UROKI KOMISJI WOJSKOWYCH Pod koniec lutego tego roku przyszedł do mnie miły kwitek z Urzędu Miasta. Domyślałem się co to jest, moje przypuszczenia potwierdziły się po otwarciu przesyłki. "Na podstawie art.27 ust.2 oraz..... wzywam pana do osobistego stawienia się do poboru".Aha, pomyślałem, znowu zaczyna się kolejna odsłona tragikomedii pt. "Komisje wojskowe", jak co roku niektórzy będą cykać, inni nabiorą zdolności aktorskich, potę- żni faceci zmienią się w schorowanych cherlaków. Nasłuchałem się dużo opowiastek "życzliwych" starszych kolegów o samej komisji, jak i o wojsku, ale mimo wszystko jakoś się nie boję, a co tam, tyle ludzi to przeżyło, to ja mam spękać? Zresztą przez cztery lata miałem WF z wyma- gającym jak licho nauczycielem, wojsko mi niestraszne. Ponadto teraz planuję studia, więc jeszcze mnie tak prędko w kamaszach nie zobaczą. Oczywiście, nie podoba mi się, że jakiś urzędas wyciąga po mnie łapska i próbuje mi mówić, co mam robić, ale to siła wyższa. Mógłbym symulo- wać, zasłaniać się papierkami, mam jakąś alergię, coś by się tam jeszcze wywlekło, ale straciłbym więcej nerwów na bieganie po lekarzach niż na samo wojsko. Tragifarsa zaczęła się jeszcze przed moim pojawieniem się na komisji. W szkole okazało się, że jeden facet, który był przede mną, ma astmę. Biedaczysko! Zawsze ćwiczył na WF-ie, nigdy nie nosił żadnego aparatu, nie miał problemów z oddychaniem, pewnie gdzieś niedawno zachorował. Współczuję, tym bardziej że wiem co to znaczy, bo mój bliski kumpel ma to od czterech lat naszej znajomości. Tak więc, z mieszanymi uczuciami, dnia tego i tego o godzinie tej i tej, stawiłem się na umówionym miejscu. Przyszło coś ze dwudziestu gości, nie wiem, po co nas ściągali na siódmą trzydzieści, skoro pier- wszy koleś poszedł do rejestracj o ósmej piętnaście. Był jeden kumpel z mojej klasy, jeden z sąsiedniego bloku i kuzyn jeszcze innego mojego kolegi. Przez godzinę czekałem na swoją kolej, czytałem gazety które ktoś nam łaskawie raczył wyłożyć, m.in. "Tempo" sprzed tygodnia, czy "Dziennik Polski" sprzed dwu. Ludziom szybko zaczęło się nudzić, a że w poczekalni nie wolno było palić, wychodzili za drzwi i ćmili na progu. Skutek był ten sam, jakby robili to wewnątrz. Papierosów niena- widzę, a tam w życiu się tyle nie napaliłem (biernie) co wtedy. Z bólem głowy doczekałem swojej kolejki do rejestacji i zostałem poproszony do pokoju, gdzie zapytano mnie o personalia, szkołę, do której uczęszczam i hobby (po co im to hobby, powiedziałem "historia", pewnie zgodnie z tym pójdę do pancerniaków, bo oni mają historyczny sprzęt). Ale z dru- giej strony, jak się ma 1.88 wzrostu, to do czołgu raczej nie biorą. Kilku kolesi zapomniało to dowodu, to zdjęcia, jeden już tam zgrywał wariata. Po pewnym czasie wróciłem na miejsce. Było przed dziewiątą, a o dziewiątej mieli przyjść lekarze. No to znów wziąłem się za czytanie, pogwarzyłem z kumplami, dziewiąta minęła, pięć, dziesięć, kwadrans - nic. Wpadło za to jakichś dwóch dziwnych gości, rozdali nam karteczki, na któ- rych dumny napis głosił "Rocznik 82 nie idzie do wojska! Stop dla poboru!" Po kilku sloganach typu "Nie bądź niewolnikiem" , "Nie daj sobą pomiatać" opisane było bardzo szczegółowo jak załatwić sobie służbę zastępczą, co robić, gdzie iść i jak nie dać się podejść tym draniom z WKU, którzy będą chcieli ci to utrudnić, a to zadadzą podchwytliwe pytanko, a to gdzieś się zgubi podanie itp. Tyle latania, że tylko całkowity desperat będzie próbował się tą drogą wymigać. Zresztą mnie się to całkowicie nie kalkuluje, służba zastępcza trwa 21 miesięcy, a ja pójdę do woja na sześć ( a jak dobrze pójdzie to i na trzy). Lekarze przyszli o godzinie dziewiątej czterdzieści pięć, jakiś gość zanucił półgębkiem, ale dostatecznie głośno "Na dobre i na złe" i zrobiło się wesoło. Zaczęli brać, na mnie przyszła kolej o jedenastej. Na początek kazali się rozebrać do slipek, więc dumnie, jak model na wy- biegu zaprezentowałem moje bokserki z króliczkiem w muszce. Miły pan w białym kitlu kazał mi wejść na wagę, zważył, zmierzył, coś tam zapisał, następnie inny pan poprosił mnie do stołu. Spytał, czy mam jakieś dolegliwości, odpowiedziałem, że jakąś alergię, ale nigdy się na to nie leczyłem. Lekarz zauważył krostki na ramionach i stwierdził, że to objaw alergii. Potem dostałem przed oczy obrazek złożony z kilkuset kolorowych plamek, z których wyłaniała się liczba. Osoby z prawidłowym wzrokiem widziały inną, daltoniści - inną. Wiedziałem, że na jednym z nich dalto- niści widzą 21, ale nie zdołałbym oszukać przy drugiej liczbie, więc stwierdziłem zgodnie z prawdą - 74 i 15. Później poszedłem za parawanik, a potem można było już się ubrać. Razem ze mną wszedł mój kolega, który miał potężny plik papierów zaświadczających, że jest alergikiem, ciężko uczulonym na marchew, groch i inne warzywa (zresztą zgodnie z prawdą). Wróciliśmy na swoje miejsca w poczekalni. Rozpoczęło się wypisywanie orzeczeń (na maszynie) co potrwało do dwunastej. Dostałem kategorię A (jak się spodziewałem), a jedyną dolegliwością okazała się być pyłkowica. A nigdy nie leczyłem się u specjalisty, wystarczyło, że tam mnie oglądnę- li. Mój kolega uczulony na warzywa również dostał A, i wykryto u niego tylko....pyłkowicę. A miał całą biblioteką papierów. Trochę się wkurzył, to fakt. Ten gościu, o którym wcześniej napisałem, że udawał wariata, dostał skierowanie do psychiatry (który był w tym samym budynku). Następnie każdy z nas szedł zamienić kilka słów z majorem, mówiło mu się, co chce się robić po średniej szkole, a on instruował, gdzie zanieść kwi- tek z uczelni, aby uzyskać odroczenie. Kiedy pan major wszystkich załat- wił, była pierwsza po południu. Pozostało tylko czekać na wydanie książeczki wojskowej i iść do domu. Z początku dali kilka i mój kolega od marchewek mógł już pójść. Później coś się stało, myślałem, że jakaś przerwa, więc wszyscy znów czekali. Kilku facetów poszło na papieroska i chyba na coś jeszcze, bo jak wrócili, dziwnie się zachowywali - byli weseli, podarli gazety i zasłali podłogę drobnymi paskami papieru, jeden z nich co chwila udzierał mały kawałek strony i rzucał go za siebie. Co ta nuda może zrobić z człowiekiem:) W końcu straciłem cierpliwość (było już wpół do trzeciej) i poszedłem zapytać, czy już zawiesili ten strajk. Poskutkowało, gdyż zaczęli wydawać książeczki. Dostałem i ja, i wreszcie mogłem iść do domu. Przez sześć godzin zaliczyłem : rejestrację, komisję lekarską, wydanie zaświadczenia, majora i w końcu wydanie książeczki, zobaczyłem astmatyka, kilku alergi- ków, wariata i paru ufuranych gości. Na tym skończył się pierwszy akt dramatu pt. "Wojsko". Gdy wróciłem do domu, mama powiedziała:"O Boże, co tak długo, myślałam, że już cię wzięli!" Niezła komedia, ale ja się w wojsku jeszcze z pięć lat nie pokażę. Owszem, gdyby wcześniej ktoś nas zaatakował, to oczywiście pójdę, ale gdybyśmy to my mieli kogoś atako- wać i chcieliby mnie wysłać na front, to wtedy w życiu! Prędzej Marilyn Manson wystąpi w duecie z Arką Noego, niż ja dam zaciągąć się w kamasze. Czołem! Poborowy Donald (np:"Przyjedź mamo na przysięgę", "My, pierwsza brygada", "Do kawaleeeeeeeeeeerii wstąpić chciałem":))))