„Polska – ojczyzna robotów” – zinterpretuj te słowa Kazika Staszewskiego, wielkiego polskiego wieszcza.


Taki temat chciałbym dostać na pisemnej maturze z języka polskiego. Wiem, że jest to niemożliwe, z uwagi na wiele czynników (nie muszę chyba ich wymieniać), a najprawdopodobniej będę musiał się wypowiedzieć na pytanie: „Jak oceniasz wpływ problemów gastralnych wielkich twórców epoki oświecenia na polską literaturę XX wieku” lub coś tego pokroju. Gdyby jednak nagle świat się zmienił i MEN przestałby katować biednych uczniaków Homerem, Kochanowskim, Mickiewiczem czy Baczyńskim (z których i tak wiele nie rozumieją), a zaczął doceniać genialną prozę np. Sapkowskiego, Łysiaka, Tolkiena i Tokarczuk oraz nie mniej wspaniałe utwory Staszewskiego czy Nosowskiej, to pisałbym wypracowania i uczył się na polaja z miłą chęcią.

Niestety, jak już wspomniałem, nikłe są szanse na to, żeby kiedyś coś takiego miało miejsce. Nie mniej jednak chciałbym wykonać polecenie, które sam sobie postawiłem. Wiele osób zarzuca Kazikowi, że za dużo przeklina, że ma słaby mjuzik itd. Z tym ostatnim – niestety – muszę się zgodzić (choć nie zawsze; np. muzyka w piosence „Do Ani” jest cudowna, bardzo dobrze dopasowana do słów, wspaniale odzwierciedla ich klimat, uczucia przeżywane przez „podmiot liryczny”), ale, tak jak dla mnie w np. jazzie czy bluesie najważniejsza jest muzyka, tak w utworach Staszewkiego najważniejsze są teksty. A te są znakomite: pełne błyskotliwej ironii, sceptycyzmu, humoru, uczuć, ciekawego i inteligentnego spojrzenia na świat, itp. Nie mówię, że wszystkie jego piosenki są wspaniałe, bo zdarzają się takie, które nic nie niosą lub są stworzone „pod publiczkę”. Jednak w większości są to kompozycje, za które przyznaję mu – ilekroć ich słucham – swojego prywatnego Nobla. Są one często bodźcem do swoistych „maratonów myśli”, w trakcie których dochodzę do ciekawych wniosków. Nie ma wiele spraw, które poruszają mnie w ten sposób i za ten wkład w moje życie chciałbym podziękować Kazikowi. I takim właśnie bodźcem, było zdanie, które zapisałem w tytule: „Polska – ojczyzna robotów”. Są to tylko trzy słowa, ale zawierają w sobie jedną z największych prawd o Polakach, wytykają największą naszą wadę.

Czy znasz, Szanowny Czytelniku, sytuację tych ludzi, którzy po dwudziestu latach tej samej pracy, wykonują swoje zajęcie odruchowo, bezmyślnie, bez uczucia, jak roboty. A potem po powrocie do domu odruchowo robią i zjadają obiad, odruchowo siadają przed telewizorem i po odruchowej kolacji, kładą się – oczywiście odruchowo – do łóżka, a raz na jakieś dwa tygodnie odruchowo pieprzą (przepraszam za wyrażenie, ale nie można nazwać odruchowej czynności „kochaniem się”). Każdy dzień takiego człowieka wygląda tak samo, życie staje się nudne, wszystko co kiedyś było ważne, co przynosiło radość, zatraca swoje piękno.

Kiedy patrzę na tych wszystkich szarych ludzi, którzy chodzą po ulicach – przygarbieni, przybici, spieszący się dokądś, dokąd wcale nie chcą iść lub kiedy widzę ludzi jadących autobusem – cichych, pogrążonych w wegetacji zombie, z nieobecnym wzrokiem, wyglądających jakby cel tej podróży był nieuniknionym celem ich życia, to dopada mnie nieciekawy nastrój (taki jak mam w chwili pisania tych słów). A kiedy zdaję sobie sprawę, że niczym się od nich nie różnię, to ta myśl mnie dobija. Czasami mam chęć zrobić coś wielkiego, coś co mnie wyrwie z tej bezgranicznej nudy, z tej egzystencji pełnej absorbowania rzeczywistości, mam ochotę zerwać się z łańcuchów własnej mentalności, wpłynąć na świat. Ale przypomina mi się „vanitas vanitatum et omnia vanitas” i zdaję sobie sprawę, że nic nie mogę zrobić, że Dawid wygrywa tylko w bajkach, a w „real-life” jest za dużo „reality” i tyleż „life” (w tym miejscu muszę napisać, że takie myśli dopadają mnie nie tak znowu często i że jakieś połowę życia funkcjonuję normalnie, lecz druga połowa staje się udręką tych, co spędzają ze mną dużo czasu). Czasem próbuję walczyć, ale TO jest we mnie i nie wyjdzie stamtąd za żadne skarby. Z tym żyje się łatwiej (jak dla mnie – urodzonego leniucha), ale tylko na krótką metę, bo gdy przychodzi zastanowienie, to ma się ochotę skończyć ze sobą… Ale koniec tej pisaniny. Koniec „auto-sekcji zwłok”. Koniec grzebania we własnych ranach otwartych i wyciągania wszystkiego na zewnątrz. Bo i tak nikogo to nie obchodzi.


Robił z siebie idiotę

Phnom Penh