|
WRÓĆ
To opowiadanie chciałabym zadedykować komuś dla mnie bardzo ważnemu. Troyowi za swietne schizy i psychodelie:))) oraz za to, ze prowadzi mnie za raczke i pomaga podejmowac decyzje (Wlasciwie dlaczego to robisz?). Dziekuje.
Patrzę na nią, na piękną Panią Wymiarów, jak idzie w swoich olbrzymich sukniach przez cichą Salę Balową. Słychać tylko miarowy stukot. Srebrne pantofelki lekko dotykają marmurowej posadzki, wiem, że gdyby Pani Wymiarów chciała, mogłaby się nad nią unosić jak duch. Wiem o niej prawie wszystko. Wiem, jak co wieczór rozpuszcza swoje długie, błękitne włosy, jak gęstą falą opadają na podłogę... Wiem, kiedy maluje usta, jakimi barwnikami podkreśla wielkie, granatowe oczy... Wiem, kiedy się kąpie i kiedy pije herbate. Wiem, jak bawi się i rozmawia ze swoim kanarkiem... Wiem to wszystko, bo jestem jej slużką, towarzyszę jej wszędzie. Wiem, bo kiedys to ja będe rozpuszczała moje długie, jasnobrązowe sploty, czesała je jej kościanym grzebieniem z rzeźbionym brzegiem... Pani Wymiarów minęła już wszystkie kryształowe kolumny. Dwiescie piećdziesiąt pięć. Tyle ich jest. Jako mała dziewczynka biegałam po tej sali razem z grupką innych małych dziewczynek, bawiłyśmy się skakankami. Pamiętam, że najbardziej lubiła się nam przyglądać kiedy trzymając się za ręce tańczyłyśmy przy tej delikatnej, brzęczącej muzyce. Uśmiechała się wtedy leciutko, jakby ze smutkiem. Chyba już wtedy to wszystko przeczuwała, chyba już wtedy wiedziała, że... Nie, nikt tego nie mógł przewidzieć, a już na pewno nie ona. Otwiera drzwi. Jej sylwetka mocno rysuje się na tle olbrzymich wrót, do wnętrza Pałacu wpada chmura lekkich, wirujących jak motyle płatków śniegu. Motyle... Od Dnia W Którym Tamto Się Stało nie widziałam żadnego motyla. Nawet ćmy wyginęły. Jedynym żywym zwierzęciem jest teraz chyba tylko kanarek, mała żółta kulka zamknięta w złotej klatce w Jej Pokoju. Ale on niedługo zginie, być może oboje odejdą tego samego dnia... - Pani! -krzycze z niepokojem, bo wydaje mi się że przed chwilą lekko się zachwiała- Pani, czy nic Ci nie jest?-podbiegam do niej. -Czuję się dobrze, Ylien -teraz obie stoimy w progu, owiewane lodowatym wiatrem -Jeszcze tylko chwilkę... -Pani, ależ jest bardzo zimno. Wracajmy, proszę -ujęłam ją pod ramię- Pani, to bezcelowe, jeszcze Pani zachoruje... -...A po cóż przyspieszać nieuniknione, prawda? -gorzko zasmiała się- Nie oszukujmy się, niewiele jeszcze razy stanę w tym miejscu... Ylien, podaruj mi tych parę chwil na zimnie, kiedy tu stoje czuję, jakby... ...Jakby On miał zaraz wrócić, prawda?-chcę zapytać. Ale On nie wróci, czekanie na Niego jest równie bezcelowe, jak wypatrywanie słońca na tym niebie. Na wiecznie brudnym, sinym niebie, przypominającym zanurzony w zanieczyszczonej wodzie kałuży kłębek waty. Słońce zniknęło wraz z motylami, wraz z trawą, ptakami, końmi... I, tak jak On, nigdy nie wróci. Ten świat już niedługo przestanie istnieć, zniknie, razem ze wszystkimi wymiarami kiedy umrze ostatni Władca Wymiarow. Czyli już niedługo, myślę ze spokojem, jakby nie chodziło o mnie. Bo to ja będę ostatnią Panią Wymiarów. Ależ ten tytuł wydaje mi się pusty... Pani Wymiarów uwięziona w swoim własnym królestwie, wśród przepychu, złota i srebra... Czuję przeszywające mnie zimno. Patrzę na Panią z wyrzutem, kiedyś, za taki wzrok mogłabym zostać surowo ukarana, ale teraz wiem, że Pani na mnie nie spojrzy dopóki sie nie odezwę. Ale jeszcze chwilkę pomarznę. Nadzieja. Tylko ona trzyma ją przy życiu, wiara w to, że On przybędzie niczym rycerz na białym koniu, że uwolni nas zanim wszystko przestanie istnieć... Kiedy ona umrze zostanę tu samiutka. Czy też bedę taka jak ona? -myślę- Stara, szalona i zgorzkniała kobieta, której życie może zakończyć się w każdym momencie. Czy będę czekać tak jak ona na Pana Wymiarów, który pewnie już dawno umarł, czy będe stać jak ona teraz w czerwonej, balowej sukni na tym obrzydliwym mrozie? Czy będę czuć w sobie tą cholerną świadomość, że wraz ze mną umrze wszechświat? Mam ochotę zakląć bardzo brzydko, nauczyłam się tego od karłów, których przed Dniem W Którym Tamto Się Stało było u nas wielu. Karłów, błaznów, mówiących ptaków, tańczących pudli... Kiedyś było tu tak wesoło... Pamietam... Wszystko pamiętam, każdy z tych cholernych, pieprzonych dni żyje u mnie w głowie... Nawet, gdybym chciała, nie potrafię zapomnieć. -Pani, musimy już iść- mówię, choć wcale nie musimy. Nic nie musimy, nie ma nikogo, kto mógłby nam cokolwiek rozkazać, do czegokolwiek zmusić...- Pani... Pani nie odpowiada, zamiast tego odwraca się i powolnym, dystyngowanym krokiem rusza środkiem Sali Balowej. Ja zamykam Wrota, zasuwam wszystkie sztaby, przekręcam klucze... Nie wiem, po co to robie, wystarczyłoby tylko zatrzasnąć zasuwę, aby Wrota nie otwierały się. Wydaje mi się, że ta czynność trochę mnie uspokaja. Kiedy odwracam się, Pani jest już przy schodach prowadzących na wyższe piętra. Doganiam ją na drugiej kondygnacji. Idziemy obok siebie przez olbrzymi, wyłożony szkarłatnymi dywanami hall, z ręcznie tkanymi gobelinami na ścianach. Żadna z nas nic nie mówi. Wchodzimy do jej komnaty, wita nas radosny pisk starego kanarka. Z pooranej zmarszczkami, ale wciąż pieknej twarzy Pani wymiarów znika na moment ostry wyraz, zastępuje go... Tkliwość? Nie wiem. Ja siadam przy małym, dwuosobowym stoliczku, biorę do ręki książkę, którą czytam już od paru tygodni. Przeczytanie paru stron już mnie nudzi. Kiedyś, pamiętam, delektowałam się tekstem, razem z bohaterami przeżywałam wszystkie wydarzenia, przejmowałam się zawiłośćią fabuły. Dziś czytam tylko po to, aby nie myśleć o przeszłości, aby nie wspominać. To potworne. Nie myśleć o przeszłości, nie myśleć o przyszłości... Nawet o teraźniejszosci nie wolno, jest równie straszna co przeszłość i przyszłość. Wszędzie jest pustka. To mnie przytłacza. Wszystko jest takie okropne. Wciąż myślę, dlaczego to właśnie ja. Nie Ussa, przecież wszyscy myśleli, że to właśnie ona zastąpi Panią. Nie Kyela, która byla z nas najpiękniejsza, ani najmądrzejsza Rosei. Ja, szara i bezbarwna Ylien. Cicha, nie wtrącająca się do niczego Ylien. Przecież byłam przeciwieństwem Pani Wymiarów, władczej, okrutnej królowej. Tak bardzo nie chciałam, żeby to na mnie padło, tak chciałam zniknąć, kiedy Wyrocznia miała Wybrac. Nie moge zrozumieć... Książka wysuwa mi się z palców i spada na podłogę. Pani Wymiarów przerywa zabawę z kanarkiem i patrzy na mnie surowo. Spuszczam oczy. Nie chcę, żeby zauważyła w nich łzy. Żal mi jej. Biedna, stara kobieta, gra nawet w tej chwili. Być może nie umie przestać być surową, dystyngowaną damą, nawet teraz nie umie... Ale ja wiem, że w głębi duszy bardzo chciałaby płakać... Chciałaby krzyczeć, rzucać przedmiotami o ściany... Jednak nic takiego nie robi. Wielki, rzeźbiony zegar wybija godzinę. Szósta. Czas na herbate. Od pewnego czasu to ja zajmuję się posiłkami, ona jest już na to za słaba. Przykładam ręce do skroni. Na stoliku pojawiają się dwie filiżanki wypełnione parującym, brązowo-czerwonym płynem. Pani zostawia ptaka i siada naprzeciwko mnie. Podnosi do ust filiżankę odginając mały palec. Ja moją trzymam obiema dłońmi, staram się je choć trochę rozgrzać. Cisza. Podchodzę z herbata do wysokiego okna. Patrzę na nieskończoną biel. Ciągnie się ona na wiele mil w każdą stronę. Na wiele mil? Nie, ona ciągnie się w nieskończoność. Tak samo, jak w nieskończoność ciągną się nam tutaj dni. Chociaż też nie, nie ma już dni ani nocy, każda godzina dnia wygląda tak samo. Oślepiająca biel. Cholera. Nie mogę juz tego znieść, ja już na prawdę nie wytrzymuję... Mam ochotę trzasnąć filiżanką o podłogę, ale powstrzymuję się, to mogłoby zaniepokoić Panią. Odwracam się do niej. Siedzi z łokciami na stole i twarzą ukrytą w dłoniach. Wydaje mi się, że płacze, ale to do niej niepodobne. Myślę, że po prostu chce zostać sama, towarzyszę jej jak cień już od tylu dni... Wychodzę. Za drzwiami komnaty zastanawiam się, gdzie pójść. Po chwili uświadamiam sobie, że to nie ma znaczenia, więc kieruję się w lewo. Tam kiedyś był salon. Znowu wspomnienia. Ona gra na fortepianie jakąś smutną melodię, on stoi obok niej i patrzy na jej długie i szczupłe palce. Oboje się śmieją. Ja siedzę na zielonej sofie, nucę cichutko, staram się dopasować słowa do melodii... To było dwa miesiące przed Dniem, W Ktorym Tamto Sie Stało. To dziwne, każde wspomnienie prowadzi do tego wydarzenia. Nie chcę tego znowu przeżywać, żeby przez chwilę o tym nie myśleć zrywam się do biegu. Mijam zakurzone komnaty, niektóre nie były otwierane od dnia... Znowu. Nie, to jakaś paranoja... Biegnę. Kroki tłumi gruby, wełniany dywan. Wciąż jest miękki i sprężysty, choć w kilku miejscach się poprzecierał. Zaczyna mi brakować tchu. Dobiegam do jakiś schodów, dawno tu nie byłam, nie pamiętam nawet, dokąd one prowadzą. Być może nawet nie wiem... Zamek jest duży, ma parę skrzydeł, sześć czy siedem kondygnacji, rozległe piwnice. Jeszcze go całego nie zwiedziłam, nie miałam jakoś chęci. Te stare przedmioty mnie przygnębiają... Przypominają... Jak wszystko w tym zamku. Mam ochotę to zniszczyć, zniszczyć cały ten świat. Ale nie zrobię tego, to bezcelowe, nic bym nie wskórała... Wchodzę po schodach, obcasy trzewików lekko stukają po kamiennych stopniach. Schody są spiralne, z każdym krokiem wyłania się przede mną nastepny stopień. Idę, przesuwając jedną rękę po ścianie. Wyczuwam nierówności muru, kamienie nie są tu do siebie tak dopasowane, jak w częściej odwiedzanych partiach budowli. To znaczy dawniej "częściej odwiedzanych". Teraz wszystkie, oprócz hallu i Sali Balowej są odwiedzane rzadko, w niektórych pomieszczeniach nie było żywego ducha od tamtego dnia. Wciąż wchodzę po schodach, minęłam już trzy kondygnacje. Ciekawa jestem, dokąd dojdę, jak będę się wciąż wspinała. Może trafię na dach Zamku? Wątpie, prędzej do jednej z wieżyczek, być może jednej z tych największych, z czerwoną dachówką... Albo do jakiejś małej, i tak znajdę tam tylko szkielety kilku gołębi, które umarły z głodu, niektóre pewnie obgryzione przez koty, które wkrótce podzieliły los ptaków. Kiedyś tu było pełno kotów, zwykłych, pręgowanych dachowców, rudych syjamów i nawet kilka błękitnych persów. Łaziły po piwnicach wyłapując myszy i szczury, choć czasami zaniedbywały polowania, kiedy kucharka dawała im resztki z uczty czy kiedy krowy pałacowe dały za dużo mleka... W końcu dochodzę do drewnianych drzwi. Nie wiem, na którym jestem piętrze, straciłam poczucie wysokości. Nie powinnam, przecież jako przyszła Pani Wymiarów powinnam mieć niesamowite wyczucie przestrzeni... Nie nadaję się na Panią Wymiarów, nie nadaję... Ale trudno, teraz i tak już nic się nie da zmienić... Sięgam po mosiężną klamkę, naciskam, popycham drewniane skrzydło. Nic się nie dzieje. Zamkniete. Z wściekłością kopię drzwi, uderzam w nie pięściami. Wyładowywuję w nie całą moją złość, głuche dudnienie wypełnia powietrze koło mnie. Łzy ciekną mi po twarzy, wszystko się zamazuje. Powoli osuwam się na kamienną posadzkę. Kulę się, obejmuję ramionami kolana. Bezwiednie nucę jakąs starą piosenkę. Chyba zasypiam. Po jakimś czasie otwieram oczy, bolą mnie dłonie, są trochę spuchnięte i czerwone. Mam połamane paznokcie. Warkocz rozsypał mi się, muszę odgarnąć włosy z twarzy, Podnoszę sie powoli. Patrze na drzwi ze smutkiem. Odwracam sie i spokojnie schodzę po schodach. Kiedy wchodzę do pokoju pani Wymiarów od razu ją zauważam. Leży w łóżku. Podchodzę do niej, jest blada. Zaczynam się o nią bać, wygląda naprawdę koszmarnie. Otwiera oczy. -Ylien... Ja juz umieram. Nadszedł czas, abyś...-zaczyna kaszleć suchym, złym kaszlem- Zaraz staniesz się Panią Wymiarów. Boże, jak mi Ciebie żal. -szepcze. Wargi ma tak blade, że niczym nie różnią sie od skóry. Jej twarz wygląda jak czaszka obciągnięta skórą. Nagle robi się bardzo stara, jakby czas przed śmiercią próbował nadrobic te wszystkie lata, przez które nie miał do niej dostępu. Chwytam ja za rękę. -Ciii, Pani...-mówię spokojnie- Niech pani nic nie mówi... Dotykam dłonią jej suchej skóry, w porównaniu z moją ręką wydaje się ona prawie popielata. Pani zamyka oczy. Jej piękność ulatuje z każdym oddechem. Włosy, z błekitu stają się siwe, wręcz białe. Zęby żółkną, paznokcie kruszą się. Patrzymy na siebie. Wiem, że nic już nie mogę zrobić. Odwracam wzrok. -Żyj, żyj, dopóki on nie przybędzie- jej głos przypomina lekki powiew wiatru- Czekaj na niego... Ostatnie słowa. Ostatni chaust powietrza. Palce, dotąd ściskające moją dłoń rozluźniają się, opadają na kołdrę. Pochylam głowę. Jej serce własnie przestaje bić. Nagle czuję przypływ mocy, jest wielokrotnie większa niż ta, którą władałam dotychczas. Jest taka ogromna, że aż boli. Upadam na podłogę. Jestem pierwszą Panią Wymiarów. Niczym duch przemierzam puste krainy. Są czyste niczym łza, kryształowe i świerze. W niektórych zatrzymuję sie na chwilę, słucham pieśni nowości... Uśmiecham się, koło mnie jest Pan Wymiarów. Jest tak piękny i młody jak ja. Trzymamy sie za ręce. Właśnie wkroczyliśmy do Błękitnego Wymiaru. Postanawiamy go zabudować, stworzyć piękny Świat... Świat na zawsze... Budujemy wszystko, zmieniamy fakturę przestrzeni. Rozkazujemy cząstką łączyć się w nowe pierwiastki. Lepimy, składamy, tworzymy. Tak powstaje Pierwszy Świat. Świat spokoju, harmonii i szczęścia. Niestety, popełniamy jeden malenki błąd, nic nie znaczący, minimalnny. Czy naprawdę? Jeszcze oi tym nie wiem, ale to właśnie przez tą niedokładność za parę wieków świat ogarnie mróz, na zawsze zniknie wiosna, lato... Ale ja jeszcze o tym nie wiem... Przebiegam przez wieki, przez wymiary czasu. Zdarzenia kotłują się obok mnie, słyszę wirujące, niesamowite dźwięki, oszałamiające kolory wibrują, wszystko zmienia swój kształt i postać. Przeżywam po kolei życie wszystkich Władczyń Wymiarów. Każdą milisekundę ich istnienia. Nawet jej. Tak, teraz jestem nią. Czuje wszystko to, co ona. Patrze na siebie, Ylien, jak dorastam. Już wiem, czemu mnie wybrała. Wiem wszystko. Widzę, dlaczego przez całe życie towarzyszył jej smutek. Ona Wiedziała... Znów przeżywam Dzień, W Którym Tamto Się Stało. Widzę Pana wymiarów, jak wbiega do mojej komnaty, jak ze strachem w ochach krzyczy: "Szybko!, zaczęło się!, Rion!, pospiesz się!, nie zdążymy!" Zrywam się z łóżka, obok mnie znajduje się Ylien. Wszyscy troje wybiegamy z komnaty, słychać bicie dzwonów. Jest głuche i naglące. Biegniemy przez pałac, krzyczymy do ludzi, żeby się pospieszyli, ale oni spieszą się, od tego zależy ich życie. Wszyscy wybiegamy na zewnątrz, jest maj, wiosna, ciepło i słonecznie. Ale nikt nie zwraca uwagi na świeże tulipany, na zieloną trawę i błękitne niebo. Wszyscy biegna w kierunku Drzwi Przez Wymiary. Tam zatrzymują się przed Panwm Wymiarów. Teraz On powinien przemówić, ale nie ma na to czasu, rzuca nam tylko "Powodzenia" i zaczyna przesyłanie istot do Nowego Świata. To bardzo ciężka praca, pomagamy mu obie. Staramy się podtrzymać Bramę dodając jej mocy, ale czujemy, jak ta lina łącząca oba światy staje się coraz cieńsza i cieńsza... Kiedy przechodzą ostatnie stworzenia jest już grubości nitki. Zostaje tylko nasza trójka. Pan Wymiarów ma jeszcze trochę siły, więc pójdzie pierwszy, aby podtrzymać dla nas portal z drugiej strony. Znika w czarnym, falującym otworze. Czekamy jeszcze chwilkę, i już, zamierzamy wstąpić w owal, kiedy... O nie! Portal zmniejsza się i niknie. Pan Wymiarów nie zdążył! Zamieramy w bezruchu. obie czujemy przerażający, lodowaty strach. Pan Wymiarów nie przeszedł na druga strone, uwiązł w przejsciach pomiędzy Wymiarami. Kladę ściśniętą pięść na serce, naciskam, aby je uciszyć. Zadusić ten okropny, palący ból... Widzę oczy Ylien, jej strach jest równy mojemu. Ona też została, kochana, zawsze wierna Ylien. Pada mi w ramiona. Płaczemy. Stoimy tak przytulone do siebie aż do momentu, kiedy pierwsza słabość nie mija. Wtedy błagam Ylien o trochyę mocy, staram się odświeżyć Bramę, ale jestem za słaba, to trochę jakbym próbowała dmuchnięciem rozwalić Zamek. Wiem, że nic już nie zrobię, zostałyśmy uwięzione w ginącym świecie, świecie, w którym własne zaczyna się Era Konca. Już niedługo, jak na to wskazują wszystkie znaki zmieni sie klimat, wszystko pokryje biały, cichy puch. Moje rysy tężeją, postanawiam wmówić sobie, że Pan Wymiarów uwolni sie z pułapki, że wróci do nas, zanim będzie za późno. Za późno, aby uratować Wszechświat... Zatapiam się w oczekiwaniu. Wmawiam sobie, że jeżeli nie będę okazywać uczuć, jeżeli nie będę lamentować ta chwila nadejdzie szybciej. Wiem, że to absurdalne, ale nie potrafie inaczej... Czuję, jestem nimi wszystkimi, mam na sobie maski ich twarzy. Nie widzę koło siebie komnaty, jestem w Wymiarze czasu... Gdybym mogła teraz otworzyć Bramę... Próbuje z całych sił... Nie udaje mi się, ale marnuję dużo energii, tak dużo, że znów tracę przytomność i zapadam na kamiennej podłodze w sen pełen mar... Budzę się słysząc nasilający się dzwięk. Brzęczenie. Przypominają mi się olbrzymie pasieki, tysiące zielonych uli. Bzyczenie miliardów pszczół, małych organizmów nastawionych na prace przez całe życie... Jak ja lubiłam miód. Lubiłam jego smak, zapach, kolor. Kiedy lejąca się złocistość dotykała kawałka chleba. Od czasu do czasu wyczarowywałyśmy sobie miód, ale on nie miał tego cudownego smaku kwiatów. Był jakiś mdły i niedobry. Smakował po prostu jak roztopiony cukier. Toteż po jakimś czasie zrezygnowałyśmy z niego. Tymczasem brzęczenie zmieniło się w głuchy ogłos dzwięczący niskimi tonami w całym zamku. Jego źródło powinno znajdować się pode mna, w Sali Balowej. Podnoszę się, podpieram drżącymi rękami. Jestem bardzo słaba, ale udaje mi się zrobić parę kroków. I następny. Kroczę powoli, z ciężarem, niczym gliniany golem. Jestem wyczerpana, upadam trzy razy, zanim nie dochodzę do schodów. Patrzę na dół. W Sali balowej kłębi się mgła. Jest jej tak dużo, wpełza na schody... Zaczynam schodzić, prawą ręką trzymam kurczowo poręcz. Kiedy jestem na dole zauważam To. Czarny, falujący prostokąt. Zaczynam drżec, łzy ciekną mi struga po twarzy, już nie wiem, który raz dzisiaj płaczę. Brama. Wyzwolenie. Dlaczego tak póżno? Nie wiem, czy płaczę ze szczęścia, czy z żalu. Obraz zamazuje mi się. Z portala wynurza się jakaś postać. Wszystko jest niewyraźne, przecieram oczy rękawem. On? To niemożliwe... Nie! Przybył za późno, za późno o krótką chwilę...Patrzy na mnie i już wie. -Ona, ona nie żyje, prawda? Zresztą, po co się pytam, jakby żyła to nie miałabyś jej mocy...- Tylko jego głos się nie zmienił. Reszta... Postarzał się o jakies sto lat, nic nie zostało z tego pięknego, młodego mężczyzny którego zapamiętałam. Patrzę na niego szeroko rozwartymi oczami. -Pan Wymiarów... Ona wiedziała, że Pan przybędzie, czekała, do ostatniego tchu miała nadzieję...- Przerywam, bo z portalu wyłania się następna postać. Elfi młodzieniec. Starszy ode mnie. Rozgląda się z zachwytem, Sala Balowa wciąż jest pięknym miejscem. Spogląda na mnie. Źrenice rozszerzają mu się pod wpływem nagłego bodźca. Ze mną też dzieje się coś dziwnego. Zamykam oczy, chwieję się, za chwilę upadnę. Wtem unoszą mnie silne ręce. To on, ten elf. Nie, on nie może być elfem, ma ciemne włosy. Jest półkrwi, tak jak ja. Trzyma mnie w ramionach niczym pannę młodą. Przytulam się do niego, wiem, że nie miałabym siły stanąć na własnych nogach. Pan Wymiarów... Zaczynam rozumieć, już wiem, że Panem Wymiarów już nie jest on... To ten półelf... Ja... On... Kręci mi się w głowie. Z niesamowitą nadwrażliwością czuję ich myśli. Łagodne, spokojne myśli nowego Pana Wymiarów, ostre, pełne bólu myśli jego, tego Dawnego... Wiem, co chce zrobić. Łzy znów płyną. Nie zmienię jego postanowienia, nikt nie zmieni... -Żegnaj, Gronie- Przypominam sobie jego prastare imię, choć wątpię, żebym je kiedykolwiek słyszała. -Żegnaj... Powtarzam. On tylko patrzy na mnie, patrzy wzrokiem, przez który moje ciało zaczyna spazmatycznie drgać. Czuję mocniejszy uścisk nowego Pana Wymiarów. Gron odwraca się. Powoli kieruje się w stronę schodów. Pan Wymiarów robi kilka kroków ze mną w ramionach. Wkraczamy w mroczną czeluść portalu. Zamyka się za nami. Odbywamy podróż do Nowego Świata. Kiedy już tam będziemy wystarczy tylko jedno słowo, a Brama zamknie się na zawsze... -Żegnaj, Gronie... -szepczę i ocieram łzy...
|