A PRZECIEŻ TO TYLKO SEN Malutki punkt, który ujrzałem i za którym postanowiłem podążyć, bezlitośnie zwiększał dystans między nami. Już tak naprawdę nie wiedziałem czy uda mi się go doścignąć. I tak prędkość, z którą sie przemieszczałem, przerastała mnie niesamowicie, a ja mimo wszystko, z wielką determinacją prubowałem jeszcze przyśpieszyć. Przemieszczałem się z prędkością światła później dźwięku, a i tak to było za mało. I nagle coś mnie tknęło. Po co ja to wogole robię? Przecież nawet nie wiem co to za punkt ani też gdzie mnie on może doprowadzić. Zmniejszyłem prędkość. Ku memu zdziwieniu punkt również zaczął zwalniać. Zatrzymałem się. Punkt zrobił to samo. W mój umysł powoli zaczął wdzierać sie niepokój. Zrobiłem krok do tyłu -i nic, następny krok - znowu nic, punkt jak stał tak stał. Doszedłem do wniosku, że to musiało być tylko złudzenie, lecz nagle punkt zaczął poruszać się w moją stronę. Teraz nie wiedzieć czemu nastąpiła we mnie dziwna przemiana. Jeszcze przed chwilą za wszelką cenę chciałem ten punkt osiągnąć, a teraz wielki strach zmusił moje ciało do odwrotu. Zacząłem uciekać. Niewiedome "postanowiło" sobie na mnie zapolować. Role diametralnie sie odwróciły. To ja w tej chwili byłem w roli gonionego i wcale mi się to nie podobało. Mimo ogromnego wysiłku jaki włożyłem w domniemany bieg o życie, zacząłem odczuwać gorący, ciężki oddech na swoich plecach. I znów niespodzianka. W jednej chwili bowiem, nogi przyrosły mi do podłoża, a prędkość z jaką biegłem niemalże przygniotła mnie do ziemi. Teraz strach wbił sie w moje zwoje mózgowe z ogromną siłą i nie miał zamiaru od nich się odczepić. Stałem jak posąg czując za sobą czyjąś obecność. Nie widząc szansy do dalszej ucieczki, ani też innego sposobu ocalenia, postanowiłem chociaż spojrzeć przeznaczeniu w oczy. Odwróciłem się. To co ujrzałem "zabiło" mi wielgachnego ćwieka. Przede mną widniała moja własna sylwetka. Co jest do jasnej cholery?! Przez cały czas goniłem i uciekałem przed sobą?? Obudziłem się. Jeszcze przez chwilę strach na przemian z wielkim zdziwieniem targał moją duszą. Wciąż miałem przed oczami swoją twarz z koszmarnego snu, ale powoli zaczynała ona nabierać dla mnie nowego kształtu. Wymiar chorego skąd innąt snu przeistaczał się w jasny, czytelny obraz, którego sens miałem za chwilę odkryć. Jeszcze przez chwilę analizowałem wszelakie zakamarki mary nocnej i w końcu zrozumiałem o co w tym wszystkim chodzi. Zapomniałem bowiem, w tym przerażającym biegu, kim jestem i dokąd zmierzam. Im szybciej biegłem tym większe było moje własne zagubienie, niezrozumienie siebie. Najgorsze było jednak to, że nie uświadamiałem sobie powodu dla, którego to robiłem, li tylko biegałem jak opętany to w jedną to w drugą stronę. Jednak ucieczka, której się podjąłem, nie miała szans powodzenia. Prawda dorwała mnie w swoje szpony i stłamsiła. Ten strach, który pojawił się nagle, był to strach przed samym sobą, przed tym, że mogę "obnażyć" swoją duszę przed innymi. Jednak czy owy strach powinien mieć miejsce?? Czy nie stać mnie na to by być szczerym w stosunku do innych ludzi, a przede wszystkim do samego siebie?? Nie wiem, może wcześniej grałem przed sobą i przed całym światem. Co dzień inna maska, inny strój, inna mina. Jednak teraz zrozumiałem, że to nie ma sensu, że nie chcę, że jestem już zmeczony tymi durnymi kłamstwami, a przede wszystkim nie zamierzam zabijać siebie i to jeszcze za życia. Wybrałem szczerość wobec siebie i innych. Może daleko nie "zajadę", ale z pewnością rano przy goleniu zawsze poznam samego siebie. DajMonJon DajMonJon@interia.pl