„Big Brother” – tego mi było trzeba…
Dla wszystkich myślących, że będzie to pean na temat Wielkiego Brata, musze dokończyć to zdanie: „tego mi było trzeba, aby zrozumieć do końca Polaków. Ich kompleksy, potrzebę podglądania i ekshibicjonizm.” Żeby było jasne już na początku: „Big Brothera” czy innych „Dwóch światów” nie lubię, aczkolwiek rozumiem, dlaczego ludzie oglądają te programy. Mam nadzieję, że w poniższym tekście nie przytoczę zbyt wielu argumentów, które podał już Ijon Tichy, bo podobno też miał coś skrobnąć. A przy okazji – pozdrowienia dla księżnej El Virki.
Studentka piątego roku SGH w Warszawie pisze: „
(…) Można przewidzieć, kto i w jakiej kolejności zostanie
wykluczony, większość scen wydaje się zaplanowana, ale nie
przez scenarzystów, lecz psychologów (…) Moim zdaniem,
program „Big Brother” jest częściowo kpiną ze słabych
osobowości i dowartościowaniem w miarę silnych (…)”
(*) Są na tym świecie dresy, dla których dowartościowaniem może
być wyjście na ulice i kpina ze słabszych za pomocą kija
baseballowego lub piąchy. Ale ja nie akceptuję podnoszenia własnej
wartości poprzez poniżanie innych. Przyjemnie zapewne jest myśleć
„Nie jestem taki zły… On zabił dziewięć osób, a ja tylko
dwie zgwałciłem”, ale jak bardzo błędne jest takie
rozumowanie, pisać chyba nie muszę. Nie powinniśmy oglądać
się na ludzi „gorszych” i cieszyć się, że sami tacy nie
jesteśmy, lecz spoglądać z podziwem na tych „lepszych” i
próbować im dorównać, zastanawiać się, ile nam do nich
brakuje.
W tej samej gazecie pojawia się tekst pana Marka
Zieleniewskiego, który to przekonuje słowami psychologa, pana
Jacka Santorskiego, że „jeśli nakierujemy [spektakle
typu reality show] w odpowiednią stronę, może to być
wielka narodowa lekcja. Na temat nas samych” (*). Ja
natomiast uważam, że z filmów porno też można uczynić „wielką
narodową lekcję”. Wystarczy wyciąć sceny miłosne,
rozbudować fabułę i wpleść Platońskie rozważania (czyt.
„nakierować w odpowiednią stronę”). Nic wielkiego. Ja
nawet uważam, że z filmu o hodowaniu drobiu można uczynić
dzieło kinematografii o tematyce narodowowyzwoleńczej (i nie
chodzi mi tu o „CHICKEN RUN” ;)). Abstrahując już od faktu,
że wielu jest psychologów twierdzących, że „BB” wypacza
ludzką psychikę. Ale co z tego?! Jeżeli jeden „dr prof. hab.”
powie coś przyjemnego dla tłumu, to mówi się wtedy, że „powszechnie
jest wiadomo…” lub „psychologowie uważają…”, nawet jeśli
nie ma to twierdzenie z rzeczywistością nic wspólnego.
Pan Zieleniewski pisze też: „To przecież tylko show,
swego rodzaju teatr (…), który w niewielkim stopniu zastępuje
na przykład podglądanie sąsiadki przed snem w jej sypialni w
bloku naprzeciwko” (*). Może dla niektórych ludzi
istnieje alternatywa: albo „BB”, albo sąsiadka z
naprzeciwka. Może i są tacy, którzy bez podglądania żyć nie
potrafią. Im polecam „Wielkiego Brata”. Ale dla tych, dla których
ich prywatne życie jest na tyle ciekawe, że nie muszą się
posiłkować cudzym, reality show są niepotrzebne. Bo wbrew
temu, co pisze pan redaktor, program ten nie ma wiele wspólnego
z teatrem; no może oprócz tego, że ci wszyscy uczestnicy „grają”,
próbując pokazać się z jak najlepszej strony. Dla mnie jest
to ekshibicjonizm i sprzedajność w wykonaniu ludzi występujących
tam, a nadmierna ciekawość ludzka i brak pewnych zasad
moralnych w przypadku telewidzów. U tych ostatnich można też
zaobserwować potrzebę plotkowania o personach powszechnie
znanych. Myślałem, że jest to domeną głównie pań w kwiecie
wieku, ale ostatnio usłyszałem rozmowę na temat osób występujących
w „BB” przeprowadzaną przez … dziesięcioletnie dzieci na
huśtawkach. Może to i lepiej rozmawiać o tym, niż o
operacjach plastycznych Brytnej Sprytnej lub o tym, że rodzice
Tosi z naprzeciwka się rozwodzą…
Proponuję – za Dziennikiem Telewizyjnym Jacka Fedorowicza –
zmianę nazwy naszego ukochanego programu na „Big Brothel”,
czyli „Wielki Burdel”. Uważam, że taka nazwa pełniej
oddaje naturę tego „dzieła”. Są ludzie, którzy oglądają
to tylko dla dużego biustu pani Alicji, pełni nadziei, że choć
na chwilę mignie im on, podczas kąpieli. Ludzie!!! Kupcie sobie
„świerszczyka” lub włączcie TV po północy, a zobaczycie
o wiele więcej. Lecz nie mówcie mi, że chcecie dzięki „BB”
poznać ludzką psychikę lub zgłębić wiedzę o samym sobie!!!
To tak samo, jakbym oglądał filmy pornograficzne i twierdził,
że robię to dla nauczenia się anatomii lub dla ciekawych
dialogów! (nie wiem czemu się tych filmów tak uczepiłem.
Chyba ze względu na podobieństwo gatunkowe ;))
Być może dlatego nie lubię reality shows, ponieważ sam nie
zgodziłbym się w czymś takim występować. Nie mówię tu
tylko o pewnym zażenowaniu płynącym z pokazywania siebie całej
Polsce. Nie chodzi mi też o to, że tęskniłbym za ludźmi mi
bliskimi przez ten okres, bodajże, trzech miesięcy (jeśli nie
odpadłbym wcześniej). Pomijam też fakt obrzydzenia, jaki czułbym
do siebie, wiedząc, że sprzedałem siebie, swoją prywatność,
intymność i czas. Najbardziej chodzi mi o to, że jestem człowiekiem,
który bez sporadycznej samotności, bez spokoju, którego nie da
się osiągnąć w domu pełnym ludzi, kamer i mikrofonów,
strzeliłby sobie w łeb.
Dziwią mnie twierdzenia jakoby reality shows miały „przeobrazić
świat mediów” , że „nic nie będzie tak, jak wcześniej”
oraz, że „zaczyna się nowa era” (*). Nie sądzę,
aby ludzka kultura i przyzwoitość spadły tak nisko, aby tego
typu programy na stałe zmieniły telewizję. Wydaje mi się, że
po pierwszym okresie zafascynowania, wszystko się uspokoi i wróci
do porządku. A przynajmniej mam nadzieję.
Syn Nadziei:
Phnom Penh
* Cytaty z 13 numeru tygodnika „Wprost”