|
WRÓĆ
Książka z nowego gatunku Science-Humor-Fantasy-Fiction...
ARCYKLEJNOT I FACECI Z JAJAMI
Autor: Tomasz Wilczek
Dedykuję tę książkę uczniom, którzy daliby wszystko, by
znaleźć się w takiej sytuacji jak moi bohaterowie - z dala od
szkoły. Dedykuję ją też tym nauczycielom, dzięki którym do
szkoły chce się chodzić, którzy potrafią zachęcić do
przedmiotu, którego uczą (zdarzają się takie wyjątki).
PROLOG
Czyli odpowiedź na pytanie: "Skąd ten facet bierze materiał
do książek?"
Był wieczór. Za oknem, zasłoniętym cienką firanką, majaczyły
już pierwsze gwiazdy. Gdybym siedział na dworze, z dala od
ludzkich siedzib, pewnie rozkoszowałbym się wieczorną ciszą i
śpiewem ptaków na dobranoc, tymczasem otaczała mnie skoczna
muzyka i gwar wielu ludzkich głosów. W Tawernie było tłoczno
jak zwykle. Siedziałem przy kuflu "Krasnoludzkiego
Piwa" i (jak to często bywało) flirtowałem z barmanką.
Ale nie o moich podbojach miłosnych rzecz jasna będę pisał.
Zajęłoby to zresztą zbyt dużo opasłych tomów. No więc jak
już pisałem, siedziałem, piłem i miło gawędziłem, a do
Tawerny wchodziło coraz więcej osób. Zapytałem barmankę skąd
dziś tylu gości. Odpowiedziała, że sięgnął szczytu najazd
osób odwiedzonych rzekomo przez przybyszów z innej planety. Hmm
- pomyślałem - biorąc pod uwagę fakt, że nasza kochana
Ziemia jest tylko maleńkim, niewidocznym punkcikiem we Wszechświecie,
wyglądało na to, że ma całkiem niezłe powodzenie. Ponieważ
jestem z natury niedowiarkiem, nie rzuciłem się łapczywie na
te (moim zdaniem mało prawdopodobne) opowieści prosto z brukowców.
Uwierzyłem tylko w jedną, w którą zaplątana była czwórka
nastolatków...
Historię, którą Wam w miarę możności opowiem (właściwie
opiszę), usłyszałem właśnie tam - w Tawernie pod Ciekawymi
Opowieściami, gdzie przy kuflu przedniego piwa (oczywiście
bezalkoholowego) zbierają się ludzie mający coś ciekawego do
powiedzenia oraz ci wszyscy, którzy chcą ich wysłuchać lub
opisać ich przygody w swojej książce (tak jak np. ja).
ROZDZIAŁ I
Dziwny wieczór
Tego dziwnego wieczoru nasi bohaterowie (bohater - to brzmi
dumnie) grali w piłkę nożną (jak zwykle kiedy w czasie roku
szkolnego mieli trochę wolnego czasu). Było ich czterech: Łukasz
(nazywany też Łuki), Tomek, Michał i Marek (o wdzięcznym
przezwisku Max). Ściemniało się już, lecz oni dalej uprawiali
ten ulubiony przez nich sport. Piłka nożna to także dla mnie
najpiękniejszy sport na Ziemi. Niestety, profesjonalna piłka
odbiega od idei sportu i staje się bardziej produktem przynoszącym
duże zyski. Jeśli mówi się o najlepszych drużynach,
automatycznie ma się na myśli kluby najbogatsze. Cóż, w tą
stronę zmierza świat, bez pieniędzy nie ma sukcesów i widać
to zresztą dobrze także na przykładzie pisarzy: choćby któryś
nie wiem jak się starał i napisał najwspanialszą opowieść w
dziejach pisarstwa (w moim przypadku szanse na to są jak 1 do
1000000000000000000000), jeśli nie znajdzie wydawcy, który w nią
zainwestuje, nie ujrzy ona nigdy światła dziennego. Wszystkim
zdeprymowanym pisarzom zalecam więc odwiedzenie Tawerny. Nie
trzeba się męczyć, tematy do książek same się cisną, a do
tego to "Krasnoludzkie Piwo"... Książki powstają tu
tak małym nakładem wysiłku, że nawet w razie niepowodzenia
jednej, zaraz można zaczynać następną, a jeśli i ta nie
znajdzie uznania u żadnego wydawcy, to zawsze można dołączyć
się do jakichś krasnoludów udających się na wyprawę i przy
odrobinie szczęścia, wrócić przygnieciony złotem. Potem
wystarczy już tylko kupić jakieś wydawnictwo... Jeśli ktoś
chce, mogę mu zdradzić gdzie znajduje się Tawerna pod
Ciekawymi Opowieściami (nr tel. 0-700-700-700, koszt połączenia
370 zł \ min.). Na szczęście futbol amatorski nie stracił nic
ze swego uroku. Powracając zaś w tamten wieczór... Kiedy nie
było już widać piłki, koledzy udali się do domów. Schodząc
z boiska, dostrzegli jakiegoś człowieka opartego o pień
jednego z drzew rosnących obok boiska. Kiedy zbliżyli się do
niego, z łagodnym uśmiechem powiedział:
- Jesteście Wybranymi!
- Tak myślałem... Jest pan selekcjonerem reprezentacji Polski
czy managerem Manchester United? - przerwał mu Marek i ruszył
dalej, gdyż był głęboko przekonany, że ten osobnik nie ma piątej
klepki lub właśnie utopił ją w jakimś mocnym trunku (może
Coca -Coli?).
On jednak odwrócił się w ich stronę i zawołał:
- STOP! Nie uciekniecie od przeznaczenia. Musicie ruszyć ze mną.
- Właściwie, czemu nie? Mam nadzieję tylko, że nie wrócimy
przed moją jutrzejszą klasówką z matmy - powiedział Max i cała
czwórka roześmiała się.
- Niestety muszę zastosować inne środki - powiedział
nieznajomy - Spróbujcie się ruszyć!
Mimo usilnych prób nie mogli oderwać nóg od ziemi!
Niewiarygodne. Myśleli, że śnią. Spojrzeli nawzajem w swoje
oczy i wyczytali w nich to samo zdziwienie.
- Czy teraz już wierzycie? Macie do spełnienia niezmiernie ważną
misję. Zabieram was do Nary, on wam wszystko wytłumaczy.
Po wypowiedzeniu tych słów wyciągnął z kieszeni coś małego,
potarł to delikatnie i pojawiło się przed "świeżo
wybraną" czwórką wąskie pasemko światła prowadzące
jak łatwo się domyślić do innego wymiaru. Nogi znów stały
się im posłuszne i niewiele myśląc, pchani ciekawością oraz
pewni bezsensowności stawiania oporu, weszli do tych wrót w
nieznane razem ze swoim tajemniczym przewodnikiem...
ROZDZIAŁ II
U Nary
Byli zgoła oszołomieni tym co się stało, a już całkiem
zaskoczył ich widok po przejściu przez "to coś".
Znajdowali się w jednej z komnat budynku, który śmiało można
nazwać pałacem (zresztą taką właśnie pełnił rolę). Ściany
komnaty zrobione były z jakichś nieziemskich (trudno żeby było
inaczej) kamieni, które świeciły różnokolorowym blaskiem,
tak że nie można było od nich oderwać wzroku. Siedzieli na
czymś co przypomina naszą sofę, zrobione jednak było z
baaardzo miękkiego i elastycznego materiału, a przed nimi
siedział nasz znajomy z boiska.
- Idę zawiadomić Narę o waszym przybyciu, tymczasem
poczekajcie tu chwilę - powiedział i wyskoczył przez okno.
Wyjrzeli za nim i ujrzeli jak leci do sąsiedniej pałacowej wieży...
Nie mniej niż fakt umiejętności latania naszego "kogoś"
zadziwił ich krajobraz widoczny przez okno. Nad pałacem jaśniało
zielone słońce, rzucające w ich stronę nie mniej zielone
promienie. Na nieboskłonie (o dziwo niebieskim) wśród żółto
czerwonych chmur latały ptaki o dwóch parach skrzydeł, wokół
pałacu wznosiły się domy o przedziwnej architekturze, a za pałacem
widać było pustynię, na której jak zauważyli co jakiś czas
coś wychylało łeb z piachu by po chwili znów się w nim
zanurzyć. Trudno powiedzieć jaki kolor miał piasek i ziemia
gdyż słońce nadawało wszystkiemu (prócz wspomnianych chmur i
nieba) zielony odcień. Co ciekawe, nie zauważyli żadnego
mieszkańca tej krainy, lecz wydało im się (jak się okazało słusznie),
że jest samo południe i ze względu na bardzo dużą temperaturę
istoty tu mieszkające mają coś w rodzaju poobiedniej sjesty
panującej w cieplejszych krajach naszego globu.
- Gdzie my jesteśmy?! - zawołał Łukasz.
- Trudno na to odpowiedzieć, ale jeśli nie jest to sen, na
pewno nie znajdujemy się na Ziemi - powiedział Marek.
- Jak na to wpadłeś? - odpowiedział Łuki.
- Wrodzona inteligencja - odrzekł z przekonaniem Max.
Michał wciąż wpatrzony w okno i nie dostrzegający nawet
rozmowy odwrócił się i szepnął w ich stronę:
- To chyba sen. Uszczypnijcie mnie.
Nie zdążyli spełnić jego życzenia, gdy do komnaty przez
wspaniałe, złocone drzwi weszła piękna dziewczyna niosąca im
jakieś (wyglądające jak nie z tej ziemi!) pożywienie. Smukłe
ciało dziewczyny okrywała suknia w kolorach tęczy, złote włosy
opadały swobodnie na ramiona, a z błękitnych oczu biła
starannie ukrywana ciekawość.
- Michał, czy jesteś pewny że mamy to zrobić? - rzekł Max w
nagłym przypływie zachwytu - Ja na twoim miejscu wolałbym śnić
dalej.
Dziewczyna chciała już wyjść, lecz Marek zatrzymał ją.
- Poczekaj, czy mogłabyś nam coś opowiedzieć o tym miejscu?
Wyciągnęła jakieś podręczne urządzenie, włączyła je, po
czym odpowiedziała poprawną polszczyzną:
- Jesteście na Awenis, planecie Nary, który raczył wam udzielić
gościny. Niestety chwilowo nie ma go w pałacu, lecz wasz
towarzysz już go szuka. Od Nary dowiecie się wszystkiego co
potrzebne, tymczasem odpoczywajcie.
- Gdzie mogę złapać statek kosmiczny kursujący na Ziemię? -
zapytał Max.
- Bardzo zabawne. Życzę miłego wypoczynku - odpowiedziała i
wyszła.
- Coś mi się zdaje, że nie pożałujemy tej wycieczki! Co,
nie? - powiedział Marek rozochocony
- Tak... Piękny zamek, jeszcze lepsza obsługa, jakieś jedzenie
specjalnie dla nas... O! Zobaczcie, są nawet ubrania! - krzyknął
Łukasz kiedy nacisnąwszy guzik na ścianie, ta rozwarła się
ukazując wgłębienie gdzie przechowywane (na czymś wyglądającym
zupełnie jak nasze wieszaki, tylko ozdobionym jakimiś
ornamentami i znakami) były ubrania.
Podnieceni tym odkryciem przebrali się (stroje które
przywdziali były iście królewskie) i natychmiast wypróbowali
inny przycisk umieszczony na ścianie. Okazało się, że za ścianą
krył się także telewizor. Rzecz jasna, nie był to zwykły
telewizor, o czym niebawem się przekonali. Nigdzie nie było do
niego pilota, na nim zaś co dziwniejsze też nie znajdowały się
żadne przyciski.
- O kurde, jak my to włączymy - powiedział Tomek i... włączył
telewizor.
- Jak to zrobiłeś Tomek? Są tam jednak jakieś przyciski? -
zapytał Michał.
- Ta maszyna reaguje na głos! - odpowiedział Tomek, po czym
wszyscy wpatrzyli się w ekran, gdyż nie często zdarza się oglądać
telewizję innej niż nasza cywilizacji.
Telewizor był dosyć duży, mniej więcej trzydziesto calowy, a
leciał w nim akurat program w rodzaju wiadomości.
- Dziś znowu dobiegły nas wieści o rebelii. Tym razem na Górzystej
Planecie. Jednak według raportu generała Maxa Krijl oddziały
specjalne zdławiły krwawo wszelki bunt i zaprowadziły porządek
na wspomnianej planecie. Nie wiadomo, czego chcą rebelianci.
Prawdopodobnie jacyś zbiegli z więzienia zbrodniarze podżegają
ludność do buntu i chcą sami sprawować władzę. Jest to
bezsensowne i bezpodstawne. Bezsensowne, ponieważ nikogo nie
ominie sprawiedliwa ręka Rady Międzyplanetarnej. Bezpodstawne,
ponieważ nigdy nie panował taki dobrobyt jak teraz, kiedy usunięto
z Rady wszystkich tych, którzy pilnując tylko swego interesu
nie dbali o dobro Zjednoczonych Planet. Rada Międzyplanetarna
apeluje do wszystkich ras naszego świata o zgłaszanie istot współpracujących
z rebeliantami, a chronienie ich i współpraca z nimi będzie
karana śmiercią lub zesłaniem do Krainy Mroku.
- Kraina Mroku... miła nazwa - powiedział Łuki, ale nie zdążyli
podyskutować o tym co słyszeli, kiedy Tomek zwrócił ich uwagę
w stronę kwiatów, wśród których zauważył przycisk taki jak
te na ścianach, ale starannie ukryty.
Po naciśnięciu go, z otworu w ścianie posypała się wszelaka
broń jaką można sobie tylko wyobrazić. Stanęli jak wryci,
mając świeżo w pamięci słowa wypowiedziane w tutejszej
telewizji:
- Facetka w TV gada, że w kraju panoszą się jacyś rebelianci
i współpraca z nimi jest karana śmiercią, a my znajdujemy
kilka ton ukrytej broni - zauważył Marek.
- Przesadzasz, nie będzie tego nawet pół tony - pocieszył go
Łukasz.
- Nie podoba mi się to - rzekł Michał.
- Mi też, zdaje się że wdepnęliśmy w wielkie gówno -
podsumował Tomek.
W tej chwili drzwi komnaty otwarły się i wszedł do niej
starszy mężczyzna w bogatym stroju:
- Widzę, że rozgościliście się niezgorzej... Pozbierajcie to
prędko... lepiej żeby nikt tego nie widział - dodał zwracając
się w stronę wysypanej broni.
Kiedy uczynili zadość jego żądaniu, opowiedział im zadziwiającą
historię:
- Jesteście Wybranymi. Wiem, że to dla was dziwne, ale to co
powiem jest prawdą. Kilka miesięcy temu doszło do zmiany w składzie
Rady Międzyplanetarnej. Niejaki Szarkicz postawił większości
członków zarzut zdrady i po niedługim czasie udało mu się
wysłać wszystkich do Krainy Mroku. Wtedy zaczęło się coś
dziać. Bez podania przyczyny Szarkicz rekwirował wszystkie
zapiski starsze niż z Wieku Wielkich Wojen i ledwo udało mi się
ten ocalić, dzięki któremu tu dzisiaj jesteście. Pisze w nim:
Gdy bestia, pod postacią Nogula
Radą zawładnie
I większą od siebie siłą kierowana
Arcyklejnotu zapragnie
Wtedy jedyną radą użycie mocy tych czarów
Przez Wrota sprowadzą pomoc -
Wybranych z innego wymiaru.
Wszystko się zgadza. Szarkicz należy do rasy Noguli. O zawładnięciu
Radą Wam mówiłem. Nie wiem nic o "sile", która według
tej przepowiedni nim kieruje, natomiast co do tego, że poszukuje
Arcyklejnotu nie ma wątpliwości. Dwa miesiące temu rozpoczął
zbieranie danych na jego temat, a miesiąc temu, zebrawszy prawie
całą Armię Zjednoczonych Planet ruszył na Planetę Brązu. Na
szczęście to błędny trop. Podał mu go Borion, założyciel
Rebelii. On pierwszy odgadnął, że przepowiednia się sprawdza.
- Co to właściwie jest, ten Arcyklejnot? - zapytał Marek.
- Arcyklejnot ma wielką moc, dzięki niemu można wiele dobrego
stworzyć, ale także wiele zniszczyć. O jego powstaniu nic nie
wiem. Podobno Mędrzec, mieszkający na Bagnistej Planecie ma o
tym jakieś wiadomości. Ja wiem tylko, że w roku 11851
kalendarza Planet Zachodnich odnalazł go Likar, władca Narwi
toczący wojnę z Moogiem, władcą Dzikiej Planety i po użyciu
Arcyklejnotu obie planety przestały istnieć, obie zamieniły się
w pył po Wielkim Wybuchu. Widocznie Arcyklejnot został źle użyty
i zniszczył nie tylko wroga Likara, ale także swojego znalazcę.
- A ja zawsze myślałem, że to USA ma najlepszą broń na świecie
- powiedział Marek.
- Ale właściwie skąd wiecie, że to my jesteśmy tymi
"Wybranymi"? - zapytał Łukasz.
- Na zwoju z tą prastarą przepowiednią były także słowa
czaru, dzięki któremu "wrota" otworzyły się w
miejscu, gdzie przebywaliście.
- OK. I co my mamy teraz zrobić? Mnie jakoś nic nie oświeciło
i nie mam zielonego pojęcia jak znaleźć Arcyklejnot -
powiedział Michał z nutą powątpiewania w głosie.
- Ja też tego nie wiem, ale z innymi przywódcami Rebelii
ustaliliśmy, że jeżeli ktoś jest w stanie was nakierować na
właściwy trop, to jest nim Mędrzec z Bagnistej Planety. Jak już
mówiłem, tylko on może znać historię powstania Arcyklejnotu,
oraz mieć o nim więcej wiadomości. Na szczęście Szarkicz nie
wie o jego istnieniu. Mędrzec żyje od wielu lat z dala od
ludzkich osad, zresztą na Bagnistej Planecie jest tylko jedna,
wybudowana z dala od jego nory. Mędrzec nie jest całkiem człowiekiem,
jest potomkiem dwóch wymarłych już przez Klejnot ludów. Synem
Narwińczyka i Qkkijki (ten lud zamieszkiwał Dziką Planetę)...
W tym miejscu zaległa głucha cisza. Gościom Nary przeleciało
przez myśl: "A więc ten Mędrzec zbiera informacje o
Arcyklejnocie, ponieważ ten przedmiot doprowadził do zagłady
wszystkich jego bliskich..." W końcu Nara przerwał ciszę.
- Nie znam jego imienia. Teraz nazywamy go Mędrcem, ponieważ
studiuje jakieś tajemne księgi i tym, którzy go znają,
udziela czasami rad. Widziałem się z nim raz. Kiedy pytałem o
jego przeszłość nie chciał o tym rozmawiać. Dowiedziałem się
o niej od Boriona. Do rozpoczęcia wojny jego rodzina żyła
spokojnie. Później zaczął się koszmar. Jego ojca siłą wciągnięto
do wojska, jego matka musiała uciekać razem z dzieckiem w
obawie przed prześladowaniami. Na krótko przed wybuchem jego
ojcu udało się zbiec w małym statku kosmicznym. Kiedy tylko
wyleciał za atmosferę Narwi, skontaktował się z rodziną.
Szczęście trwało bardzo krótko... Jeszcze nie skończył mówić,
kiedy siła Wielkiego Wybuchu zniszczyła jego statek. Matka,
przebywająca na Kronos, oddała pięcioletnie dziecko w opiekę
zaprzyjaźnionej kobiecie po czym popełniła samobójstwo...
Wojna jest straszna. Nie chcemy dopuścić, by przez zdobycie
Arcyklejnotu przez Szarkicza doszło do jeszcze większej
tragedii niż wtedy.
- Chyba nie możemy zrobić nic innego jak wam pomóc, o ile to
możliwe - powiedział Łukasz.
- Czy w tej przepowiedni pisze też, że "Wybrani" spełnią
swoje zadanie i bez żadnego uszczerbku wrócą do domu? - zapytał
Marek.
- Nie. Pozostaje tylko wierzyć, że tak będzie. Dalsza część
przepowiedni głosi:
Lecz niech wam nie przyjdzie do głowy,
Że Wybrani wszystko załatwią
Jeżeli im nie pomożecie
Cała "akcja" zakończy się klapą
Tylko przez zjednoczenie
Sił wszystkich jakimi władacie
Z złą bestią i jej "przełożonym"
Szansę jakąkolwiek macie
- Rany! Kto wymyślił te przepowiednie!? "Akcja",
"klapa", "przełożony". Czy takim językiem
jest napisana starożytna przepowiednia!? - zawołał poirytowany
Max.
- Zapominasz, że nie słyszysz jej w oryginalnym języku.
Przecież nie jesteście na swojej ojczystej planecie. Rozumiecie
wszystko dzięki naszej technologii. - powiedział Nara po czym
pokazał im to samo urządzenie, które miała obsługująca ich
wcześniej dziewczyna - Takie samo jest także w telewizorze...
Ale obawiam się, że mogliście usłyszeć z niego jakieś kłamstwa.
Wydaje się, że Szarkicz kontroluje Radę, wojsko, media i co
najgorsze, na tym nie poprzestaje, a wszystkich swoich wrogów
wysyła do Krainy Mroku...
- Właśnie! Co jest, oprócz nazwy, takiego strasznego w Krainie
Mroku? - zapytał Łuki.
- To, że właściwie nie wiadomo, co jest tam takiego złego,
ale wiadomo że nikt z niej żywy nie powrócił. Kraina Mroku to
część bezludnej Ciemnej Planety. W odróżnieniu od tej
pustynnej planety, Krainę Mroku porastają gęste lasy. Tyle
wiemy ze zdjęć zrobionych przez satelity wypuszczone na jej
orbitę. Teraz żadnych satelit już tam nie ma. Wszystkie
tajemniczo się zniszczyły. Oficjalnie przyczyną tego są właściwości
otaczającej Ciemną Planetę atmosfery. Od czasu odkrycia tej
planety wielu próbowało zbadać lasy Mrocznej Krainy. Nawet jeśli
komuś to się udało, nikt z tej wędrówki nie powrócił. Zesłańców
wypuszcza się niedaleko planety ze statku matki w małych
stateczkach pasażerskich, które mają zaprogramowany lot w
jakieś miejsce Krainy. Później pozostawia się ich samych
sobie. Moim zdaniem, giną zabici przez jakieś nieznane nam (na
szczęście) zwierzęta. No, nagadałem się nieźle, już mi
szczęka odpada. To chyba wszystko, co wiem ciekawego i co może
się wam przydać. Choć mam dopiero 132 lata, czuję się tym
wszystkim zmęczony.
- Dopiero 132 lata? Czy u was rok trwa tyle samo co nasz? -
zapytał Tomek.
- Tak. Czy tam skąd przybywacie ludzie żyją krócej?
- Dokładnie. U nas szczęściem jest dożycie 100 lat, a jeśli
ktoś ma w naszym świecie 132 lata, z reguły nie trzyma już się
na nogach i ogólnie ledwo dyszy.
W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć wyrażenie użyte
pewnego razu na lekcji geografii przez moją profesorkę. Mówiąc
o bezsensownym marnowaniu zasobów wodnych naszej planety i
przeczuwając (oby się to nie sprawdziło), że pewnego pięknego
dnia na Ziemi zabraknie wody pitnej, zastąpiła nazwę homo
sapiens, odpowiedniejszym pewnie określeniem - ledwo sapiens.
Tymczasem porzućmy rozważania nad przyszłością rodzaju
ludzkiego, a przenieśmy się z powrotem do pałacu Nary...
- Czy macie jeszcze jakieś pytania? - zapytał Nara - Jeśli
nie, trzeba wam udać się do Mędrca.
- Musimy to wszystko przemyśleć. Czy moglibyśmy zostać sami?
- powiedział Marek.
- Dobrze, byle nie za długo. Zjedzcie także coś przed podróżą.
Kiedy będziecie gotowi, dajcie znać przez naciśnięcie tego
dzwonka (mówiąc to wskazał na jeszcze jeden przycisk w ścianie).
Kiedy Nara wyszedł, nasza oszołomiona z lekka czwórka rozpoczęła
naradę.
- Jak wam się to podoba? - rozpoczął Marek - To
najdziwniejszy, ale kto wie czy też nie najpiękniejszy dzień w
moim życiu. Ciekawe, czy ta historia jako byśmy byli Wybranymi
z dawnej legendy, jest prawdziwa. Jednak nawet jeśli to jest
wyssane z palca, nie widzę przeszkód by wziąć udział w tej
przygodzie. Zakładając, że to co nam mówił ten, jak mu
tam...
- Nara - pomógł Łukasz.
- Właśnie! Zakładając, że opowieść Nary jest prawdziwa -
nie mamy wyjścia. Cała ta Rebelia oczekuje od nas, że
odszukamy Arcyklejnot, wątpię że pozwolą nam wrócić. Nawet
gdyby pozwolili: czy spieszy się wam tak do szkoły, na lekcje?
Chyba wolicie być tu, niż pisać kartkówkę, zasiadając w
szkolnej ławie? OK., wiem że rodzinka nie będzie wiedziała,
co się z nami dzieje, ale nie możemy zmarnować szansy na TAKĄ
przygodę. Ja nie wybaczyłbym sobie tego do końca życia... Zakładając
zaś, że Nara nas okłamał - tym bardziej nie mamy wyjścia.
Przecież nie dostaniemy się na Ziemię na własnych nogach.
- Masz rację. Jeżeli Nara jest naszym przyjacielem i mówił
prawdę, musimy spróbować pomóc temu światu, jeżeli jest
wrogiem - mógł z nami zrobić co mu się podobało bez tej całej
historii - poparł Maxa Łukasz.
- A mi to się nie podoba. To wszystko nie ma sensu. Wolę
siedzieć w swoim zwykłym domu. Niech ten sen już się skończy!!!
- krzyknął Michał i nerwowo zaczął się szczypać.
- Spokojnie - powiedział Marek. - Jeżeli coś może nam pomóc
w tym innym otoczeniu to tylko spokój. Wreszcie czuję się
doceniony - dodał z uśmiechem. - Wolę być Wybranym, niż
"średniakiem" w swoim liceum.
Tomek stał z niezbyt zadowoloną miną. On też, tak jak Michał,
nie był zachwycony tym, co się stało, ale nie wiedział, co można
zrobić, by wrócić do "normalności". Ostatecznie, ciągnięty
chęcią poznania nowego środowiska spróbował zapomnianych
specjałów przyniesionych wcześniej przez uroczą służącą,
a do zjedzenia których zachęcał Nara. Wyglądały podobnie jak
ziemskie owoce, z tą różnicą, że zmieniały swoją barwę
(np. przez chwilę były żółte, później zaczęły zielenieć,
aż w końcu stawały się niebieskie, by rozpocząć cykl od
nowa). Wspaniale orzeźwiały, a po zjedzeniu kilku, nawet Michał
i Tomek nabrali chęci do wyprawy. Jednak nie zdążyli jeszcze
zadzwonić po Narę, gdy ten wbiegł do pokoju i krzyknął:
- Nie ma czasu do stracenia! Szarkicz musiał się o czymś
dowiedzieć! Zbliżają się statki bojowe i musicie stąd uciekać!
Moja córka Sajo będzie waszym pilotem. Ruszajcie za mną!
Czwórka ziemian podążyła pędem za Narą, a biegnąc słyszeli
już wszędzie huki i krzyki rannych. Władca Awenis prowadził
ich tajemnymi, wąskimi korytarzami, z mnóstwem ukrytych przejść,
które znał być może tylko on. W końcu wyszli z pałacu, w
jakimś ustronnym miejscu, gdzie czekała na nich Sajo. Okazało
się, że była to ta sama dziewczyna, którą spotkali w pałacu.
Do statku pasażerskiego, którym mieli uciec, brakowało im
jednak kilkanaście metrów, a żołnierze nasłani przez
Szarkicza, którzy po ostrzale miasta wyszli ze swych statków i
siejąc śmierć łamali wszelki opór, na jaki stać jeszcze było
nieuzbrojonych mieszkańców, byli bardzo blisko. Nara wyciągnął
laserowy pistolet:
- Ja odciągnę ich uwagę, a wy uciekajcie. Być może Szarkicz
nic o was nie wie i chodzi mu tylko o mnie. Moje królestwo
ginie, ale w was nadzieja, że nie zginą wszystkie zjednoczone
planety. Żegnajcie! Żegnaj, moja droga córko. Doprowadź ich
bezpiecznie do Mędrca i niech ci szczęście sprzyja.
- Nie ojcze! To ty powinieneś lecieć, a ja odciągnąć ich
uwagę - powiedziała Sajo.
- Sama widzisz jak stary i głupi jestem! Nie myślałem, że
Szarkicz mnie zdemaskuje, przynajmniej nie spodziewałem się
tego teraz, kiedy wyruszył na poszukiwanie Arcyklejnotu do
Planety Brązu. Przez to dałem się zaskoczyć. Broń leży
ukryta w pałacu, a moi ludzie giną. Wprawdzie nawet gdybym wcześniej
ją rozdzielił i tak nie mielibyśmy szans na wygraną z Armią
Zjednoczonych Planet, ale drożej sprzedalibyśmy swoją krew. Po
za tym, co najważniejsze, jestem władcą tej planety i wypada
bym zginął w obronie swoich ludzi - to mówiąc Nara wypadł z
ukrycia, biegnąc wprost na oddział wroga i strzelając do niego
ze swojego pistoletu.
ROZDZIAŁ III
Na Braxusie
W tym czasie Wybrani wraz z Sajo dopadli do statku i wystartowali
ku Bagnistej Planecie. Biegnąc zauważyli, że żołnierze za
wszelką cenę starali się wziąć Narę żywcem, a cenę
musieli zapłacić rzeczywiście wysoką, gdyż nim zdołali dopaść
władcę Awenis i związanego poprowadzić do statku, co najmniej
kilkunastu pożegnało się z życiem i drugie tyle odniosło
rany. Żołdacy Szarkicza, którzy zajęci byli Narą, nie mieli
czasu na zainteresowanie się uciekinierami, wysłano jednak za
nimi dwa statki bojowe. Dwa uzbrojone po zęby kolosy ciągnęły
za niepozornym stateczkiem płynącym po bezmiarze Wszechświata.
Stateczek ten, prowadzony wprawną ręką, leciał jednak na tyle
szybko, że chociaż nie bez szwanku, zdołał umknąć
nieprzyjaciołom. Jeden z pocisków uszkodził zbiornik z
paliwem.
- Będziemy musieli lądować na księżycu Awenis - Braxusie.
Niestety, nie jest on zamieszkały. Po wylądowaniu, będziemy
musieli czekać na jakiś statek, którego załoga zechce nas
zabrać ze sobą i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że
będzie to myśliwiec Armii Zjednoczonych Planet proponujący
darmową wycieczkę w zaświaty lub na Planetę Mroku - powiedziała
Sajo.
- Cudownie! Mam nadzieję, że zakwaterują nas w pięciogwiazdkowym
hotelu - powiedział Marek, pomyślał zaś "Gdybym był sam
z tą dziewczyną, postój może nie byłby tak
nieprzyjemny."
Powoli zbliżali się do pokrytej kraterami powierzchni księżyca.
Widzieli za sobą Awenis, a w dali zielone słońce. Lądowanie
przebiegło pomyślnie i po wyjściu ze statku dotknęli stopami
drugiego już w tym dniu ciała niebieskiego innego niż Ziemia.
Nigdzie nie było widać żywej duszy. Z kraterów ziała pustka.
- Chyba powinniśmy się ukryć - powiedział Łuki. - Nie będziemy
przecież czekać na wojsko.
Zeszli w głąb jednego z kraterów, tak że trudno ich było z góry
dostrzec, a sami w razie czego widzieli jaki statek zbliża się
do ich pojazdu. Nagle usłyszeli zbliżające się kroki i
dostrzegli czyjeś świecące oczy wpatrujące się w nich znad
krateru. Dziwna istota, która przecież nie przyleciała tu znikąd,
schodziła powoli w ich stronę. Nie mieli z sobą żadnej broni,
więc z ogromnym niepokojem czekali na okazanie się, czy to
schodzi do nich wróg czy też przyjaciel. Mogli już dostrzec
jej wygląd. Istota, która się do nich zbliżała, miała na
sobie czerwoną szatę, podobną do greckich tunik, spod której
wystawały długie, ciemne, pomarszczone ramiona oraz nogi.
Przepasana była świecącym pasem, a na środku czoła widniał
błyszczący znak, przedstawiający księżyc w pełni. Kiedy
zeszła, zapytała:
- Kim jesteście?
- A kim TY jesteś? Nie słyszałam o tym, by Braxus ktokolwiek
zamieszkiwał - odpowiedziała pytaniem na pytanie Sajo.
- I bardzo dobrze. Jeśli zaś nie odpowiesz na moje pytania, nie
będziesz miała okazji nikomu o tym powiedzieć. Chyba że komuś
w zaświatach - to rzekłszy wyciągnęła świecący nikłym
blaskiem nóż.
Sajo stała niezdecydowana, nie chciała powiedzieć zbyt dużo
nieznanej osobie. Poza tym miała przy sobie ukryty pod płaszczem
pistolet. Jednak Marek był odmiennego zdania. Widząc nóż w rękach
nieznanej istoty i domyślając się, że pewnie nie jest sama, a
także widząc beznadziejność sytuacji, w której się znaleźli
(w każdej chwili mogły przecież przelatywać tędy statki
wroga i widząc zbiegły statek ruszyć na poszukiwania),
powiedział:
- Cóż. Jeśli tak sprawy stoją... - tu spojrzał na nóż -
nie widzę przeszkód dla przedstawienia się. Nazywam się
Marek, pochodzę z Ziemi. To moi koledzy: Łukasz, Michał i
Tomek, wszyscy z Ziemi. Ta urocza dziewczyna to Sajo, córka
Nary, władcy Awenis. Czy to ci wystarcza?
- Prawie. Chciałabym wiedzieć, gdzie leży ta Ziemia i co tutaj
robicie.
- Gdzie leży Ziemia? Nie myślałem, że kiedyś usłyszę takie
pytanie. Jakby ci to powiedzieć... Słyszałaś coś o Drodze
Mlecznej i Układzie Słonecznym?
- Nie.
- To właśnie tam.
- W takim razie wasza cywilizacja musi być wysoko rozwinięta,
skoro z jakiegoś nieznanego mi zakątka Wszechświata, dotarła
aż tutaj, do Zjednoczonego Królestwa Międzyplanetarnego.
- Nic bardziej mylnego. Zanim jednak pogadamy o szczegółach może
ty się przedstawisz?
- Nazywam się Xina i jestem jedną z siedmiu kapłanek Księżyca.
Widzę, że nie jesteście wrogami, zaprowadzę was więc do Rady
Starszych, która zadecyduje co z wami zrobić, a jeśli macie kłopoty,
być może jak wam pomóc. Nasz lud przywędrował na Braxus,
zanim jeszcze ludzie osiedlili się na Awenis. Nie chcieliśmy
mieszać się w wasze sprawy, lubimy spokój i dlatego zeszliśmy
pod ziemię. Jak na razie nikt nie wie o naszym istnieniu -
powiedziała.
Wspięli się z powrotem na powierzchnię, lecz tu czekało na
nich kilku ciemnych i pomarszczonych jak Xina mężczyzn
uzbrojonych w miecze, którzy przewiązali im oczy czarnymi
chustami. Po krótkim kluczeniu, weszli w głąb innego krateru.
Nie był stromy, kiedy zaś zeszli na dół poczuli pod stopami
schody. Usłyszeli zamykanie przejścia po czym mężczyźni
rozwiązali im oczy. Otaczała ich cisza i ciemność. Szli
podziemnym korytarzem. Był bardzo kręty, co chwila zmieniali
kierunek marszu. Xina i strażnicy milczeli. Nasi wybrani także
nie mieli ochoty na rozmowy, gdyż miejsce w jakim się znaleźli
dziwnie na nich oddziaływało, czuli na sobie działanie
pradawnych mocy, magię rozproszoną w ciemności, przy której
każde słowo wydawało się bezsensownym, nie mającym
znaczenia. Kluczyli wciąż w gmatwaninie korytarzy, po pewnym
czasie dostrzegli jednak przed sobą ledwo dostrzegalne światło.
Powiększało się ono z każdą chwilą, a do uszu nastolatków
zaczęły dochodzić jakieś dźwięki i szepty rozmów. W końcu
z ciemnego korytarza wkroczyli do zalanej światłem sali, której
przepych (kiedy już mogli otworzyć oślepione zrazu blaskiem
oczy) przyprawił ich o zawrót głowy. Byli w podziemnej
jaskini, w ścianach której aż lśniło od drogich kamieni, złota
i srebra (tak im się przynajmniej wydawało, gdyż nie było to
zwykłe złoto czy srebro albo drogie kamienie, ale ich Braxańskie
odpowiedniki - o wiele piękniejsze niż ziemskie). Na środku
sali stał złoty tron, na którym spoczywał starzec. Jego skóra
była to jedna wielka zmarszczka. Pomarszczona skóra była cechą
rasy zamieszkującej Braxus, ale u niego przekraczała wszelkie
granice. Wydawał się starszy niż świat i dla niektórych
pewnie nieco odrażający, ale na pierwszy rzut oka można było
dostrzec bijącą z jego starych oczu mądrość, której nie mogły
przesłonić zmarszczki. Naokół tronu stali Braxonianie, spoglądając
ciekawie na przybyszów. Xina skłoniła się przed starcem, po
czym przemówiła:
- Znalazłam tych pięcioro w sto piątym kraterze. Kobieta jest
księżniczką Sajo, tych czworo podaje się za mieszkańców
planety o nazwie Kemia... czy coś takiego. Zdaje się, że mają
kłopoty.
- Opowiedzcie mi o waszych kłopotach i skąd się tutaj wzięliście
- rzekł starzec.
- Przelatywaliśmy przypadkiem nad waszym księżycem, kiedy
zabrakło nam paliwa - powiedziała Sajo.
Starzec zmarszczył gniewnie brwi:
- Kiedy zdecydujecie się powiedzieć prawdę, wtedy
porozmawiamy. Tymczasem straże odprowadzą was do lochów.
- Już się zdecydowaliśmy - powiedział Marek, po czym
opowiedział całą historię nie omijając żadnej ważnej
informacji i zdradzając przepowiednię.
- Mówisz, że jesteście Wybranymi? I że musicie dostać się
do Mędrca z bagnistej Planety... Cóż, ja także znam pewną
przepowiednię. Mówi ona, że pewnego dnia zjawią się Wybrani
i mój lud ma im pomóc... jeśli przejdą próby. Ukryjemy wasz
statek. Nie potrafimy jednak go naprawić, nie mamy też paliwa.
Jeśli okaże się, że jesteście Wybranymi załatwimy wam inny
środek transportu...
- Dziękujemy. Co to za próby? - zapytał Max.
- Dowiecie się wszystkiego jutro rano. Tymczasem prześpijcie się
w komnatach, jakie posiadamy dla tak miłych gości.
Dla każdego z całej piątki przygotowano oddzielną komnatę.
Zanim jednak udali się na spoczynek, spotkali się w jednej z
nich na naradzie.
- Czy musisz wszystkim wkoło mówić o naszych zamiarach? -
zapytała Marka Sajo.
- Chyba jak na razie to się nam opłaca - odparł Max. - W
przeciwnym razie, wydaliby nas pewnie żołnierzom, a tak, mamy
nowych sprzymierzeńców.
- Może to i prawda, ale na twoim miejscu nie cieszyłabym się z
"prób", które będziecie musieli rano przejść.
- A to niby czemu. Jesteśmy tymi Wybranymi czy nie? Jeśli facet
chce, żebyśmy przeszli jakieś próby to Ok. Mnie to nie
przeszkadza.
- Róbcie jak chcecie, ja Wybraną nie jestem i nie mam zamiaru
brać w tym udziału. Trzeba to będzie temu starcowi wytłumaczyć...
Byłabym zapomniała - dla każdego z was mam urządzenie tłumaczące.
Dotychczas rozumieliście wszystko, bo byliście wystarczająco
blisko nich, a one były zaprogramowane na działanie w pewnej
odległości ode mnie. Teraz każdy z was będzie miał swojego tłumacza,
zmienię więc ich działanie, by z każdego mogła korzystać
tylko jedna osoba. Jeśli kiedyś zdarzyłoby się, że komuś się
zepsuje, zmieńcie działanie z powrotem na "odległościowe"
i zdefiniujcie jaka ma to być odległość... Nie wiem jak wam,
ale mi chce się już spać.
Reszta zgodziła się chętnie i po paru minutach każdy leżał
wygodnie na posłaniu z puszystych ni to piór, ni to liści ze
swoim urządzeniem przypiętym starannie do ubrania. Nie wiadomo
czy w tym czasie nad nimi była rzeczywiście noc, czy też może
dzień, nie wiedzieli która godzina była wtedy w Polsce - ich
zegarki nie działały. W każdym bądź razie spali wygodnie nie
wiedzieć ile metrów pod powierzchnią Braxusa.
ROZDZIAŁ IV
Długa rozmowa na Kryptonie 2w1
W tym samym czasie na planecie Krypton 2w1:
- Co jest do cholery! Powinni dawno po nas przybyć - żalił się
Batman.
- Rzeczywiście. Niezłe opóźnienie. Mieli być po nas ładne
parę godzin temu - dodał Superman. - Co powie Lolis jeśli
przyjdziemy z niczym?
- Nie wiem jak wy, ale ja stąd spadam - powiedział Spiderman i
spadł z sufitu.
- Moje nadprzyrodzone zdolności mówią mi, że zaszła jakaś
pomyłka - oświadczyło cudowne dziecko, potrafiące wyginać łyżki
wzrokiem i patrzeć oczyma duszy w przyszłość oraz przeszłość,
niezbyt jednak zainteresowane teraźniejszością, które siedziało
dotąd cicho w kącie i medytowało.
ROZDZIAŁ V
Próby, czyli "Wiara czyni cuda"
Pierwszy obudził się Łukasz. Wstał ze swego miękkiego posłania
i przeciągnął się zamaszyście. Przed snem nie miał siły,
by przyjrzeć się komnacie, był tak zmęczony, że od razu zasnął.
Teraz, wypoczęty, przyjrzał się swojej sypialni. Jak można się
domyślić, była to podziemna grota... Ale jaka grota! Można było,
wciskając znaczek w rodzaju runu na ścianie, oświetlić ją różnobarwnymi
światłami i wyglądała wtedy niczym komnata importowana prosto
z bajkowego zamku. Łuki ziewnął, po czym przypomniał sobie
poprzedni dzień. To stało się naprawdę. Został przeniesiony
do innego wymiaru, gdzieś na kraniec Wszechświata, daleko,
bardzo daleko od Ziemi. Nie czuł jednak tęsknoty za domem, czuł
ciekawość i żądzę przygód. Chciał dowiedzieć się jak
najwięcej o tym miejscu, fascynowało go też to, że jest
Wybranym. "Wybrany" to "wyjątkowy",
prawdopodobnie był pierwszym człowiekiem, który widział te
cuda na własne oczy. Zaraz, zaraz - pomyślał - przecież Nara
i Sajo byli ludźmi! A przynajmniej wyglądali jak ludzie. Czyżbyśmy
mieli z nimi jakiś związek? Myślał nad tym ubierając
przygotowane dla niego szaty (przypominające lniany worek i o
dwie odrobinki za duże), a także myjąc się w zielonkawej
cieczy, która mogła być wszystkim, ale na pewno nie była wodą.
Kiedy skończył, chciał wyjść na korytarz, jednak drzwi były
zamknięte. Poczuł się jak w więzieniu. Na szczęście po paru
minutach usłyszał kroki i po chwili drzwi się otworzyły.
Wszedł przez nie ciemny, pomarszczony mężczyzna i oznajmił:
- Proszę za mną. Pańscy towarzysze czekają już w Sali
Przepowiedni.
Wyszli z groty i ruszyli ciemnym tunelem, klucząc między plątaniną
korytarzy. W końcu doszli do celu. Weszli do obszernej groty, w
której znajdowali się już koledzy Łukasza oraz Sajo i Starzec
wspierający się na świecącej blado lasce. Starzec przemówił:
- Twierdzicie, że jesteście Wybrańcami. Musicie jednak tego
dowieść. Nasza prastara przepowiednia mówi o tym, że Wybrani
przejdą pomyślnie pewne próby. Każdy z osobna dostanie po
jednej. Jeśli przejdziecie je pomyślnie, pomogę wam. Jeśli
wam się nie uda, czeka was śmierć. Zaś co do księżniczki...
Jeśli okaże się, że jesteście oszustami, zostanie na
Braxusie na zawsze... Widzicie te cztery korytarze? Musicie wybrać
po jednym z nich. Zaczynajmy!
Łukasz, Michał, Tomek i Marek popatrzyli po sobie, po czym pożyczyli
sobie nawzajem szczęścia i wybrali korytarze. Łukasz wziął
pierwszy z prawej, Marek drugi, Tomek trzeci, a Michał czwarty.
- Łukaszu! Będziesz walczył z O.
- Z czym? Z jakim "O"?
- Głęboko pod ziemią, żyje potwór starszy niż ja, pamiętający
być może czasy, kiedy nie było jeszcze mojego ludu na
Braxusie. Jest niebezpieczny, szalenie niebezpieczny. Udało nam
się odizolować od niego największymi czarami jakie znamy, ale
nie jesteśmy całkowicie bezpieczni, bo on stopniowo zmniejsza
ich moc. Wielu naszych najlepszych wojowników próbowało go
zabić. Żaden tej konfrontacji nie przeżył. Nazwałem go O,
ponieważ jeśli nie jesteś Wybranym, nie zdążysz powiedzieć
"O kurka, nie mam szans" i już będziesz martwy.
Prawdopodobnie dojdziesz do litery O.
Łuki nic nie odpowiedział, spojrzał tylko w ciemną otchłań
rozpościerającą się przed nim. Po długiej chwili rzekł:
- Czy mam już iść?
- Możesz posłuchać co ma do roboty reszta. Marku! Ty musisz
przebyć Tunel Mroku. Musisz dojść do jego końca bez odwrócenia
się za siebie. Zrozumiałe?
- Tak, nic prostszego - w teorii.
- Tomku! Dla ciebie mamy Bezpieczny Korytarz. Nie daj się jednak
zwieść pozorom i uważaj na śmiercionośne pułapki, które w
nim się znajdują. Na dowód wykonania zadania przynieś mi
stamtąd nóż. Co zaś do ciebie Michale! Wybrałeś Tunel
zagadek. Kiedy do niego wejdziesz, wytęż mózgownicę i staraj
się odpowiadać poprawnie.
Michał i Tomek stali bez słowa, w końcu Tomek odezwał się:
- Czy... czy można tam zginąć?
- Tak, każdego z was, jeśli nie wykonacie zadania czeka śmierć.
Tak to już jest na tym okrutnym świecie.
Zaległa ponura cisza. W końcu przerwała ją stojąca dotąd
cicho Sajo:
- Przecież jesteście Wybranymi. Te próby to tylko formalność.
Dacie sobie radę.
Czwórka kolegów, zwykłych szarych uczniaków, nie mających żadnych
nadprzyrodzonych zdolności popatrzyła na nią.
- Jesteśmy Wybranymi - powiedział Marek.
- Jesteśmy Wybranymi - powtórzył jak echo Łukasz, po czym pożegnawszy
się z resztą potencjalnych Wybrańców, zagłębił się w
wylot swojego korytarza. Tomek, Marek i Michał uczynili to samo.
Próba Łukasza
Łukasz ruszył w głąb swego korytarza przeznaczenia. Droga
biegła prosto i była na razie dość łatwa, choć Łuki nie
miał żadnego światła i poruszał się w całkowitych ciemnościach.
Idąc myślał o czekającym go zadaniu. "Jak mogę zabić
tego gada, jeśli nie mam nawet noża? Gołymi rękami? Ale cóż,
przecież jestem Wybranym, powinna to być dla mnie pestka z masłem.
Może zanim do niego dotrę dostanę jakiegoś oświecenia.
Chociaż... jeśli Nara się mylił... Może to jakaś pomyłka i
jestem jednym z czterech frajerów, którzy myśląc teraz nie
wiadomo co o sobie wpadną prosto w ramiona śmierci... Albo w końcu
się obudzą, bo to co się dzieje jest bardzo, ale to bardzo
nieprawdopodobne." Tak rozmyślając szedł przed siebie, a
powierzchnia pod nogami zaczęła stawać się coraz bardziej
nierówna i Łukasz, potykając się co chwila, lądował na
ziemi lub z trudnością łapał równowagę. Nagle dostrzegł,
że tunel, który dotychczas biegł cały czas prosto, rozgałęzia
się. Przed nim znajdowała się ściana, a on stanął przed
wyborem drogi po prawej lub po lewej stronie. Po lewej stronie
nieprzeniknione ciemności, po prawej stronie zauważył majaczące
w oddali światło. Ruszył więc w prawo. Szedł, a światło
przybliżało się i stawało się coraz wyrazistsze. Dostrzegł
już, że to pochodnia. Wpatrzony w jej światło, poczuł nagle
pod nogami coś kościstego i runął jak długi przed pochodnią.
Potknął się o ludzki szkielet... Chciał krzyknąć, ale nie mógł
wydobyć z siebie głosu. "To tylko szkielet... martwy i
niegroźny" - pomyślał Łukasz. Zastanowił się...
"Ale dlaczego leży tuż przy pochodni? Nieostrożnie ją ujął
i oparzył się na śmierć? A może uruchomił pułapkę?".
Niestety czy też stety, drugi domysł wydał się Łukiemu
bardziej prawdopodobny, więc zrobiwszy gwałtowny w tył zwrot
opuścił kostka i kuszącą swą jasnością pochodnię. Powoli
zagłębiał się po raz drugi w całkowitą ciemność. Po paru
minutach żałował, że nie spróbował wziąć pochodni. Nie
widział nic przed sobą, nad sobą, ani za sobą. Poruszał się
ostrożnie, bowiem nie tylko pod nogami miał bardzo nierówną
powierzchnię, ale w dodatku korytarz spadał teraz dość ostro
w dół i trzeba było uważać by nie przeturlać się na samo
dno, miażdżąc sobie przy okazji kości o wystające kamienie.
Zmęczenie zaczęło dawać znać o sobie. "Kiedy dotrę w
końcu do tego czegoś, rzeczywiście nie będę miał nawet siły
wydusić z siebie więcej niż "O...". Może by tak
trochę odpocząć?". Coś zamajaczyło mu przed oczami.
"Do tego mam halucynacje". Przetarł oczy, ale cały
czas widział w oddali jakiś blady błysk. "Może to oczy
tego O. W takim razie to jest już koniec, nie ma już nic. O
mnie dostanie, nie będę żyć". Podszedł bliżej. Nikły
blask rozchodził się wokół... miecza! Dodajmy, dość dużego
miecza. Był mniej więcej wielkości Łukasza. Nad nim, oświetlona
tym blaskiem, wisiała tabliczka, na której złotymi literami
wypisane było:
Instrukcja obsługi miecza uniwersalnie wyspecjalizowanego:
Miecz ten służy do zmiatania z powierzchni ziemi rozmaitych
potworów (np. O). By się nim posłużyć należy:
1. Być Wybranym
2. Chwycić za uchwyt
3. Podnieść PRODUCENT: "Zabij potwora" sp. z o.o.
4. Dojść z nim do np. O
5. Użyć tnąco na np. O
Producent nie ponosi odpowiedzialności za krzywdy i szkody wyrządzone
potworom. Nie ponosi też odpowiedzialności za użycie miecza
przeciwko ludziom lub teściowym.
Łuki przeczytał instrukcję, przyjrzał się broni i pomyślał:
"Spróbujmy go podnieść. Nie widzę tu żadnego szkieletu,
więc ten miecz chyba nie jest pułapką. Zresztą nie mam
wyboru. Jak już wcześniej mi przez myśl przeszło, nie zabiję
tej gadziny gołymi rękami". Chwycił za uchwyt, wyprężył
się cały próbując podnieść miecz... i padł na ziemię.
"Nie dam rady. Ten miecz nie jest na mój rozmiar. Nie
jestem Conanem ani innym Supermanem żeby się nim posługiwać".
Rzeczywiście, miał rację. Z uniesieniem tego potężnego
miecza miałby problem każdy mężczyzna w sile wieku, który
nie jest zawodowym kulturystą lub pracownikiem muzeum ze starożytnymi
mieczami do zabijania potworów. Okazało się jednak, że istniała
szansa by unieść tę broń. Na krańcu małego kręgu półświatła
jaki dawał miecz, leżały dwie butelki. Jedna zielona, druga
czerwona. Obok nich leżała kartka:
Instrukcja obsługi napojów
Jeden z tych napojów dodaje siłę. Należy wybrać go, wypić i
czekać na nienaturalny, trwający przez jakiś tylko czas,
przyrost mięśni. W przypadku złego wyboru oba napoje ulegną
samozniszczeniu.
PRODUCENT: "Podaruj sobie siłę" sp. z b.o.o. (spółka
z bardzo ograniczoną
odpowiedzialnością)
Producent nie odpowiada za brak szczęścia u zdechlawych Wybrańców,
nie odpowiada też za wszelkie środki uboczne (których jest tak
wiele, że szkoda miejsca by je wymieniać).
Łuki pomyślał: "Nie mogę nie spróbować. Tylko który
wybrać? Wezmę zielony, bo może oznaczać zielone światło dla
zabicia O, poza tym lubię ten kolor. Z drugiej jednak strony,
czy nie mówią, że zielony przyciąga głupich? No, ale tutaj
chyba tego powiedzenia nie znają. Biorę go i zobaczymy".
Podniósł zieloną butelkę, ale ta rozpłynęła się w jego dłoni.
To samo stało się z czerwoną. Obie wyparowały, "uległy
samozniszczeniu". "Kurde! To się nazywa mieć szczęście".
Usiadł na ziemi. Nie mógł unieść miecza, źle wybrał napój,
totalna klapa. Ale wiedział, a przynajmniej tak przypuszczał,
że bez tego żelastwa nie pokona O. W końcu złapał miecz
obiema rękami i po raz drugi spróbował go unieść. Miecz nie
uniósł się nawet o milimetr nad ziemię, przesunął się
tylko trochę po powierzchni tunelu. "Trudno, będę go ciągnął
po ziemi" - pomyślał Łukasz i zamiar wykonał.
Nie było to proste zadanie. Jak się okazało do spotkania z
potworem było jeszcze dość daleko. Łukasz, cały przepocony,
ciągnął po ziemi swoje jarzmo, a każdy nerw jego ciała z każdą
mijającą sekundą czuł to brzemię coraz bardziej. Nikt, kto
nie ciągnął ważącego nie wiadomo ile (ale wiadomo, że
strasznie dużo) miecza, by przy jego pomocy pokonać potwora,
nie zrozumie w stu procentach co czuł Łuki. Bliski zrozumieniu
będzie ten, kto współzawodnicząc z kolegami w długodystansowym
biegu, został w końcu sam na sam z równorzędnym przeciwnikiem
i o zwycięstwie decydowało to, kto zdoła włożyć w walkę większy
wysiłek, kto go wytrzyma, a kto nie. Tak właśnie czuł się Łuki,
z tym że jego przeciwnikiem był on sam. Zmagał się z samym
sobą, ze swoim zmęczeniem, które mówiło mu "Przestań!
To bez sensu. Jak jesteś tym Wybranym to i tak jakoś sobie
poradzisz, a jak nie to i tak marnie zginiesz". Odpierał
ten argument myśląc "Życie nie jest różowe. Nawet życie
Wybrańca. Wiem, po prostu wiem, że inaczej nie wykonam tego
zadania. Gdybym nie był Wybranym, może bym się poddał, ale
ponieważ nim jestem, muszę to wytrzymać". Nie potrafił
myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, by zrobić jeszcze krok
do przodu, a przychodziło mu to z coraz większym trudem. Szedł
na pół przytomny, kiedy do jego zmysłów zaczął dochodzić
straszliwy smród. Czuł w powietrzu odór, jakiego nie powstydziłby
się skunks z biegunką. "Ten zapach mnie zabije - myślał
- zanim dojdę do jego właściciela". Nie było wątpliwości,
że zapach pochodzi od O. Łukasz dostrzegł wylot korytarza
prowadzący do podziemnej pieczary podziemnego potwora. Ściany
pieczary świeciły bladym blaskiem. Łuki upadł na ziemię.
Podniósł się jednak na kolana i dalej ciągnął za sobą
miecz. Od wdychanego smrodu, nie mógł skupić myśli. Doszedł
do wylotu korytarza. Tunel kończył się tutaj. Prawie pionowa
ściana opadała do legowiska O. Łukasz spojrzał w dół. Dokładnie
pod wylotem leżał uśpiony potwór. Zbudowany z wielu oślizłych
segmentów, wyglądał jak wyrośnięta ponad miarę dżdżownica,
z tym, że miał wykształcone ogromne oczy (przykryte w tej
chwili powiekami) oraz dziurki po obu stronach głowy, pełniące
rolę uszu, dwie dziurki będące dziurkami nosowymi i ogromną
paszczę, z szeregami ostrych jak brzytwy zębów (którą
otwierał przy wdechu). Łukasz przeciągnął miecz przed siebie
i ostatnimi siłami zepchnął go w dół, modląc się w duchu
by miecz spadając trafił śmiertelnie potwora. Kiedy chciał
spojrzeć za mieczem, w oczach mu zmętniało. Zemdlał.
Kiedy się obudził, spojrzał w dół i stwierdził że O jest
martwy. Ciało potwora leżało sztywne, a paszcza pokryta była
zieloną pianą. Jednak miecz leżał obok ciała. Łukasz ostrożnie,
czepiając się wystających krawędzi, zszedł po ścianie na
dno i przyjrzał się broni. Nie była pokryta krwią. Co więc
się stało? Jak zginął O? Zadając sobie te pytania, Łuki
zobaczył przed sobą lustro, którego rama pokryta była
tajemniczymi znakami. Nie widział w nim swego odbicia, lecz
dobrze znanego nam Starca i Sajo siedzących w Sali Przepowiedni.
W jednej chwili zrozumiał, że to przejście, które pozwala mu
wrócić po dowiedzeniu swej wybrańczości. Nie zdążył się
do niego zbliżyć, kiedy ono samo "wciągnęło" go i
po chwili stał po drugiej stronie, szczęśliwy jak nigdy i
szukający wzrokiem pozostałych Wybranych, swoich kolegów...
Próba Marka
Marek, który miał do przejścia Tunel Mroku, nie mógł obrócić
się za siebie. Jak słusznie zauważył, w teorii tej nie było
nic skomplikowanego. Na razie wszystko szło pomyślnie, szedł
przed siebie w całkowitych ciemnościach i nie myślał o
patrzeniu wstecz. Po paru minutach dostrzegł zbliżającą się
do niego postać. Zbliżała się do niego, ale na szczęście
nie wyglądała na ducha. Kogoś mu przypominała, kogoś, kogo
dobrze znał ze swojej codzienności. Teraz poznał postać... Był
to jego ojciec!
- Tata? Co tu robisz? - zapytał naiwnie Max.
- Ty pytasz się mnie co tu robię? A co TY tu robisz? Nie wiesz,
że masz zaległości w szkole? Chcesz zostać bezrobotnym? Tylko
ci pierdoły w głowie! Zacząłbyś się porządnie uczyć! Nie
będziemy cię wiecznie utrzymywać, a za dwa lata masz maturę!
- Nie jesteś moim ojcem. Jesteś... czymś. Ale gratuluję,
przebranie niezłe. Prawie się nabrałem. Słowa też całkiem
pasują do taty. Tyle tylko, że on nie mieszka na Braxusie. Mimo
wszystko odpowiem na twoje zarzuty. Co mnie obchodzi szkoła.
Szkoła nie rozwija. Aby się rozwijać, trzeba wiedzieć w jakim
się chce rozwijać kierunku. Reszta jest niepotrzebna. A w
szkole każą się uczyć wszystkiego. Z tego około jeden
procent wiadomości jest przydatny w dalszym życiu, a dziewięćdziesiąt
dziewięć procent to niepotrzebne bzdury.
"Coś" zniknęło. "Tego się spodziewałem"
- pomyślał Max i ruszył dalej. Stąpał ostrożnie czekając
na nowe widziadło. Ale trudno było coś dostrzec poprzez
otaczające go ciemności. Nagle uderzył o szkło. Dotknął
palcami jego powierzchni. Była gładka. "Może to
lustro" - pomyślał. "Chyba, że mają tu
zainstalowane okno" - dodał żartobliwie w myślach i uśmiechnął
się pod nosem. Tymczasem nie wiedzieć skąd napłynęło światło
i oświetliło tak go jak i (tak jak przypuszczał) lustro. Po
chwili nie było mu do śmiechu i klął na światło, dzięki któremu
mógł zobaczyć w lustrze swoje odbicie. Co zobaczył? Chłopaka,
nagiego chłopaka. Odartego z wszystkiego, co przykrywało jego
duszę, a raczej tę hańbiącą, czasem nawet przerażającą
jej część. Jak na dłoni widział wszystkie swoje wady,
wszystkie złe cechy charakteru, wszystkie ciemne zakamarki
swojej duszy. Widział swoją ciemną stronę. Nie mógł na to
patrzeć, wmawiał sobie, że to fałsz, chciał się odwrócić...
ale wiedział, że to nie jest fałsz i że nie może się odwrócić.
Jego próba polegała przecież na tym by iść PRZED SIEBIE, nie
oglądając się ZA SIEBIE. Właśnie! Przeszedł przez lustro,
tak jak przechodzi się przez pionową ścianę wody. To co złe
zostało za nim. Prawdę powiedziawszy nie do końca za nim.
Przecież była to jego cząstka. W każdym bądź razie, zaległa
na swoim miejscu, w głębokiej podświadomości.
"Chyba nie może mnie spotkać już nic gorszego" -
pomyślał Marek, ale oto jego oczom ukazał się widok, którego
najmniej się spodziewał. Wprost przed jego oczami ukazał się
ekran, na którym pokazywana była wenezuelska telenowela. Max
chciał biec, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa, musiał iść
tym samym tempem co wcześniej. Chciał zamknąć oczy i zatkać
uszy, ale okazało się, że tego też nie może zrobić. Musiał
iść i chcąc nie chcąc słuchać i oglądać to, co pokazywał
mu ekran. Zaś siła kierująca ekranem, była bezlitosna. Jakby
nie dość było telenowel, każdy odcinek przerywany był pięć
razy przez reklamy proszków do prania, co potęgowało tylko
straszliwy efekt.
Nawet po upływie dość długiego czasu, jaki minął od tego
zdarzenia, w chwili kiedy Marek opowiadał mi o tym w Tawernie
pod Ciekawymi Opowieściami, nie potrafił mi opowiedzieć jakie
dokładnie były to telenowele, bo sprawiłoby mu to zbyt ogromny
ból. Mnie, chociaż sam tego nie przeżyłem, trzęsie się ręka,
kiedy o tym piszę. Wracając zaś do tego, o czym Max z trudem
zdołał mi opowiedzieć...
"Kiedy to się skończy" - myślał. Męczarniom jednak
nie było końca. Wszyscy dobrze wiemy jakie z telenowel
tasiemce. Jedna seria to kilkaset odcinków, których zakończenie
jest przeważnie od początku wiadome (przed każdym odcinkiem
pokazywana jest para, która po wielu "wzruszających"
zdarzeniach weźmie ślub). "Muszę być silny. Jestem
Wybranym" - powtarzał w duchu Marek i tylko to utrzymywało
go w dążeniu dalej przed siebie. W końcu nie mógł już tego
wytrzymać. Kiedy już chciał zawrócić, ekran zgasł. Zniknął.
Max z radości puścił się pędem, na łeb na szyję, w ciemną
czeluść tunelu. Biegł tak, aż dobiegł do rzeźbionego w
dziwne znaki lustra, oświetlonego jak można się domyślić, światłem
niewiadomego pochodzenia. Po drugiej stronie lustra zobaczył
Starca, Sajo i Łukasza. "Czy po raz drugi dzisiaj mam
przechodzić przez lustro?" - zapytał sam siebie. Lecz
zanim się nad tym zastanowił, został przez nie "wciągnięty".
CDNN (ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi)
|