Przed chwilą postanowiłem zasiąść za klawiaturą i stuknąć
kilka zdań na pewien temat. Jest trzynasty lutego, dwie godziny
do Walentynek, więc cóż innego, niż miłość może być
tematem tej pisaniny? Ale nie będę rozpisywał się jakaż to
miłość jest wspaniała i dlaczego nie można bez niej żyć,
bo każdy, kto choć raz był zakochany wie jak jest, a kto nie
był (szczerze współczuję), niech sięgnie na półkę i wyciągnie
pięć losowo wybranych książek. Przynajmniej dwie będą
traktowały o tym najstarszym problemie z jakim boryka się
ludzkość. Ja jednak chcę napisać trochę o drugiej stronie
medalu; o tej, o której mówi się nieczęsto.
Dziś chodziłem po sklepach w moim mieście i obserwowałem
ludzi, którzy czynili ostatnie przygotowania przed dniem
jutrzejszym. Każdy sklep był przystrojony na czerwono, pełen
serc wykonanych z przeróżnych materiałów, a sprzedawcy próbowali
wcisnąć spóźnialskim souveniry, typu świece w kształcie
fallusów (sic!), bądź „poduszek bezpieczeństwa”, czyli
nadmuchiwanych serc z poprzyczepianymi doń prezerwatywami. Ciężko
było znaleźć coś naprawdę ciekawego. Tak samo jak wśród
kartek pocztowych, których schemat wygląda następująco: dużo
koloru czerwonego, serce, napis „KOCHAM CIĘ” lub „WALENTYNKI”,
plus element dodatkowy, czyli np. jakieś zwierze, kwiaty lub
macająca się para „zakochanych”. Nie wiem jak was, ale mnie
wkurza komercjalizacja Walentynek. Dla mnie takiego święta mogłoby
nie być. Przecież ludzie, którzy naprawdę się kochają,
okazują to sobie w taki sposób, że ten dzień nie jest im
potrzebny. I niech nikt mi nie mówi, że dla wielu osób jest to
czas, w którym mogą wyznać swe uczucia komuś, kogo od dawna
darzyli afektem. Bo niby dlaczego nie można tego zrobić kiedy
indziej? A komu potrzebny jest 14 lutego? Producentom zabawek,
kartek pocztowych i innych „pierdółek”, sklepikarzom,
kwiaciarzom i naszej ukochanej Poczcie Polskiej. Porażka.
Ostatnio stojąc na przystanku, zauważyłem napis na pobliskim
kiosku: „Kocham Łysego”. Niby nic nadzwyczajnego, takie
napisy widuje się przecież na każdym kroku. I właśnie to, że
jest to takie popularne, sprawiło, że zacząłem się
zastanawiać. Tak często przecież młodzi ludzie – znając
kogoś zaledwie kilka dni albo nawet znając tylko z widzenia,
przelotnie – mówią, tudzież piszą te najważniejsze słowa.
Przecież to jest jakaś paranoja! Są ludzie, którzy „zakochują
się” po kilka razy w miesiącu lub „kochają” kilka osób
naraz. Czy to jest normalne? Znałem jedną dziewczynę, która
miała „wakacyjną przygodę”. Oczywiście nie obyło się
bez seksu. Nie chcę tu jej oceniać, bo przecież ma ona swoje własne
sumienie; nie mam jej za złe tego co zrobiła, bo to w końcu
jej życie, ale najbardziej mnie zdziwiło to, że kiedy pieprzyła
się (nie mógłbym napisać „kochała się”, bo nie oddają
te słowa stanu rzeczy) z tym swoim facetem, to wyznała mu miłość.
Kilka dni później wyjechała stamtąd i pewnie się już nigdy
nie zobaczą. Pewnie chciała się usprawiedliwić przed nim i
przed sobą, żeby nie wyjść na puszczalską, ale wszyscy wokoło
doskonale wiedzieli, że on myślał penisem, a ona łechtaczką,
a serce nie miało w tym najmniejszego udziału. Pod tym względem
lepsze są te wszystkie „imprezowe” dziewczyny. Wiedzą,
czego chcą i przynajmniej nie kłamią, że chodzi o coś
innego.
Nie rozpisałem się za bardzo, ale przynajmniej wyżyłem się
trochę. Taki mnie dopadł „fin de siecle’owski” nastrój,
że musiałem trochę postukać (jak nie w klawiaturę, to głową
w ścianę). Ktoś (hi Cypis!) ostatnio mi zarzucił, że piszę
o banałach. Miał rację. Ale takie to już życie jest –
banalne. Tyle tylko, że miłość jest najpiękniejszym banałem
świata.
Phnom Penh