WRÓĆ
 

E K S P E R Y M E N T

Od jakiegoś czasu zaczęło mi się wydawać, że jest jeszcze jakaś inna, głębsza rzeczywistość. Chwilami myśałem, że to tutaj jest tylko odchyleniem, niewinną dygresją, a prawdziwe życie toczy się zupełnie gdzie indziej. Miewałem przebłyski, podczas których ogarniało mnie dziwne przeświadczenie, że tkwię w kokonie z myśli, zdarzeń i obrazów, poza którym istnieje inny - prawdziwszy - świat. Jednak każda próba wychylenia głowy na zewnątrz kończyła się fiaskiem. Nie wiedziałem jak się do tego zabrać.
Otrząsnąłem się z tych pozbawionych sensu rozmyślań. Oto czekało mnie wielkie przedsięwzięcie. Wspaniały eksperyment. Właściwie to dzisiejszy dzień był tylko ukoronowaniem kilku ostatnich lat pracy. Ale ja nie byłem ani pomysłodawcą projektu, ani jego wykonawcą. Byłem jedynie królikiem doświadczalnym.
- Doktorze...
Stał przede mną asystent w białym kitlu.
- Doktorzy Mills i Fahrn już czekają - powiedział.
Poprowadził mnie do jasno oświetlonej sali, którą znałem, i w której bywałem wiele razy. Przywitałem się z kolegami po fachu i usiadłem na czymś, co przypominało fotel dentystyczny.
- Odpręż się - rzucił Fahrn.
Igła strzykawki ze środkiem halucynogennym błysnęła w świetle lamp laboratoryjnych.
- Ten eksperyment przejdzie do historii - stwierdził Mills. - Obudzisz się, jako sławny naukowiec.
Zaczęli nakładać mi czujniki, setki drutów plątały mi się przed oczyma. Zobaczyłem linię swojego pulsu na zielonym ekranie oscyloskopu, posłyszałem miarowe pikanie w takt oddechu, rysik elektroencefalografu jął szaleć. Nie poczułem ukłucia, ale wiedziałem, że ono nastąpiło. Środek o tajemniczej nazwie KH-140, jedna z wielu odkrytych metodą prób i błędów substancji, popłynął z prądem mojej krwi.
Poczułem nagłe znużenie. Powietrze wokół mnie zgęstniało i stało się jakby - mięsiste. Mimo to oddychałem bez wysiłku. Widziałem uśmiechnięte twarze kolegów, ich kciuki wzniesione do góry, asystentów notujących pilnie. Wszyscy coś mówili, ale ja nie słyszałem nic poza głuchym łomotem seca. Powoli zapadałem się w sobie; mikrokosmos mojego ciała zaczął wyraźnie oddzielać się od świata zewnętrznego. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że nie rozumiem tego, co widzę. Obrazy straciły swe znaczenie, przedmioty - kształty. Zapomniałem, gdzie się znajduję i co tu robię. Powieki samoczynnie mi opadły. Mimo to nie zauważyłem żadnej zmiany.
Obudziłem się w nie znanym sobie pomieszczeniu, pośród obcych ścian.
Z początku ogarnęła mnie panika, ale po chwili uświadomiłem sobie, że halucynuję, że to co widzę to tylko część eksperymentu. Wstałem, ciekawy tej nowej, irracjonalnej rzeczywistości. Wszystko wyglądało normalnie, co początkowo wydało mi się dziwne; zaraz jednak przypomniałem sobie, że każdy, nawet najbardziej zwariowany sen wydaje się zwyczajny, dopóki człowiek nie przestanie śnić. Kiedy jestem w objęciach halucynacji, rządzą mną jej prawa.
Spojrzałem na meble. Nie wiedziałem nawet, czy w rzeczywistości coś takiego istnieje. Popatrzałem do lustra. Ale czy ja naprawdę tak wyglądam? Czy ludzie tak wyglądają? Dwunożne, dwuręczne istoty? To brzmi niepraktycznie.
Wszedłem do pokoju obok. Jasno oświetlona sala. Na środku, w otoczeniu ludzi w białych fartuchach, na fotelu dentystycznym, leżał śpiący człowiek. Jego gałki oczne wibrowały z dużą częstotliwością.
- Kim pan jest? Proszę wyjść - zwrócił się do mnie jeden z mężczyzn. - Proszę opuścić teren ośrodka.
- Ależ to ja! - krzyknałem. - To ja!!!
Wtedy właśnie kolory zaczęły się rozmywać, blednąć, kształty załamywać, a przestrzeń wirować. Poczułem, że upadam na podłogę; zdążyłem jeszcze pomyśleć: "Co, tak krótko?! Już koniec?!", po czym pogrążyłem się w nieświadomości.
Następne doznanie dotyczyło tylko koloru. Biel. Później zdałem sobie sprawę z tego, że dociera do mnie światło. Że widzę sufit. Lampę.
Czy leżę?
Leżę. A właściwie jestem w pozycji półsiedzącej.
Obudziłem się w jakiejś sali pełnej ludzi. Wszyscy stali wokół mnie i przypatrywali się.
- Eksperyment zakończony sukcesem! - zakrzyknął jeden z nich, a pozostali zaczęli bić brawo. - Jest pan bohaterem, doktorze Higgins!
Spojrzałem po twarzach naukowców; w jednej chwili przeleciały mi przed oczami wszystkie obrazy z niedalekiej przeszłości. Eksperyment... Zaraz...
A gdzie Fahrn?! I Mills?! Ani jeden z tych ludzi w żadnym stopniu nie przypomina mi ich. Więcej, nie znam stąd nikogo!
- Dobrze się pan czuje? - spytał mężczyzna o krótkich, czarnych włosach.
- Kim jesteście!? - przeraziłem się najpierw. Zaraz potem przyszła refleksja. Znowu halucynuję! Muszę to zapamiętać, żeby, kiedy się obudzę, powiedzieć Fahrnowi, że halucynacje przechodzą płynnie jedna w drugą. Ogarnął mnie spokój.
- Doktorze Higgins... Pan już do nas wrócił... Siostro, podajcie mu środek uspokajający...
Wtedy zaświtała mi myśl, żeby coś sprawdzić - co się stanie, w momencie, kiedy się zabiję? To może być ciekawe... Zerwałem się z fotela, jęknąłem, gdy czujniki boleśnie odlepiły się od mojej skóry. Realistyczne... - pomyślałem w przelocie. Dopadłem okna. Wysoko. Dobrze.
- Doktorze Higgins! Co pan robi!? - krzyczano za mną. Podniosła się wrzawa. Odwróciłem się.
- Ale... - chciałem coś powiedzieć, lecz zrezygnowałem. Po co tłumaczyć zjawom, że nimi są? Otworzyłem okiennice, wspiąłem się na parapet. Chłód poranka owionął mi twarz.
- Jezus Maria, zatrzymajcie go! - krzyczano za mną.
Skoczyłem.
Na protokół ze swojego zgonu spoglądałem zawieszony gdzieś, pośród nieznanych sobie kształtów i kolorów, patrząc, ale nie widząc. Zapewne jedynie myślałem... Chociaż nie mogę tego autorytatywnie stwierdzić - nie znając niemyślenia.
Później doszły do mnie, z całkiem bliska, słowa asystenta w białym kitlu, stojącego obok.
- Doktorzy Mills i Fahrn już czekają...


Ijon Tichy