idiota z gatunku tych, co niejednokrotnie postępują sprytniej, niż najprzebieglejsi bohaterowie amerykańskich filmów. Dowodzi tego np. fakt zjedzenia przez przypartego do muru Szwejka listu swojego pana, porucznika Lukasza, do jego kochanki, żeby uchronić tegoż od ambarasu. Inna rzecz, że później wpędza go w daleko większe kłopoty.

Jednak czy Szwejk rzeczywiście jest głupi? Odpowiedź brzmi: nie. Owszem, w całej powieści znalazłoby się multum ludzi - może nie głupich, ale "lekko świrniętych": jest kucharz-okultysta, wiecznie głodny olbrzym Baloun, generał z podagrą, chętnie opowiadający o swoim palcu u nogi wydzielającym maź podobną do skisłego rosołu wołowego, jest... Nie będę wam zdradzał już więcej szczegółów. To zaś, co prezentuje swoim zachowaniem Szwejk, to tylko maska. Pod tym tkliwym, niby kretyńskim spojrzeniem, kryje się spryt i inteligencja. Bo tak naprawdę Szwejk stał się symbolem buntu przeciwko systemowi, protestu przeciwko bezsensowi wojny i świata w ogóle. Jego nadgorliwe, doprowadzone do absurdu wykonywanie rozkazów ma w założeniu uprzykrzyć innym (wyższym rangą) życie. Przebrawszy się "dla zabawy" w rosyjski mundur (dla niekumatych z historii: w owym czasie wróg Austro-Węgier, czyli "ojczyzny" Szwejka), dostaje się do transportu jeńców rosyjskich. Kiedy wreszcie, po wielkich przeprawach, nieomal przypadkiem, okazuje się, że jednak Szwejk nie jest rosyjskim szpiegiem - o co go posądzano - a ordynansem kompanii, to zapytany dlaczego od razu wszystkiego nie wyjaśnił, odpowiada: "Bo mnie o to nie pytano." I ma rację, pytano tylko, czy dobrowolnie założył ten mundur.

"Szwejk" nie jest ksiażką o wojnie jako takiej. Haszek stworzył powieść drogi. Bohater praktycznie nie zatrzymuje się w miejscu, niestrudzenie prze ze swoim 91. batalionem na wojaczkę. Mając za zadanie dostać się do swojego batalionu, Szwejk zmierza w przeciwną stronę, przez co oczywiście wplątuje się w kłopoty (żeby to jeden raz). Większą część czasu spędza w pociągu, jadąc nie wiadomo gdzie (ponieważ w sztabie panuje, za przeproszeniem, burdel). Podczas całej powieści nie usłyszymy ani jednego wystrzału, nie będziemy towarzyszyć Szwejkowi w żadnej bitwie. Wojna jest, toczy się, ale gdzieś w tle, a my mamy co najwyżej możność obserwowania jej rezultatów, takich jak leje po wybuchach, czy pociągi Czerwonego Krzyża strącone z nasypu - które to widoki towarzysze Szwejka, bądź sam Szwejk uzupełniają idiotycznymi uwagami. Pod względem wulgarności książka jest - rzekłbym - nierówna. Właściwie nie usłyszymy tam przekleństw, ale kilka razy natrafiłem na jakąś ordynarną brutalnością nasączone zdania, które kontrastują z całością. Nie wiem, może to subiektywne odczucie.

Znakiem charakterystycznym tej powieści są historyjki. Krótkie, czasem pozbawione morału, czasem nie, opowiastki, którymi Szwejk bezustannie sypie jak z rękawa, czym doprowadza do szału swoich przełożonych. Książka zawiera ich całe mnóstwo, z reguły są to anegdotki szalenie śmieszne, momentami absurdalne. Na każdą okazję nasz bohater ma ich przygotowaną pokaźną liczbę. Niektórzy za to go lubią, niektórzy nie cierpią (jak porucznik Lukasz, którego jednak stosunek do Szwejka oscyluje wokół czegoś na kształt łagodnego przekomarzania się).

Józef Szwejk ma w sobie coś z Haszka. Pisarz, podobnie jak jego postać, był duszą towarzystwa, podobnie jak on lubił opowiadać historyjki i upijać się w szynkach. I był sympatyczny.

Myślę, że całą flegmatyczną osobowość Szwejka ilustruje jego odpowiedź na nieco bezpośrednie i nie do końca taktowne pytanie porucznika Lukasza, które ten zadał pewnego razu, kiedy Szwejk coś zbroił:

- Czy można być takim bałwanem?
- Posłusznie melduję, panie obrelejtnant, że można.

--
Smęcił
El V. aka Ijon Tichy amksiazki@go2.pl
(np. Therion "Opus Eclipse")