WRÓĆ

Bohater

Zabawne. Właściwie nie pamiętał skąd się tu wziął. Owszem, wiedział, że jest barbarzyńcą; prawdę powiedziawszy, to wszyscy wokół to potwierdzali, potakując gorliwie, łącznie z uroczą panią kowal, która tak miło się do niego uśmiechała. Nie miał pojęcia, czemu ludzie we wszystkim się z nim zgadzają i patrzą, jak gdyby - bojaźliwie? Czyżby była to zasługa jego postury, która, to racja, wybijała się ponad przeciętność? Spojrzał z niejakim zadowoleniem na swoje napięte muskuły, gibkie uda, szerokie bary (spostrzegł przy tym płatki łupieżu, który strzepnął zaraz gniewnie). Tak, nie ulegało wątpliwości, że jest potężnym kawałem chłopa.

Wrócił jednak do rozważania celowości swego pobytu tutaj. Ludzie w obozowisku, w którym aktualnie przebywał, nie mówili o niczym innym, jak tylko o demonach, potworach i innych maszkaronach czających się wszędzie dokoła, tak, że aż dziw brał, iż ten kawałek terenu, otoczony zmurszałą palisadą, nie został jeszcze zrównany z ziemią, spalony, splądrowany i przeklęty na wieki. Jakoż większą obawą napawało go od jakiegoś czasu lęgnące się w jego umyśle przekonanie, jakoby wszyscy właśnie w nim upatrywali tego, który uwolni ludzkość od czających się wszędzie dokoła demonów, potwo... no, ogólnie wszelkiego zła. Co więcej, doszły go słuchy, iż cały ten raban spowodowany jest przez potężnego czarta, czy też biesa jakowegoś, Panem Terroru zwanego. Legendy i mity krążyły o nim prawdziwe, wygłaszane trwożliwym głosem przez starszyznę, wieczorem przy ognisku; jedynym ich skutkiem było momentalne napełnianie się jego pęcherza, co też musiał zaraz naprawić, uciekając w pobliskie krzaki w najbardziej emocjonujących momentach owych historii.

Pomny tychże opowiadań, z wielkim zażenowaniem spozierał na filigranowy toporek dyndający mu u pasa. Nie wiedział w jaki sposób wszedł w jego posiadanie, ale był to zapewne toporek nowiutki, gdyż na gładkim, lśniącym ostrzu nie rysowała się żadna szczerba, nie mówiac już o estetycznych plamach krwi. Zdecydowawszy się zmienić ten niewątpliwie niezadowalający stan rzeczy, skierował swe kroki do tejże uroczej pani kowal, która to takim promiennym uśmiechem obdarzała go co rano i co wieczór. Pani kowal pokazała mu cały arsenał przepięknych, błyszczących w słońcu mieczy, toporów, dzid, kos, włóczni, a także nieprzebrane bogactwa wszelakich opancerzeń na każdą część jego niebagatelnej wielkości ciała. Jedne z nich były magiczne, inne najnormalniejsze w świecie, ale mu spodobały wszystkie, bez względu na ich pochodzenie. Toteż odłożył sobie na stosik ze sto kilo żelastwa, radośnie przyglądając się swojemu przyszłemu wyposażeniu.

- 134674 sztuki złota - oznajmiła z pogodnym uśmiechem pani kowal, czyszcząc sobie językiem przerwy między zębami. Barbarzyńca, mówiąc oględnie, zdębiał, wydał nieokreślony odgłos paszczęką, i wgapił się z rozdziawioną buzią w wesołe oblicze wioskowej businesswoman - wyglądając przy tym niewypowiedzianie wręcz kretyńsko (ale nie znalazł się nikt, kto by mu na powyższy fakt zwrócił uwagę). Kiedy już ochłonął dostatecznie, bąknął coś, że nie posiada wymienionej kwoty pieniędzy (co było absolutnie zgodne z prawdą), na co pani kowal wzruszyła ramionami i zabrała się do chowania towaru w głąb kuźni. Barbarzyńca jął tedy tłumaczyć nieporadnie, że przecież wyrusza ratować świat, że ma za zadanie ocalić ludzkość, a na drodze staną mu nieprzeliczone zastępy piekielnych kreatur (demonów, potworów i innych maszkaronów), a nawet diabeł, we własnej, czarciej osobie, że nie poradzi sobie z jednym tylko, mikroskopijnym toporkiem, dotąd nieużywanym, i w ogóle. Na to pani kowal parsknęła śmiechem:

- A co mnie to, do cholery, obchodzi, dupku?! Nie masz cashu, to twój problem. Zarób se, idź na stomatologię albo marketing, to teraz popłatne. A na razie - adios, ćwierćdebilu!

Barbarzyńca poczuł się dotknięty, gdyż dzięki swojej błyskotliwości, wyłowił ślady ironii w głosie pani kowal, i obraził się na nią śmiertelnie; ta zaś, jakby nigdy nic, posłała mu, swoim zwyczajem, prześliczny uśmiech. Przyjął dumny i, jak mu się wydawało, inteligentny wyraz twarzy, po czym obrócił się na pięcie. Cóż, poradzi sobie sam, pokona każdą przeszkodę, przezwycięży każdą przeciwność losu, po trupach dojdzie do celu, sam, zwycięski, bo nie straszne mu hordy monstrów wylazłe z piekielnych czeluści, kiedy ma siebie i swój wierny toporek. A kiedy już będzie sławny i noszony na rękach, to nie da tej jędzy ani autografu.

Tak postanowiwszy, barbarzyńca z nowymi siłami pomaszerował dziarskim krokiem do wyjścia z obozu. Zaczepiła go jakaś stara kobieta, która napomkneła mu o tym, iż niedaleko znajduje się Nora Zła, czy coś podobnego, i że wartałoby tęże norę spacyfikować, ale on jej nie słuchał, napełniony żądzą krwi. Zaraz też wydostał się poza bezpieczny obszar koczowiska.

Nie trzeba było długo czekać, aż pojawi się pierwszy z serii demonów, potworów i innych maszkaronów, a okazało się nim nienajlepszego zdrowia indywiduum; prawdę rzekłszy, dawno już minęła jego jesień życia, a mówiąc jeszcze ściślej, był to najzwyklejszy w świecie zombie. Lecz cóż to dla barbarzyńcy i jego olbrzymiego-inaczej toporka? Siekł raz i drugi, odsyłając zombie ponownie do krainy wiecznych polowań.

Wtem poczuł dojmujący ból w lewym ramieniu. Odwrócił się i parę kroków dalej ujrzał jeża. Po chwili zweryfikował swój osąd, stwierdając, słusznie poniekąd, że nie jest to jeż zwyczajny. Jego bystry domysł potwierdził zaraz sam obiekt dociekań, rzucając się na barbarzyńcę z pazurami. No ale ten, z właściwą sobie gracją, sprawił, iż czynności metaboliczne przedstawiciela tego niezwykle agresywnego gatunku zostały zatrzymane.

Barbarzyńca oparł się na moment o drzewo, by odsapnąć, ponieważ zmachał się nieco w trakcie tych śmiertelnych bojów. Z niepokojem przyjrzał się swemu ramieniu, na którym wyrósł pokaźnych rozmiarów bąbel, do tego piekielnie swędzący. Dzięki swej niezwykłej lotności umysłu, barbarzyńca skonstatował, iż bąbel ów jest wynikiem trafienia przez kolec leżącego u jego stóp wojowniczego jeża. Cóż jednak mógł poradzić, nie pokaże się przecież w obozowisku i nie powie, że przerwał swoją krucjatę do wrót piekelnych, bo ma na ramieniu bułę. Toteż począł iść dalej, masując tylko zakażone miejsce zerwanym liściem pokrzywy (nie miał zielonego pojęcia, czy pokrzywa przeciwdziała jadowi napastliwych jeży, ale to lepsze niż nic; inna rzecz, że rana zaczęła go jeszcze bardziej piec).

Nie dane mu było długo rozmyślać o zawiłościach farmaceutyki i toksykologii, gdyż drogę zastąpili mu jacyś krzykliwi kurduple o czerwonej skórze z szabelkami w rękach - nawet jego mikroskopijny toporek wyglądał przy nich porządnie. Machnął nim kilka razy i już po karzełkach pozostały jedynie krwawe strzępy; jakież było jego zdziwienie, gdy po chwili zwłoki jęły wstawać, a ich rany zabliźniać się. Barbarzyńca znowu potraktował stwory toporkiem i uśmiercił je w mgnieniu oka. Cóż z tego, kiedy ci ponownie powstali z martwych. Sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie, a barbarzyńcę brało coraz to większe zapamiętanie i złość prawdziwa, zacietrzewił się i nasrożył jak indyk; ciął ich, a oni wstawali, ciągle wrzeszcząc swoimi piskliwymi, doprowadzającymi do obłędu głosami. Trwałoby to zapewne aż do momentu, kiedy barbarzyńca umrze z głodu, tudzież trafi go szlag, gdyby nie ognisty pocisk, który pojawił się nie wiadomo skąd. Zbrojny w toporek wojowik, w swym zaperzeniu, nie zauważył nadlatującego niebezpieczeństwa, i stała się tragedia. Huknęło, buchnęło i kula żywego ognia trafiła w wyciągnięte jak struna, stalowe ciało barbarzyńcy, które zgięło się w objęciach narastającego żaru; płomienie objęły w posiadanie stosunkowo wątłego, bo zbudowanego ze skóry, kości, mięsa i włosów człowieka. To była piękna śmierć.

Uściślając, to nie było aż tak różowo, gdyż szaman chybił nieco, a pocisk musnął tylko koński ogon barbarzyńcy. W tym momencie włosy zadziałały, wstyd to powiedzieć, jak lont, i taką to, kompromitującą, choć trzeba przyznać, że bohaterską śmiercią, zginął bohater.

You have died. Press Esc to continue.

10 października 2000 r.

Ijon Tichy [Tekst zainspirowany i na motywach gry Diablo II. Uwagi kieruj na: ijon@go2.pl