Ostatnio w AMagu namnożyło się textów traktujących o Eutanazji. Pod wpływem tych wszystkich, najczęściej bardzo różniących się od siebie, rozważań, zastanowiłem się, czy sam wydałbym na siebie wyrok śmierci w jakichś okolicznościach. Efekty widoczne poniżej. :)

Tak więc zacznijmy od rzeczy najczęściej dyskutowanej - czy eutanazja powinna być zalegalizowana? Moim zdaniem tak. To w końcu demokracja i każdy ma wolny wybór. Nie każdy musi uznawać chrześcijańskie wartości, nawet w Polsce. Prawdziwy chrześcijanin nigdy nie zgodzi się na eutanazję, a jeśli zrobią to inni... po co ich krępować na siłę? Eutanazja powinna być decyzją TYLKO i wyłączne samego zainteresowanego. Że jest niespełna rozumu, ze nie potrafi logiczne myśleć? To dałoby się w jakiś sposób rozwiązać. Może np. każdy człowiek w średnim wieku mógłby złożyć deklarację na piśmie w stylu np. tej do oddawania swego ciała do eksperymentów medycznych? Oczywiście nie może być mowy o jakichkolwiek trudnościach w COFNIĘCIU takiej deklaracji.

Z drugiej jednak strony... ten pomysł nie rozwiązuje problemu. Jak człowiek składający ww deklarację może scharakteryzować okoliczności, w których można wykonać zabieg? Moim więc zdaniem ciągle najlepszym sposobem jest decydowanie 'na żywo' podczas choroby, przy kilku POSTRONNYCH świadkach. Czy jednak człowiek może odpowiadać za czyny popełnione w stanie całkowitej depresji, załamania psychicznego i fyzycznego spowodowanego nieznośnym bólem/myślą o niechybnej, nadchodzącej wielkimi krokami śmierci? Cóż... nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Tak więc - na razie morału jeszcze nie ma ;)

Tak. Teraz przejdźmy do konkretniejszych spraw. Sam nigdy nie zgodziłbym się na eutanazję. Powiedzmy, że jutro usłyszę "masz pół roku życia". Za pół roku pa pa i nieubłagalny koniec. Ale czy ja mam ochotę ten koniec przybliżać? Te ostatnie pół roku życia będzie niepowtarzalne... W niesprecyzowanym tego słowa znaczeniu. Jak bowiem nazwać to uczucie paniki, rozpaczliwego wołania za uciekającym życiem, dramatu przeplatającego się z chwilami radości, że jednak jest ktoś przy mnie i czuje to co ja? JAK można się zabić, unikając tego wszystkiego? Śmiem nawet twierdzić, że to utrata HONORU, który powinien być dla każdego człowieka czymś niezmiernie ważnym. Każdy kiedyś umrze - wcześniej, czy później. Mógłbym więc równie dobrze teraz przynieść nóż z kuchni i wykonać za jego pomocą kilka wiadomych czynności. Ale ja chcę w życiu CZEGOŚ dokonać. Obojętnie czy umrę za pół roku wiedząc o tym już teraz, czy za chwilę wychodząc na ulicę i nie zdając sobie sprawy ze śmierci zaczajonej pod podwoziem nadjeżdżającego samochodu...

Następna sprawa. Ból? Rzeczywiście, nigdy chyba tak naprawdę nie przeżyłem prawdziwego, przeszywającego bólu. Ale z drugiej strony znam to za uczucie, gdy na skutek niewinnego ruszenia palcem czuję nieznośny ból w karku. Każdy chyba doswiadczył 'przewiania' po tym, jak nierozważnie wybiegł z domu podczas huraganowej [;)] pogody? Tak więc, czy można sobie wyobrazić, gdy po najmniejszym ruchu jakiejkolwiek części ciała boli Cię WSZYSTKO - z podobną siłą? Wątpię, dopóki się tego nie zazna, aczkolwiek może niektórzy potrafią. Ale... gdy się tego zazna, samemu się nie wie, czego się chce. Czyli, reasumując - trafiliśmy w slepy zaułek. Człowiek doznający takiego bólu nie jest w stanie myśleć normalnie (= niepełnosprawny (w pewnym sensie oczywiście) psychicznie), a przed chorobą może sam nie być pewien, co powinien w takiej chwili zrobić...

Ale tu namieszałem. :) W każdym razie są to tylko moje przemyślenia na temat eutanazji, nie jakieś jasno sprecyzowane 'tak' lub 'nie'. Jedno tylko jest pewne - zbyt pragnę życia, by wydawać wyrok smierci. I Wam życzę takiego samego poglądu na ten temat. Dajcie sobie szansę na zrobienie czegoś niepowtarzalnego przez te ostatnie pół roku (ojej, to ja już umieram? ;).

Wooward
wooward@poczta.onet.pl