WRÓĆ

Ten kawalek mnie chcialabym zadedykowac pewnemy specjalnemu czlowiekowi. Istnieje on tylko jako duch, choc raczej nalezaloby powiedziec AZ jako duch. SicKBoY'u dziekuje, ze istniejesz, ze pozwalasz mi na te wszystkie slowa. Badz jaki jestes. Prosze.

Zielone Pieklo

Otwieram oczy. Jestem już. Istnieję. Widzę swoje stopy, dolną część ciała, ręce ułożone po obu jego stronach. Mam je, moje kochane, idealne ciało. Podnoszę na próbę rękę, czuję mrowienie, jakby cząsteczki powietrza odbijały sie o skórę. Wiem, że to niemożliwe, cząsteczki przecież są tak małe, że przechodzi to moje wyobrażenie. Kiedyś starałam się je zobaczyć. Cząsteczki. Zobaczyć... Błysk przypomnienia. Podnoszę dłoń do twarzy. Czoło, oczy, nos, usta... Wszystko takie, jak zapamiętałam. Włosy. Wiem, że to niemożliwe, ale zdaje mi się, że od ostatniego razu trochę urosły. Nie, to niemożliwe. Odrzucam tą myśl, jest tak absurdalna... Przecież to by znaczyło... Nie, nie powinnam nawet o tym myśleć...
Rozglądam się. Pustka. Jest jasno, ale nie mogę zlokalizować źródła światła. Po chwili czuję, że się rumienię. Jak mogłam o tym zapomnieć, tutaj ja jestem wszystkim. Pustka. I jasno. Jasno? Marszczę czoło. To niemożliwe. Tu nie może być próżni, nie byłoby światła... I znów błysk zrozumienia. W tym wymiarze może...
Znów zamykam oczy, muszę się skupić. W myślach przyciemniam światło, nadaje mu Kolor. Kolorem światła dzisiaj będzie zielony. Uśmiecham się, bo czuję Zapach. Nieświadomie wymyśliłam też Zapach. Agrest. Jakie to dziwne, barwa zielona zawsze przeplata mi się z wonią tych małych, kwaśnych jagód. Ale podoba mi się. Wyobrażam sobie teraz Wiatr. Miliardy miliardów cząsteczek szybują pasami w jedną stronę. Zielony Wiatr. Wybucham śmiechem, podoba mi się. Poddaję się powiewowi, porywa mnie łagodnie. Płyniemy. Właściwie nie jestem tego pewna, nie ma żadnych punktów orientacyjnych. Znów zamykam oczy, postanawiam stworzyć Ziemię. Bedzie brązowa, niezbyt to odkrywcze, ale lubię ten kolor. Już. Przeciwstawiam się masie zielonego powietrza, spływam na dół. Bo tam, gdzie jest ziemia będzie dół- postanawiam. Klękam. Dotykam powierzchni pode mną. Jest gładka. Niczym szkło-przypominam sobie. Nie lubię szkła, zmieniam więc fakturę na chropowatą. Miękka-myśle. I już czuję, jak moje stopy powoli zagłebiają się w brązowość. Czyli jest grawitacja. Dziwię się, bo przed chwilą mogłam latać. Czuję czyjąś obecność... Nie materialną, cielesną, po prostu wiem, że jest tu jakiś byt. Boję się, że zakłóci powstawanie mojego dzieła, zniszczy coś, co jeszcze nie zaczęło istnieć... Rozglądam się uważnie, próbuję wychwycić najmniejszy ruch. Nic. Nic? Powietrze przede mną faluje lekko... Nabiera kształtu. Gęstnieje... To Mężczyzna. Wiem, że ja jestem Kobietą. Uśmiecha się. Jest piękny. Chyba myśli to samo o mnie. Oboje równocześnie wyciągamy do siebie ręce. Koniuszki palców stykają się. Patrze na jego oczy, są zielone. Jak moje powietrze- myślę.
-Twoje są jak ziemia, brązowe.-słyszę go. Przecież jeszcze nie wymyśliłam Dzwięku. Skąd...
-Ja też mogę Tworzyć-Znow mówi. Ma ładny głos, miękki i niski, przypomina mi coś z przeszłości... Nagle sama pragnę coś powiedzieć. Usłyszeć siebie.
-Dlaczego?- pytam. Nie wiem, co może znaczyć to pytanie. Ciekawe, co odpowie.
-Jesteśmy tu. Stwórzcie mi świat. Ty, Lilith i Ty, Adamie, powiedział. Zróbcie wszystko tak, żeby bylo idealnie. Żebym mógł tu zamieszkać.- Meżczyzna uśmiechnął się znowu.
-Adamie- wymawiam imię- I Lilith...
-Piękne, nieprawdaż?- pyta- Tak jak i Ty...-dodał.
-Świat, świat, świat-bawię się tym słowem- świaaaat...
-Stworzymy mu dom. Piękny, jak my-obiecuje Adam. Dotyka mojej twarzy.
Na razie nie ma tu jeszcze prawie nic. Tylko zieleń i brąz. Postanawiam wymyśleć Rośliny. Drzewa. Kwiaty. Trawa. Zioła. Adam tworzy Zwierzęta. Robi to szybko i sprawnie, już po chwili po mojej trawie biegają sarny, niedźwiedzie, króliki... Postanawiam też stworzyć zwierzę. Jest małe, czarne, ma lśniące futerko i oczy Adama.

-Kot-szepczę-Bedzie miał na imię Kot.
Adam nazywa wszystko po kolei: żółwie, tygrysy, konie... Ja bawię się, dmucham w złożone ręce i po chwili z nich unosi się chmara kolorowych motyli. Przeplatają się, rozpraszają... Patrze na nie i nagle zauważam ptaki. To robota Adama. Dla mnie zrobił Kolibra, wiem, że jest dla mnie, bo jest zielony. Nie chcę pozostać mu dłużna, już po chwili koło jego nogi pojawia się Pies. Stoimy obok siebie, patrzymy, my, dwójka czarodziei, na nasz Ogród. Adam zrywa pęk tulipanow, rosły koło jego nogi. Wkłada mi je do ręki. Całujemy się. Podczas tej chwili wymyślam Niebo, mieni się różnymi kolorami... Adam tworzy Słońce. Robi się ciepło, pomyślał więc nawet o Temperaturze.
Oddalam się od niego, płynę podziwiać Świat, który powstał. Adam jeszcze wymyśli ocean, ale ja mogę poświęcić sie zwiedzaniu i upiękaszaniu. Towarzyszy mi Kot i Koliber. Ja i ptak płyniemy, Kot biegnie koło mnie. Nagle Kot skręca, widzę, że chce mnie gdzieś zaprowadzić. Podążąm za nim. Mijam małe chomiki, mrówki, później żyrafe i pingwina. Są zajęte, buduja gniazda, jamy, leża. Szukam Kota, straciłam go na chwilę z oczu. Nigdzie go nie widzę, ale zauważam coś, o czym przedtem nie wiedziałam. Jabłoń. To złe miejsce, boję się go. Słyszę miauczenie Kota. Wspina się na Jabłoń, ostrymi pazurkami obejmuje korę. Widzę, że też się boi, ale nie może się zatrzymać. Płaczę, wołam Adama. Zamiast niego staje obok mnie ktoś inny. Wąż. Nie lubię go, ma łuski i jest obrzydliwy. To znaczy jest piękny, ale nie tak piękny jak ja czy Adam. Czuję, że jest zły. Tak samo, jak Jabłoń. On... On je Jabłko! To przecież wykroczenie rowne śmierci! Zostanie ukarany! Chcę odejść, ale Wąż ma nade mną władzę. Trzyma Kota, zdjął go z jakiejś gałęzi. Dotyka go tymi swoimi zrogowaciałymi dłońmi tak, że przechodzi mnie dreszcz obrzydzenia...
-Każ Adamowi zjeśśśśść Jabłko!-syczy. Straszy moje zwierze, Kot wyrywa się, jego miauczenie przechodzi w płacz...
Nie zgadzam się, wiem, że Wąż nie może zabić ani mnie, ani Kota. Nie wolno mu. On chyba też zdaje sobie z tego sprawę, upuszcza czarne, drżące ciałko. Kot podbiega do mnie, ociera się o moje nogi. Czuję siłę, chcę zabić Węża. Nagle słyszę miękkie kroki. Wąż rzuca mi pod nogi ogryzek. To Adam staje pomiędzy mną a Wężem.
-Lilith, ty... Ty zjadłaś Jabłko!- szepcze- Nie wierzę... Jak mogłaś mi to zrobić? Jak mogłaś Mu to zrobić?
-Ja... To ten Wąż!- krzyczę- Najpierw chciał zabić Kota a później... Sam zjadł owoc! Nie zrobilam nic złego! Adamie, zaufaj mi!
-Nie wierzę... Nie wierzę-powtarza w kółko- Nie, nie, nie, nienienienienie!
-Odejdź, natychmiast odzjdź! -rozkazuje mi- Nie pokazuj się mi na oczy, ty... Wiedźmo!- Wąż uśmiecha się za jego plecami.
Wiem, że obrona jest bezsensowna, odwracam się powoli. Schylam głowę, zasłaniam twarz włosami, aby nie widział łez. Odchodzę. Przy mnie idzie Kot. Idziemy, wciąż idziemy. Nie obchodzą mnie zwierzęta, które ocierają się o mnie, nie interesują mnie rośliny... Dochodzę do jakiś gór, musiał je stworzyć Adam, kiedy stałam koło Jabłoni, kiedy Wąż... Och, nie chcę o tym myśleć!

Wspinam sie wciąż wyżej, ostre odłamki skał ranią moją piękną skórę, spod stóp pierzchają jaszczurki kryją się pod kamieniami. Dyszę, jestem potwornie zmęczona. Czuję, jak cała moja półboska siła ze mnie ulatuje, wycieka strumieniami, razem z perlistym, słonym potem. Kot krwawi z poduszek łap, widzę, że na grzbiecie widać różowy kawałek skóry po wyrwanej sierści. Nie wiem, czy zrobił mu to Wąż czy są to skutki długiej wędrówki. Postanawiam odpocząć, akurat zauważam maleńką jaskinię. Ma bardzo wąski otwór, wpełzam do niej. Czołgam się przez chwilę korytarzem, nadal ranię się o krawędzie skał, ostry żwir wbija mi się w kolana, dłonie, łokcie... Nie zwracam najmniejszej uwagi na ból zewnętrzny, bardziej skupiam się na ogniu we mnie. Rozpadlina powiększa się z małego korytarza zmienia się w olbrzymią salę. Jest tu ciemno, ale potrafię widzieć w ciemnościach. Słyszę szum wody, po paru chwilach zauważam również wodospad. Właściwie jest to tylko małe źródełko, ale jak dla mnie jest wystarczające. Niewielka kaskada wody spada tworząc jeziorko i rozbryzgując się o lśniącą czernią w mroku taflę. Kot podchodzi do zbiorniczka, zanurza różowy języczek w pieniącej się wodzie. Ja nabieram jej trochę ne dłoń, spijam słodka, bezbarwną ciecz. Czuję, jak woda krąży po moim ciele, jak łączy się z krwią... Wsłuchana w tą muzykę zasypiam.

Czuję, że coś ciężkiego porusza się mi na piersi. Kot. Chcę pogłaskać przyjaciela, ale kiedy unoszę lekko rękę przeszywa mi ją ból. Przecież jestem półboginią- myślę. Mogę tworzyć świat. Mogę naprawić te skaleczenia... Mogę? Och, nie!!! Moja moc gdzieś uleciała, straciłam ją! Jestem zrozpaczona, płaczę z żalu i litości nad sobą. Samotność. Kiedyś była pustym dzwiękiem, slowem bez znaczenia. Nawet, gdy w tym wymiarze istniałam tylko ja, kiedy nie było Adama, zwierząt, nawet wtedy nie czułam się samotna. Teraz to uczucie przytłcza mnie, boli bardziej, niż rany na ciele. Powoli wstaję, pokonuję swoją własną słabość. Zastanawiam się, co dalej się ze mna stanie. Do Ogrodu nie wrócę, a tu nic, prócz niego nie istnieje. Hmmm, czy na pewno? W odległym punkcie groty zauważam jakby schody do wnętrza ziemi. Zbliżam się do nich, kładę stopę na gładkim kamieniu. Kot cicho stąpa obok mnie. Ociera się o moje nogi, mruczy, jakby uważał, że podjęłam odpowiednią decyzję. Schodzimy po stopniach, są ciepłe, coraz cieplejsze w miarę kroczenia w głąb. Nie wiem, ile trwa ta nasza wędrówka, nie mam poczucia czasu odkąd moja moc mnie opuściła. Ale stąpam po kamiennych schodach, teraz one są całym moim swiatem. Nie miałam pojęcia, że Swiat sięga aż tak bardzo w Środek... Zatracam się w pilnowaniu porządku kroków: Noga lewa i prawa... lewa, prawa... lewa... prawa... Toteż nawet nie zauważam, kiedy ściany korytarza zaczynają jarzyć się pomarańczowo-czerwonym blaskiem. Dopiero kiedy kończą się stopnie podniszę ze zdziwieniem głowe. Jestem w jaskini, ale tak olbrzymiej, że sufit i przeciwległe ściany nikną gdzieś hen, daleko. Idę przed siebie. Kot wciąż mi towarzyszy. Nagle przede mną pojawia się jakaś postać. Nie wiem, kto to może być, myślałam, że ja i Adam jesteśmy jedynymi istotami stworzonymi na podobieństwo Jego.
-Kim Jesteś?- zadaję mu to pytanie.
- "Abaddon Chemosh Lilith Adramelech Cimeries Loki Ahpuch Coyote Mammon Amon Czort Mania Apollyn Dagon Mantus Aryman Damballa Marduk Asmodeusz Demogorgon Mastema Astaroth Diabolos Mefistofeles Azazel Dracula Melek Taus Baalberith Emma-O Metztli Bafomet Eurynomos Mictlan Balaam Fenrir Midgard Bast Gorgo Milcolm . Beelzebub Haborym Moloch Behemot Hecate Mormo Beherit Isztar Naamah Bile Kali Nergal Nihasa Sachmet T"an-mo Nija Sammael Tamuz O-Yama Sammu Tezcatlipoca Pan Sedit Thot Pluton Set Tunrida Prozerpina Shaitan Tyfon Pwcca Shamad Yaotzin Rimmon Supay Yen-lo.Wang Sabazios Siwa". Tak mnie nazywają, ale mam jeszcze więcej imion. Domyślasz się już?
-Szatan...- Wiem już wszystko- Ale dlaczego wymieniłeś też moje imię? Przecież ja należę do Boga.
-Zaraz Ci wszystko opowiem, moja droga Lilith...- szepnął, w jego twarzy zauważyłam wielki ból i smutek, wielokrotnie większy od mojego cierpienia.- Myślałaś, że tu istniejecie tylko Wy, prawda? Ty i Adam. Że nie ma nikogo więcej, kto by Go przypominał.
-Tak...
-Mylisz się, Lilith, od początku się myliłaś... Czy wiesz, w ogóle kim jestem? Znasz jedno z moich imion, ale czy wiesz coś tak naprawdę o mnie?
-Jesteś Szatanem. Wcielone Zło. Próbowałeś Go zniszczyć, chciałeś się postawić ponad Nim. Burzyłeś spokój Aniołów. Na koniec zniszczyłeś poprzedni Świat. Miłosierny kazał Cię wygnać, strącić w Czeluście Piekielne. Czeluście... To tu jesteśmy, prawda?- dziwne, ale nie boję się. Jestem tylko bardzo spokojna.
-Tak, Lilith, tu jest Piekło. Tu moje Królestwo. Czuj się jak u siebie w domu, hahahaha-w tym momencie zaśmiał się śmiechem iście diabelskim...- Ale reszta rzeczy to kłamstwa, wierutne kłamstwa. Lilith, musisz mi uwierzyć! Nie próbowałem Go zniszczyć, byłem jednym z Jego najwierniejszych Aniołów. po prostu kiedyś wytknąłem u Jego błąd. Nie był wielki, wiedziałem o nim tylko ja. Nie był wielki, ale sprawił, że tamten świat zaczął gnić, plugawieć. Bóg nie chciał, aby ktokolwiek wiedział, że to on jest wszystkiemu winien. Wygnał mnie tutaj, a później zniszczył wszystko, zniszczył calusieki świat. Bał się, co może się dalej Stać. Winą za wszystko obciążył mnie. Cóz, i tak już tam nie istniałem, nie mógł mi bardziej zaszkodzić... A jednak zaszkodził, jak widać...-mówi z żaliwością szaleńca, ale z całą pewnością nie jest szalony, wszystko, co wychodziło z jego ust, nosi znamiona prawdy, wszystko układa mi sie w jedną całość...
-Patrz, co się dzieje teraz- rzekł wykonując dziwny ruch dłońmi, jakby kreślił w powietrzu jakiś nieznany znak. Symbol zaczął jaśnieć ciepłym, fioletowym światłem, i, zamiast zniknąć, rozjarzył się mocniej...

Wpatruję się w ten blask, w tą mieszankę kolorów, dzwięków, zapachów... Nagle pojawiają się kształty. Nie, to nieprawda!-chce krzyknąć, ale czuję, że nie potrafię wydobyć z siebie żadnego dzwięku. Widzę Jabłoń, widze Węża, widzę Adama i... Adama i... Jakąś inną Kobietę!!! Adam obejmuje ją, trzyma za rękę, pieści jej włosy...
-To Ewa. On ją stworzył. Kiedy Wąż powiedział Adamowi, że zjadłaś Owoc, ten poszedł do niego i poprosił o nową Kobietę. On kazał Cię strącić w Czeluść. Nawet nie wie, że sama tu przyszłaś... Ona ma teraz twoją moc, ale nie potrafi z niej korzystać. Jest tylko Człowiekiem.
-Człowiekiem? Kto to jest Człowiek?-pytam. Nie rozumiem tego słowa, słyszę je po raz pierwszy.
-Człowiek stoi pomiędzy nami, Połbogami i Aniołami oraz Zwierzętami. Ma moc, ale nie potafi z niej korzystać. Od zwierząt różni go to, że posiada własną wolę. Ale również nie ma z niej zbyt wielkiego pożytku, jest po prostu głupi. Nie zna tajemnic Wszechświata. Nie umie zmieniać Rzeczywistości. Jest tylko widzem, nie ma wpływu na wydarzenia, choć on sam uważa, że wszystko się dzieje przez niego i dzięki niemu.
-To po co On go stworzył?-ta myśl nie daje mi spokoju, trzepocze się we mnie...
-Heh, On jest próżny. Uwielbia, jak się go chwali. A właśnie do tego Ludzie nadają się najlepiej...-Tłumaczy Szatan-Czy już wszystko rozumiesz?-spytał.
-Tak... Proszę, niech to zniknie...-Wiedziałam już, co za chwilę zobaczę- Nie, proszę, nie!
Widzę, jak Kobieta pokazuje coś Adamowi. Robi zamach ręką, zakreśla koło. Adam przez chwilę się waha. Kobieta zaczyma płakać. Krzyczy i rzuca się. Adam nie wie, co zrobić, ale zaraz kiwa głową. Nagle moje Niebo zmienia kolor. Z pięknej zieleni migocząc przechodzi w błękit. Zakrywam dłońmi oczy. Teraz ja płaczę, ale zupełnie inaczej, niż tamta. Po prostu łzy ciekną mi po policzkach, kapią na piersi i dalej na podłogę Piekła. Diabeł patrzy na mnie ze smutkiem. Obejmuje mnie ramieniem. Mowi.
- Nie przejmuj się, Lilith, wszystko będzie dobrze... Mamy piekło, zrobimy tu Nasz Świat...

Zgadzam się z nim. Powoli uśmiecham się przez łzy. Nagle w oczach Szatana widzę strach.
-Co ona robi? Czy ona chce... Szybko, Lilith!- Patrzymy w iluzje Ogrodu. Adama już nie ma, pod Jabłonią stoi tylko kobieta z Wężem. Wąż podaje jej Jabłko. Ona z uśmiechem bierze z jego pokrytej łuską dłoni owoc. Podnosi do ust...
-NIEEEEEEEE!!!!!!!!- Krzyczy Szatan. Jego twarz kurczy sie w spaźmie strachu- Nie rób tego!!!

Ale ona go nie słyszy. Gryzie Jabłko. Miąższ peka, spod jej zębów tryskają małe fontanny soku. Wąż uśmiecha się, na sam widok tego grymasu przechodzą mnie dreszcze. Kobieta gryzie kęs owocu, przełyka. Na jej twarzy pojawia się wyraz ekstazy, ale prędko zmienia się we wstyd. Szybko odwraca się i biegnie przed siebie. zatrzymuje się dopiero przed dużą palmą. Zrywa parę olbrzymich liści i probuje okryć swoją nagość. Tak znajduje ją Adam. Podchodzi do niej, patrzy ze zdumieniem, co Kobieta próbuje zrobić. Ona zauważa go. Wstaje. Chwile rozmawiają, potem ona podaje mu Jabłko. Adam nie chce dotknąć owocu, więc Kobieta znów zaczyna płakać. Adam nie wie, co zrobić. Patrzę na Szatana. Weźmie czy nie? Nasze myśli płyną w tym samym kierunku. On wie pierwszy.
-Nieeeeee...-głuchy jęk i szatan zsuwa się na kolana, jakby nagle ktoś wessał calą jego energię-Nieeeee...

Adam wyciąga rękę. Kobieta uśmiecha się przez łzy. Jest prawie tak piękna jak ja. Nie rozumiem, dlaczego on na nią nie krzyczy tak jak na mnie, nie wiem, o co tu chodzi... Adam tymczasem szybko gryzie Jabłko, przełyka...
Wszystko gaśnie, już nie widzę w ciemnościach. Czuję tylko obok mnie cichy oddech Szatana. Klękam przy nim.
-Oni są już straceni, prawda? -pytam.
-Tak, są już straceni. On da im jeszcze jedną szansę, ale są już straceni... -odpowiada.

Nagle czuję, że wcale mi ich nie żal. Podnoszę się i pomagam wstać Diabłu. Nie puszcza mojej ręki.
-Lilith...-szepcze- Lilith... Zobacz...
Mrok nagle zostaje wyparty przez światło. Zielone światło. Uśmiecham się. To trochę dziwne: Zielone Piekło...


witch16@wp.pl