O jeden słupek za daleko

Tak się jakoś złożyło, że od jakiegoś miesiąca uczęszczam, dzięki hojności moich, jak to się dzisiaj określa "starych", na kurs prawa jazdy. Myślę, że większość siedemnastolatków decyduje się na ten krok, ponieważ do osiemnastki jeszcze daleko, a posiadanie takowego papierka jest w ich (a także w moim) przekonaniu namiastką upragnionej pełnoletności. Poza tym mając taki dokumencik w ręku będzie można pojechać na jakąś imprezę, pożyczoną od naszych ukochanych "starszych" bryką, a nie potem dzwonić po nich w środku nocy, żeby po nas przyjechali (chociaż nie wiem czy bezpieczniej nie było by wracać z takich ówczesnych imprez, napędzanych przede wszystkim piwem bezalkoholowym, piechotą). Najważniejszą i najbardziej przełomową chwilą jest egzamin na którym prezentujemy miłemu panu egzaminatorowi czego to jeszcze nie potrafimy wykonać albo potrafimy ale nie tak jak on sobie to wyobraża. Dla zdających nie pozostaje jednak nic innego jak wsiąść do przygotowanego samochodu i próbować szczęścia. Nie, wcale nie przesadzam tak pisząc, bo szczęście to jedyna szansa na zdanie! Nie twierdzą tak tylko wszyscy zdający, ale również instruktorzy, którzy tygodniami męczą się z nami na kursach. Oczywiście, umiejętności też są ważne, ale przecież wiemy, że nawet najlepszym kierowcom zdarzają się lepsze i gorsze wjazdy na poszczególne stanowiska (widać to po próbujących się chwalić i popisywać instruktorach). Jak to się jednak dzieje, że niektórym udaje się przejść egzamin za pierwszym razem? Według mnie odpowiedź jest prosta: albo trafili oni na gościa, który za piętnaście minut będzie miał w domciu obiad i jak najszybciej chce się tam dostać (żeby żona znowu nie próbowała mu wytłumaczyć wałkiem, że na domowe obiadki nie należy się spóźniać), albo mamy takie szczęście (lub nieszczęście), iż jesteśmy seksowną blondynką i właściwie wystarczy się tylko ładnie uśmiechnąć, czy bardziej podciągnąć spódniczkę, a problem sam zniknie. Jest jeszcze trzecie wyjście (najbardziej prawdopodobne), to znaczy podczas egzaminu przypadkowo wypada nam z kieszeni setka (mówię o banknocie stuzłotowym, żeby nie było nieporozumień) i w tym czasie nieśmiałym głosem zadajemy pytanie: zdałem? Dodam jeszcze, że mówimy o egzaminach w Polsce i powinniśmy wywnioskować dlaczego ten ostatni sposób jest najskuteczniejszy (też słyszeliście, że Polska jest w pierwszej dziesiątce najbardziej skorumpowanych państw na świecie?). Jednak najczęściej (tzn.: jeśli nie mamy kasy, ani nie jesteśmy seksowną blondynką) scenariusz tej katorgi przebiega inaczej.

- O (pięcioliterowa cenzura), teraz ja! - myślę, podchodząc do lekko załysionego gościa w wyjściowym dresie i mówię:
- Dzień dobry.
- Zależy dla kogo - odpowiada z głupawym uśmieszkiem kat. - Proszę wybrać samochód.
Co z tego, że do wyboru mam tylko dwa "puntoki", a powinna być jeszcze micra i fiesta. Swoją drogą Fiat jest najgorszy na placyku, bo niedość, że długi to jeszcze ma najszerszą dupę. A może o to właśnie chodziło?
- To ja bym prosił ten - mówię wybierając nissana (R) micrę (R).
- W porządku, proszę wsiąść.
- Ładną mamy zimę - stwierdzam wchodząc do auta, po czym zapinam pasy, ustawiam fotel i lusterka. Słowem, sprawiam wrażenie wyedukowanego teoretycznie.
- Proszę ruszyć i wjechać na łuk.
Jest, łuk zrobiony, pozostaje jeszcze tylko dwadzieścia manewrów. - myślę.
- Teraz wjazd do czwórki wszystkimi sposobami.
Już chcę spytać czy też mam tam wjechać na dachu, ale w ostatniej chwili opanowuję się i zaczynam wjeżdżać tyłem od prawej. Powoli ruszam, prawa ręka wędruje za zagłówek na prawym fotelu - dokładnie tak jak mnie uczyli na tych trzech godzinach zajęć teoretycznych (powinno być co najmniej 10, ale to już szczegół).
Zbliżam się już do czwóreczki, włączam migacz. Teraz tylko uważam by nie zwalić żadnego słupka i przypadkiem nie rozjechać egzaminatora, który z linijką czy z jakimś innym stetoskopem dokładnie (co do jednego nanometra) sprawdza czy nie najechałem na jakąś głupią białą linię, jakby kiedyś miała ona być jego mercem. Ale co mi tam, jadę dalej tak jak to robiłem podczas praktyk na kursie. Gościu cały czas patrzy z nadzieją w oczach, że może mi się jeszcze nie uda i dam jemu oraz jego kolegom - instruktorom (tak, tym co mnie uczyli) zarobić. Nie czarujmy się, przecież o to w tym wszystkim chodzi, żeby nabijać na tych biednych siedemnastolatkach (z reguły) mega szmal. A jak, "biznes is biznes", trzeba "czepać" kasę (tak by to powiedział Ferdek Kiepski) na czym i na kim się tylko da. A właściwie to czego ja się czepiam, przecież każdy robi to co lubi, nie? - myślę i w milczeniu dalej podążam (tyłem) w stronę czwórki.
O cholera! Przewróciłem ten pieprzony, drugi z prawej. Wprawdzie jest jeszcze drugie podejście, ale pod taką presją już niewiele się da zrobić. Nie przejmuję się tym zbytnio, bo średnia podchodzeń do egzaminów wśród moich znajomych wynosi 7 (słownie: siedem).
- Spróbuj jeszcze raz, może Ci się jeszcze uda - z ironią w głosie stwierdza łysy egzaminator. Teraz mam naprawdę ochotę mu przywalić, ale ostatecznie miło mu dziękuję i idę do domu się wypłakać, bo jakbym miał próbować kolejny raz to chyba bym nie wytrzymał tej presji i ogłupiał. W domu wyciągam czystą kartkę papieru i piszę następne podanie o egzamin, z głęboką nadzieją, że następnym razem na pewno mi się uda...

Wiele osób zadaje pytanie, dlaczego tak wielką wagę przywiązuje się u nas (czyli w Polsce) do parkowania, a lekcje jazdy po mieście są ograniczone do minimum. A odpowiedź na nie jest przecież bardzo prosta. Polacy zawsze muszą być oryginalni i nie mogą wprowadzać takich samych procedur nauczania jazdy, jakie funkcjonują na przykład na Zachodzie. Tam w ogóle nie ma placów manewrowych, które, swoją drogą, przypominają planszę do gry, kładzie się tam nacisk przede wszystkim na bezpieczną jazdę po mieście. No, ale co ja mogę poradzić, kiedy u nas większą tragedią jest rysa na samochodzie, niż zdrowie, a często nawet życie innych. W tym wszystkim nie rozumiem tylko jednej rzeczy, czemu od przyszłego roku egzamin teoretyczny mamy zdawać na komputerach? Przecież tak zdają w całej Europie Zachodniej!
Kończę już to ględzenie, bo muszę napisać kolejne podanie...

Michał
dela@go2.pl