Frezer. Miło mi poznać. Wybacz, ale się nie przedstawię. Potraktuj to posunięcie jako totalny brak kultury ;)
Nie znam się na statystykach i nie wiem, ile osób popełniło w roku 2000 samobójstwo, ale jedno jest pewne - jest to najstraszniejsza ze wszystkich śmierć.
"Największe zło świata, śmierć, nie dotyka nas w ogóle, gdyż póki istniejemy nie ma śmierci, a kiedy jest śmierć - nie ma nas". Nie pamiętam kto to był (diabli, jeśli nie Epikur, ale mniejsza z tym) Więc wg tego śmierć nas nie dotknie. Ale my możemy dotknąć jej. Samobójca dotyka jej najbardziej, ale jest jej świadomy w zupełnie inny sposób niż "normalny" (jak to się ładnie mówi) człowiek. Najstraszniejsza jest wtedy, gdy jest zła. Zła jest wtedy, gdy ktoś kocha życie. Jak się chce umrzeć, czy smierć postrzega się jako złą?
Samobójca umiera z ciężarem ogromnej winy, której nie da się porównać z niczym innym.
Tak, tę winę widać jak na dłoni. Przecież zostawia wszystkich, którzy go kochali, rodzinę, przyjaciół, sprawy, wszystko... Samobójca nie czuje tego ciężaru. Przesłania go ogłupiająca wizja lekkości którą miałaby nieść wysiadka z tego życia. Nie myśli do końca tak jak inni. Czlowiek może zabić się z bólu - gdy postanawia, że nie, już nie, nie będzie już walczył. W jakimś małym przebłysku przyznaje się sam sobie, że wcale nie jest silny, że nie wytrzyma, i że w ogóle nie chce wytrzymać. Bo nie ma po co? Bywa, że w człowieku coś się wyczerpie. I nie wie, skąd to wziąć. Każdy ma taki jakby... "mur" moralny, na który może czasem spogląda, jak jest mu bardzo, bardzo źle. I widzi, że może oprzeć się o niego, i w swojej bezsilności walnąć w niego, ale że ten mur nadal będzie stał. To daje taką niesamowitą pewność. A ta pewność daje siłę. Wyobraźcie sobie jak dziwnie jest, jak sie raz przyjdzie, a tego muru nie ma. Znika którejś nocy, jak nie patrzysz... I tyle. Nie ma. Wtedy taki człowiek patrzy co było za murem. Chodzi w tą i z powrotem i jego umysł się czai. Mimowolnie, podświadomie "zniknięty" mur coś robi z jego uwagą. [odruchu samozachowawczego jakoś nie pamiętam - może to sprawa indywidualna;)]
Jednocześnie jednak zastanawia niesamowita odwaga i desperacja kogoś, kto decyduje się na ten rozpaczliwy krok.
Odwaga? Odwaga to po mojemu jest wyjście czemuś na przeciw, stawienie czemuś czoła. A tam nic nie ma. Powiedziałabym, że to wymaga ogromnego strachu. Samobójstwo to ucieczka. Jak ucieczka wymaga odwagi? Strach, lęk. Egoizm. umysł przyczajony na padnięty mur jest strasznie zaabsorbowany sobą. Mało go interesuje otoczenie. Przejmuje go, ale nie interesuje. W samobójcy jest wbrew pozorom bardzo dużo strachu. A strach składa się w większości z egoizmu. Trzeba pewnego rodzaju zapatrzenia "do wewnątrz", żeby przestać widziec, co się wyprawia. I jeszcze coś jest. Takim desperatom, którzy przeżyli coś okropnego i postanowili że nie będą tego dłużej znosić, to pewnie przechodzi jak pierwsza próba nawali. Ale są jeszcze inni. Nienawidzę serdecznie a dogłębnie Dulskiej [za to co myślała o Lokatorce], ale w jednym baba miała rację. "Taki szał to wraca"...
Samobójcy są najczęściej obiektem powszechnego potępienia. I to potępienia skrajnie bezwzględnego
Tak, masz stuprocentową rację. Ludzie boją się "czubów". Nie chcą z nimi gadać, mają ich w pogardzie. Jakby byli gorsi, przez to, że są może trochę bardziej wrażliwi... To bardzo niesprawiedliwe. Ale może nie będę się rozpędzać w roli adwokata (moja praca maturalna sprowadzała się w gruncie rzeczy do jednej wielkiej obrony samobójców i miała 3 strony A4, więc...:)) Ale to dla mnie coś naprawdę niezrozumiałego. To da się odebrać, jak ludzie boją się samobójców. Czemu? Czyżby czuli się zagrożeni? Może samobójcy budzą w "normalnych ludziach" Hyde'a? Może ludzie boją się, bo gdzieś ostatnią komórką odczuwają, że to się może ocknąć i w nich? Albo zwyczajnie czują swoja wyższość, bo ich mur jeszcze się trzyma? Tak szczerze, to uważam iż ten mur jakoś będzie stał. Póki się go nie podkopie. On tak całkiem sam nagle nie padnie. Ale że łopatologia w modzie, o dołki nietrudno ;)) Przepraszam że żartuję - to nie jest śmieszne.
Dlaczego po stracie dziewczyny / chłopaka zdesperowani ludzie odbierają sobie życie, które przecież mogłoby trwać jeszcze przez wiele długich lat?
A Tobie może przyszło do głowy, że oni to robią, bo już nie chcą żyć, a szczególnie "wiele długich lat"? Niektórzy nie potrafią się pogodzić z utratą sensu swego życia. Koncentrują się na stracie, nie potrafiąc skupić uwagi na tym, co jeszcze mogłoby być. Albo już tego zwyczjanie nie chcą. Nie mają siły. Jak się kogoś naprawdę, ale to naprawdę kocha nad życie, to ta osoba jest sensem tego życia. A jak się ją straci...
Być może wielu się ze mną nie zgodzi, ale według mnie jest to dowód wielkiej, bezgranicznej wręcz miłości, która przesłania nawet wrodzony instynkt samozachowawczy.
Tak, ja się z Toba nie zgodzę. Można oddać życie za kogoś, ratując go. Ale *nie można* się zabić z miłości. To niemożliwe. To tak, jakby się zabić z radości. Ze szczęścia. Czy można ze szczęścia podciąć sobie żyły? Gdy jest taka przeogromna miłość, to chce się ją dawać, dzielić, chociażby nią promieniować:) A nie pociągnąć ją z mostu na asfalt, żeby się skończyła. Można zabić się, gdy się cierpi z powodu utracenia uczucia. Gdy jeszcze cośtam cośtam (ale śśśświetny argument...) Ale nie można się zabić z miłości. Nieumarła. Undead.
ps: pożegnaj ode mnie Jarka