|
WRÓĆ
Wstęp: To opowiadanko utrzymane jest w stylu gry: "Wilkołak Apokalipsa" jeśli
nie lubicie tego typu fantastyki i horroru to nie czytajcie tego :)
Jasna tarcza księżyca wspinała się właśnie na granatowe, przetykane gwiazdami, nocne
niebo. Ledwo widoczne w oddali kształty chmur leniwie pełzły nad drzewami. Promienie
księżycowego światła przebijały przez olbrzymie, czarne korony drzew potęgujące
uczucie strachu. Czuł, że coś wisiało w powietrzu. Jakaś dziwna siła sprawiała, że
włosy stawały mu dęba, a po plecach przechodziły ciarki. Nie znał tego lasu. Powykręcane
pnie drzew sprawiały wrażenie postaci czających się w mroku. Jednak to nie las nocą
napawał go lękiem. To uczucie, że jest obserwowany, że coś się skrada za jego
plecami powodowało, iż mimowolnie przyspieszył kroku. Nie widział dokąd idzie. Ostrożnie
stawiał stopy na ścieżce. Księżyc wychylił się zza chmury. Wędrowiec przystanął.
Początek przemiany był łagodny. Jego ciało pokryło się sierścią, a ręce zaczęły
się deformować. Nagle ostry ból przeszył mu głowę, oczy zapadły mu się w głąb
czaszki, a mięśnie rąk zaczęły formować się w łapy. Tak potwornego bólu nie czuł
już od kilku miesięcy. Szczęki wysunęły mu się do przodu, a rosnące kły porozrywały
dziąsła. Padł na kolana wijąc się z bólu. Jego jęk przerodził się w wilczy
skowyt, w mrożące krew w żyłach wycie. Powoli tracił świadomość i kontrolę nad własnym
ciałem. Jego wilcza natura brała górę nad ludzkimi emocjami. Miał nadzieję, że po
przemianie nie natknie się na niego jakaś niewinna osoba. Chwilę później na leśnej
ścieżce zamiast zagubionego wędrowca czaiła się żądna krwi bestia o czerwonych,
krwawych ślepiach. Ruszył przed siebie warcząc głucho. Zszedł ze ścieżki i zaczął
biec instynktownie omijając pnie drzew. Wiedział, że coś wciąż podąża jego śladem,
ale teraz było to już bez znaczenia. Ujrzał prześwit w koronach drzew i przystanął
rozglądając się niepewnie. Na tym oświetlonym skrawku ziemi był doskonale widoczny.
Ludzka sylwetka i wilczy wygląd stwarzały wokół niego aurę grozy. Wyprostował się,
wzniósł pysk do księżyca i ciszę nocy rozdarł głośny skowyt. Wiedział, że
wszyscy zgromadzą się na arenie, gdzie miał dzisiaj stoczyć walkę na śmierć i życie.
Jeśli wygra, a wygra bez wątpienia, to będzie przywódcą watahy dopóki inny wilkołak
go nie zdetronizuje. Usłyszał szelest liści i zaczął węszyć. Dziwny zapach uderzył
go w nozdrza. Tak... to był zapach... człowieka. Oblizał się na samą myśl o ludzkim
mięsie. Opadł na cztery łapy i przywarował. Szelest rozległ się ponownie, ale już
znacznie bliżej. Wspaniałe węzły mięśni prężyły mu się pod wilczą skórą. Na
polankę wszedł myśliwy. Młody, może dziewiętnastoletni chłopak o rysach prawie
kobiecych i rozłożystych barach. Nagle w ciemności, między drzewami mignął czarny
kształt bestii. Wilkołak rzucił się na młodzieńca rozszarpując mu gardło. Krew
bryznęła na ziemię. Chwilę później bestia wbiła się pazurami w tors myśliwca
wyszarpując szczękami kawałki mięsa z twarzy i próbując dostać się do mózgu. Głośne
mlaskanie przerwał nagle chrzęst pękającej w olbrzymich szczękach wilka czaszki
niefortunnego łowcy. Głośny pomruk zadowolenia świadczył o apetycie z jakim wilkołak
pochłaniał ciepły, ludzki mózg. Oderwał się od ofiary i ruszył dalej. Zaspokoił głód.
Teraz oczy pałały mu czystą żądzą mordu. Księżyc zaszedł za jakąś zbłąkaną
chmurę i między drzewami widać było tylko czarny cień przelatujący między drzewami.
Biegł coraz szybciej. Jego łapy zagłębiały się w miękką ziemię. Wtem do jego
szpiczastych uszu doleciało wycie przeciwnika. Khesh odpowiedział urywanym skowytem i
chwilę później wbiegł na arenę. Obszerna polana, na której czekał jego przeciwnik
otoczona była krzewami, pod którymi walały się ogryzione do czysta kości poległych w
walce. Wyprostował się przed przeciwnikiem i uważnie mu się przyglądał. Znał go.
Rosły, ale mniejszy od niego wilkołak nazywał się Gorbag i przeważnie wygrywał tego
typu pojedynki - do teraz... |