|
WRÓĆ
Miasto Śmierci
Dolne Miasto. Tak ludzie z góry wyobrażali sobie piekło. Długa
ciemna aleja spływająca krwią. Wokół śmietników bezdomni.
Jeśli tak ich można nazwać. Setki zakrwawionych rąk. Rąk bez
palców. Setki trędowatych twarzy nie mających sił by jęczeć.
Każdy umiera i wie o tym. Nic nie jest w stanie pomóc im.
Drzwi. Wszystkie mają wyrysowane wapienne krzyże. Z żadnego
nie wydobywa się nawet smużka światła. Wszystkie są martwe.
Park. Park umarłych drzew, wiecznej mgły i strzykawek. Wszędzie
wiszą ćpuny z wytrzeszczonymi oczyma. Ręce mają napuchnięte
od ran. Ran ropiejących, i nigdy się nie gojących. Ulica. Okna
domów pozabijane są deskami co i tak nie uchroniło ich właścicieli.
Nie uchroniło przed kradzieżą, gwałtem czy morderstwem.
Czasem przebiegnie tędy niewidoczny cień licząc, że dożyje
jutra. Zwykle się przelicza. Niekiedy przeleci tędy automobil
jakiegoś gangu. Rozwrzeszczane dzieciaki cieszą się, że pożyją
jeszcze parę dni i nie staną się pożywką dla innych nędzarzy.
Władze przestały się zapuszczać w te okolice około
czterdziestu lat temu. Jedyne co zrobiły to odgrodziły miasto Górne
od Dolnego. Granica. Nikt stąd nie zapuszcza się w okolice
granicy. Żebracy nie mają siły a dla innych to tylko szybszy
wyrok. Ale i tu nikt z góry się nie zapuszczał. Chyba że mają
jakiś interes…
Frashen był z siebie bardzo zadowolony. Znalazł dzisiaj zabłąkanego
dzieciaka. Znalazł go w jednym z tysięcy tak samo wyglądających
zaułków. Dzieciak pochodził z jednego z tych morderczo
niebezpiecznych gangów. Teraz nie był już tak niebezpieczny.
Nie był nawet czysty i dobrze ubrany. Tylko zakrwawionymi rękoma
grzebał w śmieciach. Twarz całą miał pociętą. Dwie rany
postrzałowe w brzuchu skutecznie uniemożliwiały mu chodzenie.
Po kolana utaplany był mieszanką błota, krwi i uryny. Gdy
tylko zauważył Frashen'a zaczął skrzeczeć. W skrzeku tym z
ledwością można było usłyszeć słowo "pomocy". Po
chwili dzieciak zaczął się dławić. Z ust wypluwał własną
krew i wnętrzności. Człowiek stojący obok pomógł mu. Skrócił
jego cierpienie metalową rurką. Niezawodną metalową rurką z
haczykiem na końcu, której używał do obrony. Były członek
gangu przestał się dławić i osunął się powoli w breję. Właściciel
rurki przeszukał zwłoki. Nie lubił tego robić ale ta czynność
była niemal konieczna. Tym razem opłaciło się. Znalazł coś
dzięki czemu był bardzo zadowolony. WSK180. Był to bezłuskowy
gnat z ponaddźwiękowymi nabojami. Nie trzeba było mieć
amunicji. WSK180 był samowystarczalny. Frashen szedł teraz
powoli. Szedł brudnymi i zniszczonymi ulicami Dolnego Miasta.
Miał przy sobie anioła stróża i choć był niewierzący nie
bał się teraz nikogo.
To już tu. Był na miejscu. Ciemne wejście do niewyróżniającego
się niczym budynku. Schody w dół. Kotara. Znajome wnętrze,
znajomy narkotyczny zapach, znajome obdarte i nieżywe dla świata
osoby, znajomy stół i miejsce w mrocznym kącie i znajomy
szczupły i zawsze ubrany w skórę barman. Jedyne bezpieczne
miejsce w Dolnym Mieście. Bar. Zniszczony bar. Każdy kto
znajdywał coś wartościowego, przychodził tu i wymieniał to
na prochy. Każdy wiedział, że dostanie swoją dawkę zaszyje
się w mroku i odejdzie w inny, lepszy świat. Tak zrobił i
Frashen.
Wir. Cała rzeczywistość odlatuje. Jeden mały punkt. Znika. Światło.
Cienie mówią różne rzeczy. Dziwne rzeczy. Lecz w innym świecie.
Te rzeczy są normalne. Bardzo normalne. Stół? Nie to smok! Co
to jest smok? Ogień. Co? Zimno! Zimno! Zimno!
Z narkotycznego snu wyrwała go szara rzeczywistość. Tyle
tylko, że w dziwnym odcieniu szarości. Przy blacie stał
zdyszany barman ściskający rączkę wielkiego gnata. Z sześciu
obrotowych luf wydobywał się jeszcze dym. Podłoga baru w
niewiadomy sposób zmieniła kolor. Teraz miała odcień
czerwony. Frashen spojrzał ku kotarze. O ścianę opierało się
coś co człowieka nie przypominało ani trochę. Bardziej
przypominało to zmasakrowane zwłoki człowieka. Obok zwłok leżał
wielki karabin z laserowym celownikiem. Dopiero teraz ciszę, jak
brzytwą, przeciął krzyk. Krzyk wydobywający się zza kotary.
I wydobywający się z wielu gardeł. Ściana baru rozpadła się
w wielkim wybuch. Przez otwór wsypały się siły specjalne Górnego
Miasta. Mieli na sobie mechaniczne zbroje. Otworzyli ogień. Paru
biedaków czerwienią udekorowało ścianę. Jeden z nich cudem
unikając kul dopadł żołnierza. Stalowa rurka wydobyta
niewiadomo skąd zagłębiła się w czaszce jednego z agentów.
W tym samym czasie biedaka przeszyło tysiące kul masakrując uśmiech
zadowolenia na jego twarzy. Powietrze przecięła następna salwa
karabinu barmana. Spod mechanicznych, lśniących czystością
zbroi trysnęły strumienie krwi. Agenci padali na ziemię i ginęli
w kałużach własnej krwi. Biedacy biegli na oślep w największą
bitwę. Biegli ze swoimi pałkami, rurami czy łańcuchami.
Biegli przeciw karabinom i stalowym zbrojom. Biegli przeciw
pewnej śmierci. Ale przed nią zbierali swe żniwo. Żniwo w
postaci zakatowanych na śmierć agentów. Nie wiedzieli w czyje
imię zabijali. I nie wiedzieli w czyje imię ginęli. Po prostu
to robili.
Frashen nie pozostał dłużny. W końcu nie mógł dziś zginąć.
Dziś był jego szczęśliwy dzień. Pierwszego agenta zabił
strzałem w głowę. Struga gęstej krwi chlapnęła prosto w
twarz strzelającego. Nie zważał na to. Następnego agenta
powalił silnym uderzeniem pałki wydobytej nie wiadomo skąd i
nie wiadoma kiedy. Powalonego żołnierza dopadło dwóch nędzarzy
i skatowało na śmierć. Jeden spojrzał Frashen'owi w oczy . W
oczach biedaka palił się duch walki, chęć przeżycia. Tliła
się nadzieja, że może przeżyje, zwycięży. Tlącą się
nadzieję ugasiła celna seria jednego z agentów. Seria po której
płuca nędzarza eksplodowały. Chwilę później agent nie żył.
Frashen stał nad nim z dymiącym WSK180. Następna seria z
karabinu barmana chwilowo oczyściła przejście. Dała jedyną
szansę ucieczki. Frashen skorzystał z niej. Na zewnątrz roiło
się od agentów. Podkładali plastik pod następną ścianę
baru. Jeden z nich zauważył wymykający się cień. Cień który
walczył przeciw funkcjonariuszom Górnego Miasta a więc cień
który trzeba było unicestwić. Zauważył to tylko jeden agent.
Pociągną za spust. Cień upadł. Agent był pewien że zabił
intruza. Nie musiał sprawdzać.
Frashen doczołgał się do śmietnika. Miał rozerwaną nogę, z
której ciągle sączyła się krew. Przy życiu trzymały go
tylko wcześniej zażyte narkotyki. W śmieciach znalazł
robaczywe jabłko. Zjadł całe. Wyjął swoją broń. Dziś ją
znalazł. To był jego szczęśliwy dzień. Nie mógł dziś zginąć.
Wasnn był z siebie bardzo zadowolony. Znalazł dzisiaj niczym
nie wyróżniającego się biedaka w jednym z tysięcy niczym nie
wyróżniających się zaułków. Staruch miał obłocone i
postrzępione ubranie. Na udach miał wielki czerwone plamy jego
własnej krwi. Posoka wydobywała się z rozerwanej tętnicy
udowej. On zdawał się tego nie zauważać. Zakrwawionymi rękoma
grzebał w śmieciach. Gdy tylko zobaczył nieznajomego, zaczął
charczeć. W charczeniu tym dało się zrozumieć tylko jedno słowo
"pomocy". Wasnn pomógł mu. Pomógł mu swoim wysłużonym
acz ciągle skutecznym bejsbolem. Dziadek zacharczał głośniej
po czym umilkł. Ręce bezwładnie opadły w błoto. Z ran
przestała cieknąć krew. Nieznajomy przeszukał zwłoki. Czynność
ta była niezbędna by przeżyć w Dolnym Mieście. Tym razem
Wasnn'owi poszczęściło się. Przy trupie znalazł WSK 180. Bezłuskowy
i samowystarczalny pistolet z ponaddźwiękową amunicją. I choć
Wasnn nie był wierzący, uznał to za dar Boży.
Wasnn spojrzał na pękniętą tarczę starego, wysłużonego
zegarka. Była 00:13.
Bartek Filipowicz
|