WRÓĆ

Książka z nowego gatunku Science-Humor-Fantasy-Fiction...
ARCYKLEJNOT I FACECI Z JAJAMI
Autor: Tomasz Wilczek

Dedykuję tę książkę uczniom, którzy daliby wszystko, by znaleźć się w takiej sytuacji jak moi bohaterowie - z dala od szkoły. Dedykuję ją też tym nauczycielom, dzięki którym do szkoły chce się chodzić, którzy potrafią zachęcić do przedmiotu, którego uczą (zdarzają się takie wyjątki).

PROLOG
Czyli odpowiedź na pytanie: "Skąd ten facet bierze materiał do książek?"

Był wieczór. Za oknem, zasłoniętym cienką firanką, majaczyły już pierwsze gwiazdy. Gdybym siedział na dworze, z dala od ludzkich siedzib, pewnie rozkoszowałbym się wieczorną ciszą i śpiewem ptaków na dobranoc, tymczasem otaczała mnie skoczna muzyka i gwar wielu ludzkich głosów. W Tawernie było tłoczno jak zwykle. Siedziałem przy kuflu "Krasnoludzkiego Piwa" i (jak to często bywało) flirtowałem z barmanką. Ale nie o moich podbojach miłosnych rzecz jasna będę pisał. Zajęłoby to zresztą zbyt dużo opasłych tomów. No więc jak już pisałem, siedziałem, piłem i miło gawędziłem, a do Tawerny wchodziło coraz więcej osób. Zapytałem barmankę skąd dziś tylu gości. Odpowiedziała, że sięgnął szczytu najazd osób odwiedzonych rzekomo przez przybyszów z innej planety. Hmm - pomyślałem - biorąc pod uwagę fakt, że nasza kochana Ziemia jest tylko maleńkim, niewidocznym punkcikiem we Wszechświecie, wyglądało na to, że ma całkiem niezłe powodzenie. Ponieważ jestem z natury niedowiarkiem, nie rzuciłem się łapczywie na te (moim zdaniem mało prawdopodobne) opowieści prosto z brukowców. Uwierzyłem tylko w jedną, w którą zaplątana była czwórka nastolatków...
Historię, którą Wam w miarę możności opowiem (właściwie opiszę), usłyszałem właśnie tam - w Tawernie pod Ciekawymi Opowieściami, gdzie przy kuflu przedniego piwa (oczywiście bezalkoholowego) zbierają się ludzie mający coś ciekawego do powiedzenia oraz ci wszyscy, którzy chcą ich wysłuchać lub opisać ich przygody w swojej książce (tak jak np. ja).

ROZDZIAŁ I
Dziwny wieczór

Tego dziwnego wieczoru nasi bohaterowie (bohater - to brzmi dumnie) grali w piłkę nożną (jak zwykle kiedy w czasie roku szkolnego mieli trochę wolnego czasu). Było ich czterech: Łukasz (nazywany też Łuki), Tomek, Michał i Marek (o wdzięcznym przezwisku Max). Ściemniało się już, lecz oni dalej uprawiali ten ulubiony przez nich sport. Piłka nożna to także dla mnie najpiękniejszy sport na Ziemi. Niestety, profesjonalna piłka odbiega od idei sportu i staje się bardziej produktem przynoszącym duże zyski. Jeśli mówi się o najlepszych drużynach, automatycznie ma się na myśli kluby najbogatsze. Cóż, w tą stronę zmierza świat, bez pieniędzy nie ma sukcesów i widać to zresztą dobrze także na przykładzie pisarzy: choćby któryś nie wiem jak się starał i napisał najwspanialszą opowieść w dziejach pisarstwa (w moim przypadku szanse na to są jak 1 do 1000000000000000000000), jeśli nie znajdzie wydawcy, który w nią zainwestuje, nie ujrzy ona nigdy światła dziennego. Wszystkim zdeprymowanym pisarzom zalecam więc odwiedzenie Tawerny. Nie trzeba się męczyć, tematy do książek same się cisną, a do tego to "Krasnoludzkie Piwo"... Książki powstają tu tak małym nakładem wysiłku, że nawet w razie niepowodzenia jednej, zaraz można zaczynać następną, a jeśli i ta nie znajdzie uznania u żadnego wydawcy, to zawsze można dołączyć się do jakichś krasnoludów udających się na wyprawę i przy odrobinie szczęścia, wrócić przygnieciony złotem. Potem wystarczy już tylko kupić jakieś wydawnictwo... Jeśli ktoś chce, mogę mu zdradzić gdzie znajduje się Tawerna pod Ciekawymi Opowieściami (nr tel. 0-700-700-700, koszt połączenia 370 zł \ min.). Na szczęście futbol amatorski nie stracił nic ze swego uroku. Powracając zaś w tamten wieczór... Kiedy nie było już widać piłki, koledzy udali się do domów. Schodząc z boiska, dostrzegli jakiegoś człowieka opartego o pień jednego z drzew rosnących obok boiska. Kiedy zbliżyli się do niego, z łagodnym uśmiechem powiedział:
- Jesteście Wybranymi!
- Tak myślałem... Jest pan selekcjonerem reprezentacji Polski czy managerem Manchester United? - przerwał mu Marek i ruszył dalej, gdyż był głęboko przekonany, że ten osobnik nie ma piątej klepki lub właśnie utopił ją w jakimś mocnym trunku (może Coca -Coli?).
On jednak odwrócił się w ich stronę i zawołał:
- STOP! Nie uciekniecie od przeznaczenia. Musicie ruszyć ze mną.
- Właściwie, czemu nie? Mam nadzieję tylko, że nie wrócimy przed moją jutrzejszą klasówką z matmy - powiedział Max i cała czwórka roześmiała się.
- Niestety muszę zastosować inne środki - powiedział nieznajomy - Spróbujcie się ruszyć!
Mimo usilnych prób nie mogli oderwać nóg od ziemi! Niewiarygodne. Myśleli, że śnią. Spojrzeli nawzajem w swoje oczy i wyczytali w nich to samo zdziwienie.
- Czy teraz już wierzycie? Macie do spełnienia niezmiernie ważną misję. Zabieram was do Nary, on wam wszystko wytłumaczy.
Po wypowiedzeniu tych słów wyciągnął z kieszeni coś małego, potarł to delikatnie i pojawiło się przed "świeżo wybraną" czwórką wąskie pasemko światła prowadzące jak łatwo się domyślić do innego wymiaru. Nogi znów stały się im posłuszne i niewiele myśląc, pchani ciekawością oraz pewni bezsensowności stawiania oporu, weszli do tych wrót w nieznane razem ze swoim tajemniczym przewodnikiem...

ROZDZIAŁ II
U Nary

Byli zgoła oszołomieni tym co się stało, a już całkiem zaskoczył ich widok po przejściu przez "to coś". Znajdowali się w jednej z komnat budynku, który śmiało można nazwać pałacem (zresztą taką właśnie pełnił rolę). Ściany komnaty zrobione były z jakichś nieziemskich (trudno żeby było inaczej) kamieni, które świeciły różnokolorowym blaskiem, tak że nie można było od nich oderwać wzroku. Siedzieli na czymś co przypomina naszą sofę, zrobione jednak było z baaardzo miękkiego i elastycznego materiału, a przed nimi siedział nasz znajomy z boiska.
- Idę zawiadomić Narę o waszym przybyciu, tymczasem poczekajcie tu chwilę - powiedział i wyskoczył przez okno.
Wyjrzeli za nim i ujrzeli jak leci do sąsiedniej pałacowej wieży...
Nie mniej niż fakt umiejętności latania naszego "kogoś" zadziwił ich krajobraz widoczny przez okno. Nad pałacem jaśniało zielone słońce, rzucające w ich stronę nie mniej zielone promienie. Na nieboskłonie (o dziwo niebieskim) wśród żółto czerwonych chmur latały ptaki o dwóch parach skrzydeł, wokół pałacu wznosiły się domy o przedziwnej architekturze, a za pałacem widać było pustynię, na której jak zauważyli co jakiś czas coś wychylało łeb z piachu by po chwili znów się w nim zanurzyć. Trudno powiedzieć jaki kolor miał piasek i ziemia gdyż słońce nadawało wszystkiemu (prócz wspomnianych chmur i nieba) zielony odcień. Co ciekawe, nie zauważyli żadnego mieszkańca tej krainy, lecz wydało im się (jak się okazało słusznie), że jest samo południe i ze względu na bardzo dużą temperaturę istoty tu mieszkające mają coś w rodzaju poobiedniej sjesty panującej w cieplejszych krajach naszego globu.
- Gdzie my jesteśmy?! - zawołał Łukasz.
- Trudno na to odpowiedzieć, ale jeśli nie jest to sen, na pewno nie znajdujemy się na Ziemi - powiedział Marek.
- Jak na to wpadłeś? - odpowiedział Łuki.
- Wrodzona inteligencja - odrzekł z przekonaniem Max.
Michał wciąż wpatrzony w okno i nie dostrzegający nawet rozmowy odwrócił się i szepnął w ich stronę:
- To chyba sen. Uszczypnijcie mnie.
Nie zdążyli spełnić jego życzenia, gdy do komnaty przez wspaniałe, złocone drzwi weszła piękna dziewczyna niosąca im jakieś (wyglądające jak nie z tej ziemi!) pożywienie. Smukłe ciało dziewczyny okrywała suknia w kolorach tęczy, złote włosy opadały swobodnie na ramiona, a z błękitnych oczu biła starannie ukrywana ciekawość.
- Michał, czy jesteś pewny że mamy to zrobić? - rzekł Max w nagłym przypływie zachwytu - Ja na twoim miejscu wolałbym śnić dalej.
Dziewczyna chciała już wyjść, lecz Marek zatrzymał ją.
- Poczekaj, czy mogłabyś nam coś opowiedzieć o tym miejscu?
Wyciągnęła jakieś podręczne urządzenie, włączyła je, po czym odpowiedziała poprawną polszczyzną:
- Jesteście na Awenis, planecie Nary, który raczył wam udzielić gościny. Niestety chwilowo nie ma go w pałacu, lecz wasz towarzysz już go szuka. Od Nary dowiecie się wszystkiego co potrzebne, tymczasem odpoczywajcie.
- Gdzie mogę złapać statek kosmiczny kursujący na Ziemię? - zapytał Max.
- Bardzo zabawne. Życzę miłego wypoczynku - odpowiedziała i wyszła.
- Coś mi się zdaje, że nie pożałujemy tej wycieczki! Co, nie? - powiedział Marek rozochocony
- Tak... Piękny zamek, jeszcze lepsza obsługa, jakieś jedzenie specjalnie dla nas... O! Zobaczcie, są nawet ubrania! - krzyknął Łukasz kiedy nacisnąwszy guzik na ścianie, ta rozwarła się ukazując wgłębienie gdzie przechowywane (na czymś wyglądającym zupełnie jak nasze wieszaki, tylko ozdobionym jakimiś ornamentami i znakami) były ubrania.
Podnieceni tym odkryciem przebrali się (stroje które przywdziali były iście królewskie) i natychmiast wypróbowali inny przycisk umieszczony na ścianie. Okazało się, że za ścianą krył się także telewizor. Rzecz jasna, nie był to zwykły telewizor, o czym niebawem się przekonali. Nigdzie nie było do niego pilota, na nim zaś co dziwniejsze też nie znajdowały się żadne przyciski.
- O kurde, jak my to włączymy - powiedział Tomek i... włączył telewizor.
- Jak to zrobiłeś Tomek? Są tam jednak jakieś przyciski? - zapytał Michał.
- Ta maszyna reaguje na głos! - odpowiedział Tomek, po czym wszyscy wpatrzyli się w ekran, gdyż nie często zdarza się oglądać telewizję innej niż nasza cywilizacji.
Telewizor był dosyć duży, mniej więcej trzydziesto calowy, a leciał w nim akurat program w rodzaju wiadomości.
- Dziś znowu dobiegły nas wieści o rebelii. Tym razem na Górzystej Planecie. Jednak według raportu generała Maxa Krijl oddziały specjalne zdławiły krwawo wszelki bunt i zaprowadziły porządek na wspomnianej planecie. Nie wiadomo, czego chcą rebelianci. Prawdopodobnie jacyś zbiegli z więzienia zbrodniarze podżegają ludność do buntu i chcą sami sprawować władzę. Jest to bezsensowne i bezpodstawne. Bezsensowne, ponieważ nikogo nie ominie sprawiedliwa ręka Rady Międzyplanetarnej. Bezpodstawne, ponieważ nigdy nie panował taki dobrobyt jak teraz, kiedy usunięto z Rady wszystkich tych, którzy pilnując tylko swego interesu nie dbali o dobro Zjednoczonych Planet. Rada Międzyplanetarna apeluje do wszystkich ras naszego świata o zgłaszanie istot współpracujących z rebeliantami, a chronienie ich i współpraca z nimi będzie karana śmiercią lub zesłaniem do Krainy Mroku.
- Kraina Mroku... miła nazwa - powiedział Łuki, ale nie zdążyli podyskutować o tym co słyszeli, kiedy Tomek zwrócił ich uwagę w stronę kwiatów, wśród których zauważył przycisk taki jak te na ścianach, ale starannie ukryty.
Po naciśnięciu go, z otworu w ścianie posypała się wszelaka broń jaką można sobie tylko wyobrazić. Stanęli jak wryci, mając świeżo w pamięci słowa wypowiedziane w tutejszej telewizji:
- Facetka w TV gada, że w kraju panoszą się jacyś rebelianci i współpraca z nimi jest karana śmiercią, a my znajdujemy kilka ton ukrytej broni - zauważył Marek.
- Przesadzasz, nie będzie tego nawet pół tony - pocieszył go Łukasz.
- Nie podoba mi się to - rzekł Michał.
- Mi też, zdaje się że wdepnęliśmy w wielkie gówno - podsumował Tomek.
W tej chwili drzwi komnaty otwarły się i wszedł do niej starszy mężczyzna w bogatym stroju:
- Widzę, że rozgościliście się niezgorzej... Pozbierajcie to prędko... lepiej żeby nikt tego nie widział - dodał zwracając się w stronę wysypanej broni.
Kiedy uczynili zadość jego żądaniu, opowiedział im zadziwiającą historię:
- Jesteście Wybranymi. Wiem, że to dla was dziwne, ale to co powiem jest prawdą. Kilka miesięcy temu doszło do zmiany w składzie Rady Międzyplanetarnej. Niejaki Szarkicz postawił większości członków zarzut zdrady i po niedługim czasie udało mu się wysłać wszystkich do Krainy Mroku. Wtedy zaczęło się coś dziać. Bez podania przyczyny Szarkicz rekwirował wszystkie zapiski starsze niż z Wieku Wielkich Wojen i ledwo udało mi się ten ocalić, dzięki któremu tu dzisiaj jesteście. Pisze w nim:

Gdy bestia, pod postacią Nogula
Radą zawładnie
I większą od siebie siłą kierowana
Arcyklejnotu zapragnie
Wtedy jedyną radą użycie mocy tych czarów
Przez Wrota sprowadzą pomoc -
Wybranych z innego wymiaru.

Wszystko się zgadza. Szarkicz należy do rasy Noguli. O zawładnięciu Radą Wam mówiłem. Nie wiem nic o "sile", która według tej przepowiedni nim kieruje, natomiast co do tego, że poszukuje Arcyklejnotu nie ma wątpliwości. Dwa miesiące temu rozpoczął zbieranie danych na jego temat, a miesiąc temu, zebrawszy prawie całą Armię Zjednoczonych Planet ruszył na Planetę Brązu. Na szczęście to błędny trop. Podał mu go Borion, założyciel Rebelii. On pierwszy odgadnął, że przepowiednia się sprawdza.
- Co to właściwie jest, ten Arcyklejnot? - zapytał Marek.
- Arcyklejnot ma wielką moc, dzięki niemu można wiele dobrego stworzyć, ale także wiele zniszczyć. O jego powstaniu nic nie wiem. Podobno Mędrzec, mieszkający na Bagnistej Planecie ma o tym jakieś wiadomości. Ja wiem tylko, że w roku 11851 kalendarza Planet Zachodnich odnalazł go Likar, władca Narwi toczący wojnę z Moogiem, władcą Dzikiej Planety i po użyciu Arcyklejnotu obie planety przestały istnieć, obie zamieniły się w pył po Wielkim Wybuchu. Widocznie Arcyklejnot został źle użyty i zniszczył nie tylko wroga Likara, ale także swojego znalazcę.
- A ja zawsze myślałem, że to USA ma najlepszą broń na świecie - powiedział Marek.
- Ale właściwie skąd wiecie, że to my jesteśmy tymi "Wybranymi"? - zapytał Łukasz.
- Na zwoju z tą prastarą przepowiednią były także słowa czaru, dzięki któremu "wrota" otworzyły się w miejscu, gdzie przebywaliście.
- OK. I co my mamy teraz zrobić? Mnie jakoś nic nie oświeciło i nie mam zielonego pojęcia jak znaleźć Arcyklejnot - powiedział Michał z nutą powątpiewania w głosie.
- Ja też tego nie wiem, ale z innymi przywódcami Rebelii ustaliliśmy, że jeżeli ktoś jest w stanie was nakierować na właściwy trop, to jest nim Mędrzec z Bagnistej Planety. Jak już mówiłem, tylko on może znać historię powstania Arcyklejnotu, oraz mieć o nim więcej wiadomości. Na szczęście Szarkicz nie wie o jego istnieniu. Mędrzec żyje od wielu lat z dala od ludzkich osad, zresztą na Bagnistej Planecie jest tylko jedna, wybudowana z dala od jego nory. Mędrzec nie jest całkiem człowiekiem, jest potomkiem dwóch wymarłych już przez Klejnot ludów. Synem Narwińczyka i Qkkijki (ten lud zamieszkiwał Dziką Planetę)...
W tym miejscu zaległa głucha cisza. Gościom Nary przeleciało przez myśl: "A więc ten Mędrzec zbiera informacje o Arcyklejnocie, ponieważ ten przedmiot doprowadził do zagłady wszystkich jego bliskich..." W końcu Nara przerwał ciszę.
- Nie znam jego imienia. Teraz nazywamy go Mędrcem, ponieważ studiuje jakieś tajemne księgi i tym, którzy go znają, udziela czasami rad. Widziałem się z nim raz. Kiedy pytałem o jego przeszłość nie chciał o tym rozmawiać. Dowiedziałem się o niej od Boriona. Do rozpoczęcia wojny jego rodzina żyła spokojnie. Później zaczął się koszmar. Jego ojca siłą wciągnięto do wojska, jego matka musiała uciekać razem z dzieckiem w obawie przed prześladowaniami. Na krótko przed wybuchem jego ojcu udało się zbiec w małym statku kosmicznym. Kiedy tylko wyleciał za atmosferę Narwi, skontaktował się z rodziną. Szczęście trwało bardzo krótko... Jeszcze nie skończył mówić, kiedy siła Wielkiego Wybuchu zniszczyła jego statek. Matka, przebywająca na Kronos, oddała pięcioletnie dziecko w opiekę zaprzyjaźnionej kobiecie po czym popełniła samobójstwo... Wojna jest straszna. Nie chcemy dopuścić, by przez zdobycie Arcyklejnotu przez Szarkicza doszło do jeszcze większej tragedii niż wtedy.
- Chyba nie możemy zrobić nic innego jak wam pomóc, o ile to możliwe - powiedział Łukasz.
- Czy w tej przepowiedni pisze też, że "Wybrani" spełnią swoje zadanie i bez żadnego uszczerbku wrócą do domu? - zapytał Marek.
- Nie. Pozostaje tylko wierzyć, że tak będzie. Dalsza część przepowiedni głosi:

Lecz niech wam nie przyjdzie do głowy,
Że Wybrani wszystko załatwią
Jeżeli im nie pomożecie
Cała "akcja" zakończy się klapą
Tylko przez zjednoczenie
Sił wszystkich jakimi władacie
Z złą bestią i jej "przełożonym"
Szansę jakąkolwiek macie

- Rany! Kto wymyślił te przepowiednie!? "Akcja", "klapa", "przełożony". Czy takim językiem jest napisana starożytna przepowiednia!? - zawołał poirytowany Max.
- Zapominasz, że nie słyszysz jej w oryginalnym języku. Przecież nie jesteście na swojej ojczystej planecie. Rozumiecie wszystko dzięki naszej technologii. - powiedział Nara po czym pokazał im to samo urządzenie, które miała obsługująca ich wcześniej dziewczyna - Takie samo jest także w telewizorze... Ale obawiam się, że mogliście usłyszeć z niego jakieś kłamstwa. Wydaje się, że Szarkicz kontroluje Radę, wojsko, media i co najgorsze, na tym nie poprzestaje, a wszystkich swoich wrogów wysyła do Krainy Mroku...
- Właśnie! Co jest, oprócz nazwy, takiego strasznego w Krainie Mroku? - zapytał Łuki.
- To, że właściwie nie wiadomo, co jest tam takiego złego, ale wiadomo że nikt z niej żywy nie powrócił. Kraina Mroku to część bezludnej Ciemnej Planety. W odróżnieniu od tej pustynnej planety, Krainę Mroku porastają gęste lasy. Tyle wiemy ze zdjęć zrobionych przez satelity wypuszczone na jej orbitę. Teraz żadnych satelit już tam nie ma. Wszystkie tajemniczo się zniszczyły. Oficjalnie przyczyną tego są właściwości otaczającej Ciemną Planetę atmosfery. Od czasu odkrycia tej planety wielu próbowało zbadać lasy Mrocznej Krainy. Nawet jeśli komuś to się udało, nikt z tej wędrówki nie powrócił. Zesłańców wypuszcza się niedaleko planety ze statku matki w małych stateczkach pasażerskich, które mają zaprogramowany lot w jakieś miejsce Krainy. Później pozostawia się ich samych sobie. Moim zdaniem, giną zabici przez jakieś nieznane nam (na szczęście) zwierzęta. No, nagadałem się nieźle, już mi szczęka odpada. To chyba wszystko, co wiem ciekawego i co może się wam przydać. Choć mam dopiero 132 lata, czuję się tym wszystkim zmęczony.
- Dopiero 132 lata? Czy u was rok trwa tyle samo co nasz? - zapytał Tomek.
- Tak. Czy tam skąd przybywacie ludzie żyją krócej?
- Dokładnie. U nas szczęściem jest dożycie 100 lat, a jeśli ktoś ma w naszym świecie 132 lata, z reguły nie trzyma już się na nogach i ogólnie ledwo dyszy.
W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć wyrażenie użyte pewnego razu na lekcji geografii przez moją profesorkę. Mówiąc o bezsensownym marnowaniu zasobów wodnych naszej planety i przeczuwając (oby się to nie sprawdziło), że pewnego pięknego dnia na Ziemi zabraknie wody pitnej, zastąpiła nazwę homo sapiens, odpowiedniejszym pewnie określeniem - ledwo sapiens. Tymczasem porzućmy rozważania nad przyszłością rodzaju ludzkiego, a przenieśmy się z powrotem do pałacu Nary...
- Czy macie jeszcze jakieś pytania? - zapytał Nara - Jeśli nie, trzeba wam udać się do Mędrca.
- Musimy to wszystko przemyśleć. Czy moglibyśmy zostać sami? - powiedział Marek.
- Dobrze, byle nie za długo. Zjedzcie także coś przed podróżą. Kiedy będziecie gotowi, dajcie znać przez naciśnięcie tego dzwonka (mówiąc to wskazał na jeszcze jeden przycisk w ścianie).
Kiedy Nara wyszedł, nasza oszołomiona z lekka czwórka rozpoczęła naradę.
- Jak wam się to podoba? - rozpoczął Marek - To najdziwniejszy, ale kto wie czy też nie najpiękniejszy dzień w moim życiu. Ciekawe, czy ta historia jako byśmy byli Wybranymi z dawnej legendy, jest prawdziwa. Jednak nawet jeśli to jest wyssane z palca, nie widzę przeszkód by wziąć udział w tej przygodzie. Zakładając, że to co nam mówił ten, jak mu tam...
- Nara - pomógł Łukasz.
- Właśnie! Zakładając, że opowieść Nary jest prawdziwa - nie mamy wyjścia. Cała ta Rebelia oczekuje od nas, że odszukamy Arcyklejnot, wątpię że pozwolą nam wrócić. Nawet gdyby pozwolili: czy spieszy się wam tak do szkoły, na lekcje? Chyba wolicie być tu, niż pisać kartkówkę, zasiadając w szkolnej ławie? OK., wiem że rodzinka nie będzie wiedziała, co się z nami dzieje, ale nie możemy zmarnować szansy na TAKĄ przygodę. Ja nie wybaczyłbym sobie tego do końca życia... Zakładając zaś, że Nara nas okłamał - tym bardziej nie mamy wyjścia. Przecież nie dostaniemy się na Ziemię na własnych nogach.
- Masz rację. Jeżeli Nara jest naszym przyjacielem i mówił prawdę, musimy spróbować pomóc temu światu, jeżeli jest wrogiem - mógł z nami zrobić co mu się podobało bez tej całej historii - poparł Maxa Łukasz.
- A mi to się nie podoba. To wszystko nie ma sensu. Wolę siedzieć w swoim zwykłym domu. Niech ten sen już się skończy!!! - krzyknął Michał i nerwowo zaczął się szczypać.
- Spokojnie - powiedział Marek. - Jeżeli coś może nam pomóc w tym innym otoczeniu to tylko spokój. Wreszcie czuję się doceniony - dodał z uśmiechem. - Wolę być Wybranym, niż "średniakiem" w swoim liceum.
Tomek stał z niezbyt zadowoloną miną. On też, tak jak Michał, nie był zachwycony tym, co się stało, ale nie wiedział, co można zrobić, by wrócić do "normalności". Ostatecznie, ciągnięty chęcią poznania nowego środowiska spróbował zapomnianych specjałów przyniesionych wcześniej przez uroczą służącą, a do zjedzenia których zachęcał Nara. Wyglądały podobnie jak ziemskie owoce, z tą różnicą, że zmieniały swoją barwę (np. przez chwilę były żółte, później zaczęły zielenieć, aż w końcu stawały się niebieskie, by rozpocząć cykl od nowa). Wspaniale orzeźwiały, a po zjedzeniu kilku, nawet Michał i Tomek nabrali chęci do wyprawy. Jednak nie zdążyli jeszcze zadzwonić po Narę, gdy ten wbiegł do pokoju i krzyknął:
- Nie ma czasu do stracenia! Szarkicz musiał się o czymś dowiedzieć! Zbliżają się statki bojowe i musicie stąd uciekać! Moja córka Sajo będzie waszym pilotem. Ruszajcie za mną!
Czwórka ziemian podążyła pędem za Narą, a biegnąc słyszeli już wszędzie huki i krzyki rannych. Władca Awenis prowadził ich tajemnymi, wąskimi korytarzami, z mnóstwem ukrytych przejść, które znał być może tylko on. W końcu wyszli z pałacu, w jakimś ustronnym miejscu, gdzie czekała na nich Sajo. Okazało się, że była to ta sama dziewczyna, którą spotkali w pałacu. Do statku pasażerskiego, którym mieli uciec, brakowało im jednak kilkanaście metrów, a żołnierze nasłani przez Szarkicza, którzy po ostrzale miasta wyszli ze swych statków i siejąc śmierć łamali wszelki opór, na jaki stać jeszcze było nieuzbrojonych mieszkańców, byli bardzo blisko. Nara wyciągnął laserowy pistolet:
- Ja odciągnę ich uwagę, a wy uciekajcie. Być może Szarkicz nic o was nie wie i chodzi mu tylko o mnie. Moje królestwo ginie, ale w was nadzieja, że nie zginą wszystkie zjednoczone planety. Żegnajcie! Żegnaj, moja droga córko. Doprowadź ich bezpiecznie do Mędrca i niech ci szczęście sprzyja.
- Nie ojcze! To ty powinieneś lecieć, a ja odciągnąć ich uwagę - powiedziała Sajo.
- Sama widzisz jak stary i głupi jestem! Nie myślałem, że Szarkicz mnie zdemaskuje, przynajmniej nie spodziewałem się tego teraz, kiedy wyruszył na poszukiwanie Arcyklejnotu do Planety Brązu. Przez to dałem się zaskoczyć. Broń leży ukryta w pałacu, a moi ludzie giną. Wprawdzie nawet gdybym wcześniej ją rozdzielił i tak nie mielibyśmy szans na wygraną z Armią Zjednoczonych Planet, ale drożej sprzedalibyśmy swoją krew. Po za tym, co najważniejsze, jestem władcą tej planety i wypada bym zginął w obronie swoich ludzi - to mówiąc Nara wypadł z ukrycia, biegnąc wprost na oddział wroga i strzelając do niego ze swojego pistoletu.

ROZDZIAŁ III
Na Braxusie

W tym czasie Wybrani wraz z Sajo dopadli do statku i wystartowali ku Bagnistej Planecie. Biegnąc zauważyli, że żołnierze za wszelką cenę starali się wziąć Narę żywcem, a cenę musieli zapłacić rzeczywiście wysoką, gdyż nim zdołali dopaść władcę Awenis i związanego poprowadzić do statku, co najmniej kilkunastu pożegnało się z życiem i drugie tyle odniosło rany. Żołdacy Szarkicza, którzy zajęci byli Narą, nie mieli czasu na zainteresowanie się uciekinierami, wysłano jednak za nimi dwa statki bojowe. Dwa uzbrojone po zęby kolosy ciągnęły za niepozornym stateczkiem płynącym po bezmiarze Wszechświata. Stateczek ten, prowadzony wprawną ręką, leciał jednak na tyle szybko, że chociaż nie bez szwanku, zdołał umknąć nieprzyjaciołom. Jeden z pocisków uszkodził zbiornik z paliwem.
- Będziemy musieli lądować na księżycu Awenis - Braxusie. Niestety, nie jest on zamieszkały. Po wylądowaniu, będziemy musieli czekać na jakiś statek, którego załoga zechce nas zabrać ze sobą i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie to myśliwiec Armii Zjednoczonych Planet proponujący darmową wycieczkę w zaświaty lub na Planetę Mroku - powiedziała Sajo.
- Cudownie! Mam nadzieję, że zakwaterują nas w pięciogwiazdkowym hotelu - powiedział Marek, pomyślał zaś "Gdybym był sam z tą dziewczyną, postój może nie byłby tak nieprzyjemny."
Powoli zbliżali się do pokrytej kraterami powierzchni księżyca. Widzieli za sobą Awenis, a w dali zielone słońce. Lądowanie przebiegło pomyślnie i po wyjściu ze statku dotknęli stopami drugiego już w tym dniu ciała niebieskiego innego niż Ziemia. Nigdzie nie było widać żywej duszy. Z kraterów ziała pustka.
- Chyba powinniśmy się ukryć - powiedział Łuki. - Nie będziemy przecież czekać na wojsko.
Zeszli w głąb jednego z kraterów, tak że trudno ich było z góry dostrzec, a sami w razie czego widzieli jaki statek zbliża się do ich pojazdu. Nagle usłyszeli zbliżające się kroki i dostrzegli czyjeś świecące oczy wpatrujące się w nich znad krateru. Dziwna istota, która przecież nie przyleciała tu znikąd, schodziła powoli w ich stronę. Nie mieli z sobą żadnej broni, więc z ogromnym niepokojem czekali na okazanie się, czy to schodzi do nich wróg czy też przyjaciel. Mogli już dostrzec jej wygląd. Istota, która się do nich zbliżała, miała na sobie czerwoną szatę, podobną do greckich tunik, spod której wystawały długie, ciemne, pomarszczone ramiona oraz nogi. Przepasana była świecącym pasem, a na środku czoła widniał błyszczący znak, przedstawiający księżyc w pełni. Kiedy zeszła, zapytała:
- Kim jesteście?
- A kim TY jesteś? Nie słyszałam o tym, by Braxus ktokolwiek zamieszkiwał - odpowiedziała pytaniem na pytanie Sajo.
- I bardzo dobrze. Jeśli zaś nie odpowiesz na moje pytania, nie będziesz miała okazji nikomu o tym powiedzieć. Chyba że komuś w zaświatach - to rzekłszy wyciągnęła świecący nikłym blaskiem nóż.
Sajo stała niezdecydowana, nie chciała powiedzieć zbyt dużo nieznanej osobie. Poza tym miała przy sobie ukryty pod płaszczem pistolet. Jednak Marek był odmiennego zdania. Widząc nóż w rękach nieznanej istoty i domyślając się, że pewnie nie jest sama, a także widząc beznadziejność sytuacji, w której się znaleźli (w każdej chwili mogły przecież przelatywać tędy statki wroga i widząc zbiegły statek ruszyć na poszukiwania), powiedział:
- Cóż. Jeśli tak sprawy stoją... - tu spojrzał na nóż - nie widzę przeszkód dla przedstawienia się. Nazywam się Marek, pochodzę z Ziemi. To moi koledzy: Łukasz, Michał i Tomek, wszyscy z Ziemi. Ta urocza dziewczyna to Sajo, córka Nary, władcy Awenis. Czy to ci wystarcza?
- Prawie. Chciałabym wiedzieć, gdzie leży ta Ziemia i co tutaj robicie.
- Gdzie leży Ziemia? Nie myślałem, że kiedyś usłyszę takie pytanie. Jakby ci to powiedzieć... Słyszałaś coś o Drodze Mlecznej i Układzie Słonecznym?
- Nie.
- To właśnie tam.
- W takim razie wasza cywilizacja musi być wysoko rozwinięta, skoro z jakiegoś nieznanego mi zakątka Wszechświata, dotarła aż tutaj, do Zjednoczonego Królestwa Międzyplanetarnego.
- Nic bardziej mylnego. Zanim jednak pogadamy o szczegółach może ty się przedstawisz?
- Nazywam się Xina i jestem jedną z siedmiu kapłanek Księżyca. Widzę, że nie jesteście wrogami, zaprowadzę was więc do Rady Starszych, która zadecyduje co z wami zrobić, a jeśli macie kłopoty, być może jak wam pomóc. Nasz lud przywędrował na Braxus, zanim jeszcze ludzie osiedlili się na Awenis. Nie chcieliśmy mieszać się w wasze sprawy, lubimy spokój i dlatego zeszliśmy pod ziemię. Jak na razie nikt nie wie o naszym istnieniu - powiedziała.
Wspięli się z powrotem na powierzchnię, lecz tu czekało na nich kilku ciemnych i pomarszczonych jak Xina mężczyzn uzbrojonych w miecze, którzy przewiązali im oczy czarnymi chustami. Po krótkim kluczeniu, weszli w głąb innego krateru. Nie był stromy, kiedy zaś zeszli na dół poczuli pod stopami schody. Usłyszeli zamykanie przejścia po czym mężczyźni rozwiązali im oczy. Otaczała ich cisza i ciemność. Szli podziemnym korytarzem. Był bardzo kręty, co chwila zmieniali kierunek marszu. Xina i strażnicy milczeli. Nasi wybrani także nie mieli ochoty na rozmowy, gdyż miejsce w jakim się znaleźli dziwnie na nich oddziaływało, czuli na sobie działanie pradawnych mocy, magię rozproszoną w ciemności, przy której każde słowo wydawało się bezsensownym, nie mającym znaczenia. Kluczyli wciąż w gmatwaninie korytarzy, po pewnym czasie dostrzegli jednak przed sobą ledwo dostrzegalne światło. Powiększało się ono z każdą chwilą, a do uszu nastolatków zaczęły dochodzić jakieś dźwięki i szepty rozmów. W końcu z ciemnego korytarza wkroczyli do zalanej światłem sali, której przepych (kiedy już mogli otworzyć oślepione zrazu blaskiem oczy) przyprawił ich o zawrót głowy. Byli w podziemnej jaskini, w ścianach której aż lśniło od drogich kamieni, złota i srebra (tak im się przynajmniej wydawało, gdyż nie było to zwykłe złoto czy srebro albo drogie kamienie, ale ich Braxańskie odpowiedniki - o wiele piękniejsze niż ziemskie). Na środku sali stał złoty tron, na którym spoczywał starzec. Jego skóra była to jedna wielka zmarszczka. Pomarszczona skóra była cechą rasy zamieszkującej Braxus, ale u niego przekraczała wszelkie granice. Wydawał się starszy niż świat i dla niektórych pewnie nieco odrażający, ale na pierwszy rzut oka można było dostrzec bijącą z jego starych oczu mądrość, której nie mogły przesłonić zmarszczki. Naokół tronu stali Braxonianie, spoglądając ciekawie na przybyszów. Xina skłoniła się przed starcem, po czym przemówiła:
- Znalazłam tych pięcioro w sto piątym kraterze. Kobieta jest księżniczką Sajo, tych czworo podaje się za mieszkańców planety o nazwie Kemia... czy coś takiego. Zdaje się, że mają kłopoty.
- Opowiedzcie mi o waszych kłopotach i skąd się tutaj wzięliście - rzekł starzec.
- Przelatywaliśmy przypadkiem nad waszym księżycem, kiedy zabrakło nam paliwa - powiedziała Sajo.
Starzec zmarszczył gniewnie brwi:
- Kiedy zdecydujecie się powiedzieć prawdę, wtedy porozmawiamy. Tymczasem straże odprowadzą was do lochów.
- Już się zdecydowaliśmy - powiedział Marek, po czym opowiedział całą historię nie omijając żadnej ważnej informacji i zdradzając przepowiednię.
- Mówisz, że jesteście Wybranymi? I że musicie dostać się do Mędrca z bagnistej Planety... Cóż, ja także znam pewną przepowiednię. Mówi ona, że pewnego dnia zjawią się Wybrani i mój lud ma im pomóc... jeśli przejdą próby. Ukryjemy wasz statek. Nie potrafimy jednak go naprawić, nie mamy też paliwa. Jeśli okaże się, że jesteście Wybranymi załatwimy wam inny środek transportu...
- Dziękujemy. Co to za próby? - zapytał Max.
- Dowiecie się wszystkiego jutro rano. Tymczasem prześpijcie się w komnatach, jakie posiadamy dla tak miłych gości.
Dla każdego z całej piątki przygotowano oddzielną komnatę. Zanim jednak udali się na spoczynek, spotkali się w jednej z nich na naradzie.
- Czy musisz wszystkim wkoło mówić o naszych zamiarach? - zapytała Marka Sajo.
- Chyba jak na razie to się nam opłaca - odparł Max. - W przeciwnym razie, wydaliby nas pewnie żołnierzom, a tak, mamy nowych sprzymierzeńców.
- Może to i prawda, ale na twoim miejscu nie cieszyłabym się z "prób", które będziecie musieli rano przejść.
- A to niby czemu. Jesteśmy tymi Wybranymi czy nie? Jeśli facet chce, żebyśmy przeszli jakieś próby to Ok. Mnie to nie przeszkadza.
- Róbcie jak chcecie, ja Wybraną nie jestem i nie mam zamiaru brać w tym udziału. Trzeba to będzie temu starcowi wytłumaczyć... Byłabym zapomniała - dla każdego z was mam urządzenie tłumaczące. Dotychczas rozumieliście wszystko, bo byliście wystarczająco blisko nich, a one były zaprogramowane na działanie w pewnej odległości ode mnie. Teraz każdy z was będzie miał swojego tłumacza, zmienię więc ich działanie, by z każdego mogła korzystać tylko jedna osoba. Jeśli kiedyś zdarzyłoby się, że komuś się zepsuje, zmieńcie działanie z powrotem na "odległościowe" i zdefiniujcie jaka ma to być odległość... Nie wiem jak wam, ale mi chce się już spać.
Reszta zgodziła się chętnie i po paru minutach każdy leżał wygodnie na posłaniu z puszystych ni to piór, ni to liści ze swoim urządzeniem przypiętym starannie do ubrania. Nie wiadomo czy w tym czasie nad nimi była rzeczywiście noc, czy też może dzień, nie wiedzieli która godzina była wtedy w Polsce - ich zegarki nie działały. W każdym bądź razie spali wygodnie nie wiedzieć ile metrów pod powierzchnią Braxusa.

ROZDZIAŁ IV
Długa rozmowa na Kryptonie 2w1

W tym samym czasie na planecie Krypton 2w1:
- Co jest do cholery! Powinni dawno po nas przybyć - żalił się Batman.
- Rzeczywiście. Niezłe opóźnienie. Mieli być po nas ładne parę godzin temu - dodał Superman. - Co powie Lolis jeśli przyjdziemy z niczym?
- Nie wiem jak wy, ale ja stąd spadam - powiedział Spiderman i spadł z sufitu.
- Moje nadprzyrodzone zdolności mówią mi, że zaszła jakaś pomyłka - oświadczyło cudowne dziecko, potrafiące wyginać łyżki wzrokiem i patrzeć oczyma duszy w przyszłość oraz przeszłość, niezbyt jednak zainteresowane teraźniejszością, które siedziało dotąd cicho w kącie i medytowało.

ROZDZIAŁ V
Próby, czyli "Wiara czyni cuda"

Pierwszy obudził się Łukasz. Wstał ze swego miękkiego posłania i przeciągnął się zamaszyście. Przed snem nie miał siły, by przyjrzeć się komnacie, był tak zmęczony, że od razu zasnął. Teraz, wypoczęty, przyjrzał się swojej sypialni. Jak można się domyślić, była to podziemna grota... Ale jaka grota! Można było, wciskając znaczek w rodzaju runu na ścianie, oświetlić ją różnobarwnymi światłami i wyglądała wtedy niczym komnata importowana prosto z bajkowego zamku. Łuki ziewnął, po czym przypomniał sobie poprzedni dzień. To stało się naprawdę. Został przeniesiony do innego wymiaru, gdzieś na kraniec Wszechświata, daleko, bardzo daleko od Ziemi. Nie czuł jednak tęsknoty za domem, czuł ciekawość i żądzę przygód. Chciał dowiedzieć się jak najwięcej o tym miejscu, fascynowało go też to, że jest Wybranym. "Wybrany" to "wyjątkowy", prawdopodobnie był pierwszym człowiekiem, który widział te cuda na własne oczy. Zaraz, zaraz - pomyślał - przecież Nara i Sajo byli ludźmi! A przynajmniej wyglądali jak ludzie. Czyżbyśmy mieli z nimi jakiś związek? Myślał nad tym ubierając przygotowane dla niego szaty (przypominające lniany worek i o dwie odrobinki za duże), a także myjąc się w zielonkawej cieczy, która mogła być wszystkim, ale na pewno nie była wodą. Kiedy skończył, chciał wyjść na korytarz, jednak drzwi były zamknięte. Poczuł się jak w więzieniu. Na szczęście po paru minutach usłyszał kroki i po chwili drzwi się otworzyły. Wszedł przez nie ciemny, pomarszczony mężczyzna i oznajmił:
- Proszę za mną. Pańscy towarzysze czekają już w Sali Przepowiedni.
Wyszli z groty i ruszyli ciemnym tunelem, klucząc między plątaniną korytarzy. W końcu doszli do celu. Weszli do obszernej groty, w której znajdowali się już koledzy Łukasza oraz Sajo i Starzec wspierający się na świecącej blado lasce. Starzec przemówił:
- Twierdzicie, że jesteście Wybrańcami. Musicie jednak tego dowieść. Nasza prastara przepowiednia mówi o tym, że Wybrani przejdą pomyślnie pewne próby. Każdy z osobna dostanie po jednej. Jeśli przejdziecie je pomyślnie, pomogę wam. Jeśli wam się nie uda, czeka was śmierć. Zaś co do księżniczki... Jeśli okaże się, że jesteście oszustami, zostanie na Braxusie na zawsze... Widzicie te cztery korytarze? Musicie wybrać po jednym z nich. Zaczynajmy!
Łukasz, Michał, Tomek i Marek popatrzyli po sobie, po czym pożyczyli sobie nawzajem szczęścia i wybrali korytarze. Łukasz wziął pierwszy z prawej, Marek drugi, Tomek trzeci, a Michał czwarty.
- Łukaszu! Będziesz walczył z O.
- Z czym? Z jakim "O"?
- Głęboko pod ziemią, żyje potwór starszy niż ja, pamiętający być może czasy, kiedy nie było jeszcze mojego ludu na Braxusie. Jest niebezpieczny, szalenie niebezpieczny. Udało nam się odizolować od niego największymi czarami jakie znamy, ale nie jesteśmy całkowicie bezpieczni, bo on stopniowo zmniejsza ich moc. Wielu naszych najlepszych wojowników próbowało go zabić. Żaden tej konfrontacji nie przeżył. Nazwałem go O, ponieważ jeśli nie jesteś Wybranym, nie zdążysz powiedzieć "O kurka, nie mam szans" i już będziesz martwy. Prawdopodobnie dojdziesz do litery O.
Łuki nic nie odpowiedział, spojrzał tylko w ciemną otchłań rozpościerającą się przed nim. Po długiej chwili rzekł:
- Czy mam już iść?
- Możesz posłuchać co ma do roboty reszta. Marku! Ty musisz przebyć Tunel Mroku. Musisz dojść do jego końca bez odwrócenia się za siebie. Zrozumiałe?
- Tak, nic prostszego - w teorii.
- Tomku! Dla ciebie mamy Bezpieczny Korytarz. Nie daj się jednak zwieść pozorom i uważaj na śmiercionośne pułapki, które w nim się znajdują. Na dowód wykonania zadania przynieś mi stamtąd nóż. Co zaś do ciebie Michale! Wybrałeś Tunel zagadek. Kiedy do niego wejdziesz, wytęż mózgownicę i staraj się odpowiadać poprawnie.
Michał i Tomek stali bez słowa, w końcu Tomek odezwał się:
- Czy... czy można tam zginąć?
- Tak, każdego z was, jeśli nie wykonacie zadania czeka śmierć. Tak to już jest na tym okrutnym świecie.
Zaległa ponura cisza. W końcu przerwała ją stojąca dotąd cicho Sajo:
- Przecież jesteście Wybranymi. Te próby to tylko formalność. Dacie sobie radę.
Czwórka kolegów, zwykłych szarych uczniaków, nie mających żadnych nadprzyrodzonych zdolności popatrzyła na nią.
- Jesteśmy Wybranymi - powiedział Marek.
- Jesteśmy Wybranymi - powtórzył jak echo Łukasz, po czym pożegnawszy się z resztą potencjalnych Wybrańców, zagłębił się w wylot swojego korytarza. Tomek, Marek i Michał uczynili to samo.

Próba Łukasza

Łukasz ruszył w głąb swego korytarza przeznaczenia. Droga biegła prosto i była na razie dość łatwa, choć Łuki nie miał żadnego światła i poruszał się w całkowitych ciemnościach. Idąc myślał o czekającym go zadaniu. "Jak mogę zabić tego gada, jeśli nie mam nawet noża? Gołymi rękami? Ale cóż, przecież jestem Wybranym, powinna to być dla mnie pestka z masłem. Może zanim do niego dotrę dostanę jakiegoś oświecenia. Chociaż... jeśli Nara się mylił... Może to jakaś pomyłka i jestem jednym z czterech frajerów, którzy myśląc teraz nie wiadomo co o sobie wpadną prosto w ramiona śmierci... Albo w końcu się obudzą, bo to co się dzieje jest bardzo, ale to bardzo nieprawdopodobne." Tak rozmyślając szedł przed siebie, a powierzchnia pod nogami zaczęła stawać się coraz bardziej nierówna i Łukasz, potykając się co chwila, lądował na ziemi lub z trudnością łapał równowagę. Nagle dostrzegł, że tunel, który dotychczas biegł cały czas prosto, rozgałęzia się. Przed nim znajdowała się ściana, a on stanął przed wyborem drogi po prawej lub po lewej stronie. Po lewej stronie nieprzeniknione ciemności, po prawej stronie zauważył majaczące w oddali światło. Ruszył więc w prawo. Szedł, a światło przybliżało się i stawało się coraz wyrazistsze. Dostrzegł już, że to pochodnia. Wpatrzony w jej światło, poczuł nagle pod nogami coś kościstego i runął jak długi przed pochodnią. Potknął się o ludzki szkielet... Chciał krzyknąć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. "To tylko szkielet... martwy i niegroźny" - pomyślał Łukasz. Zastanowił się... "Ale dlaczego leży tuż przy pochodni? Nieostrożnie ją ujął i oparzył się na śmierć? A może uruchomił pułapkę?". Niestety czy też stety, drugi domysł wydał się Łukiemu bardziej prawdopodobny, więc zrobiwszy gwałtowny w tył zwrot opuścił kostka i kuszącą swą jasnością pochodnię. Powoli zagłębiał się po raz drugi w całkowitą ciemność. Po paru minutach żałował, że nie spróbował wziąć pochodni. Nie widział nic przed sobą, nad sobą, ani za sobą. Poruszał się ostrożnie, bowiem nie tylko pod nogami miał bardzo nierówną powierzchnię, ale w dodatku korytarz spadał teraz dość ostro w dół i trzeba było uważać by nie przeturlać się na samo dno, miażdżąc sobie przy okazji kości o wystające kamienie.
Zmęczenie zaczęło dawać znać o sobie. "Kiedy dotrę w końcu do tego czegoś, rzeczywiście nie będę miał nawet siły wydusić z siebie więcej niż "O...". Może by tak trochę odpocząć?". Coś zamajaczyło mu przed oczami. "Do tego mam halucynacje". Przetarł oczy, ale cały czas widział w oddali jakiś blady błysk. "Może to oczy tego O. W takim razie to jest już koniec, nie ma już nic. O mnie dostanie, nie będę żyć". Podszedł bliżej. Nikły blask rozchodził się wokół... miecza! Dodajmy, dość dużego miecza. Był mniej więcej wielkości Łukasza. Nad nim, oświetlona tym blaskiem, wisiała tabliczka, na której złotymi literami wypisane było:

Instrukcja obsługi miecza uniwersalnie wyspecjalizowanego:
Miecz ten służy do zmiatania z powierzchni ziemi rozmaitych potworów (np. O). By się nim posłużyć należy:
1. Być Wybranym
2. Chwycić za uchwyt
3. Podnieść PRODUCENT: "Zabij potwora" sp. z o.o.
4. Dojść z nim do np. O
5. Użyć tnąco na np. O
Producent nie ponosi odpowiedzialności za krzywdy i szkody wyrządzone potworom. Nie ponosi też odpowiedzialności za użycie miecza przeciwko ludziom lub teściowym.

Łuki przeczytał instrukcję, przyjrzał się broni i pomyślał: "Spróbujmy go podnieść. Nie widzę tu żadnego szkieletu, więc ten miecz chyba nie jest pułapką. Zresztą nie mam wyboru. Jak już wcześniej mi przez myśl przeszło, nie zabiję tej gadziny gołymi rękami". Chwycił za uchwyt, wyprężył się cały próbując podnieść miecz... i padł na ziemię. "Nie dam rady. Ten miecz nie jest na mój rozmiar. Nie jestem Conanem ani innym Supermanem żeby się nim posługiwać". Rzeczywiście, miał rację. Z uniesieniem tego potężnego miecza miałby problem każdy mężczyzna w sile wieku, który nie jest zawodowym kulturystą lub pracownikiem muzeum ze starożytnymi mieczami do zabijania potworów. Okazało się jednak, że istniała szansa by unieść tę broń. Na krańcu małego kręgu półświatła jaki dawał miecz, leżały dwie butelki. Jedna zielona, druga czerwona. Obok nich leżała kartka:

Instrukcja obsługi napojów
Jeden z tych napojów dodaje siłę. Należy wybrać go, wypić i czekać na nienaturalny, trwający przez jakiś tylko czas, przyrost mięśni. W przypadku złego wyboru oba napoje ulegną samozniszczeniu.
PRODUCENT: "Podaruj sobie siłę" sp. z b.o.o. (spółka z bardzo ograniczoną
odpowiedzialnością)
Producent nie odpowiada za brak szczęścia u zdechlawych Wybrańców, nie odpowiada też za wszelkie środki uboczne (których jest tak wiele, że szkoda miejsca by je wymieniać).

Łuki pomyślał: "Nie mogę nie spróbować. Tylko który wybrać? Wezmę zielony, bo może oznaczać zielone światło dla zabicia O, poza tym lubię ten kolor. Z drugiej jednak strony, czy nie mówią, że zielony przyciąga głupich? No, ale tutaj chyba tego powiedzenia nie znają. Biorę go i zobaczymy". Podniósł zieloną butelkę, ale ta rozpłynęła się w jego dłoni. To samo stało się z czerwoną. Obie wyparowały, "uległy samozniszczeniu". "Kurde! To się nazywa mieć szczęście". Usiadł na ziemi. Nie mógł unieść miecza, źle wybrał napój, totalna klapa. Ale wiedział, a przynajmniej tak przypuszczał, że bez tego żelastwa nie pokona O. W końcu złapał miecz obiema rękami i po raz drugi spróbował go unieść. Miecz nie uniósł się nawet o milimetr nad ziemię, przesunął się tylko trochę po powierzchni tunelu. "Trudno, będę go ciągnął po ziemi" - pomyślał Łukasz i zamiar wykonał.
Nie było to proste zadanie. Jak się okazało do spotkania z potworem było jeszcze dość daleko. Łukasz, cały przepocony, ciągnął po ziemi swoje jarzmo, a każdy nerw jego ciała z każdą mijającą sekundą czuł to brzemię coraz bardziej. Nikt, kto nie ciągnął ważącego nie wiadomo ile (ale wiadomo, że strasznie dużo) miecza, by przy jego pomocy pokonać potwora, nie zrozumie w stu procentach co czuł Łuki. Bliski zrozumieniu będzie ten, kto współzawodnicząc z kolegami w długodystansowym biegu, został w końcu sam na sam z równorzędnym przeciwnikiem i o zwycięstwie decydowało to, kto zdoła włożyć w walkę większy wysiłek, kto go wytrzyma, a kto nie. Tak właśnie czuł się Łuki, z tym że jego przeciwnikiem był on sam. Zmagał się z samym sobą, ze swoim zmęczeniem, które mówiło mu "Przestań! To bez sensu. Jak jesteś tym Wybranym to i tak jakoś sobie poradzisz, a jak nie to i tak marnie zginiesz". Odpierał ten argument myśląc "Życie nie jest różowe. Nawet życie Wybrańca. Wiem, po prostu wiem, że inaczej nie wykonam tego zadania. Gdybym nie był Wybranym, może bym się poddał, ale ponieważ nim jestem, muszę to wytrzymać". Nie potrafił myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, by zrobić jeszcze krok do przodu, a przychodziło mu to z coraz większym trudem. Szedł na pół przytomny, kiedy do jego zmysłów zaczął dochodzić straszliwy smród. Czuł w powietrzu odór, jakiego nie powstydziłby się skunks z biegunką. "Ten zapach mnie zabije - myślał - zanim dojdę do jego właściciela". Nie było wątpliwości, że zapach pochodzi od O. Łukasz dostrzegł wylot korytarza prowadzący do podziemnej pieczary podziemnego potwora. Ściany pieczary świeciły bladym blaskiem. Łuki upadł na ziemię. Podniósł się jednak na kolana i dalej ciągnął za sobą miecz. Od wdychanego smrodu, nie mógł skupić myśli. Doszedł do wylotu korytarza. Tunel kończył się tutaj. Prawie pionowa ściana opadała do legowiska O. Łukasz spojrzał w dół. Dokładnie pod wylotem leżał uśpiony potwór. Zbudowany z wielu oślizłych segmentów, wyglądał jak wyrośnięta ponad miarę dżdżownica, z tym, że miał wykształcone ogromne oczy (przykryte w tej chwili powiekami) oraz dziurki po obu stronach głowy, pełniące rolę uszu, dwie dziurki będące dziurkami nosowymi i ogromną paszczę, z szeregami ostrych jak brzytwy zębów (którą otwierał przy wdechu). Łukasz przeciągnął miecz przed siebie i ostatnimi siłami zepchnął go w dół, modląc się w duchu by miecz spadając trafił śmiertelnie potwora. Kiedy chciał spojrzeć za mieczem, w oczach mu zmętniało. Zemdlał.
Kiedy się obudził, spojrzał w dół i stwierdził że O jest martwy. Ciało potwora leżało sztywne, a paszcza pokryta była zieloną pianą. Jednak miecz leżał obok ciała. Łukasz ostrożnie, czepiając się wystających krawędzi, zszedł po ścianie na dno i przyjrzał się broni. Nie była pokryta krwią. Co więc się stało? Jak zginął O? Zadając sobie te pytania, Łuki zobaczył przed sobą lustro, którego rama pokryta była tajemniczymi znakami. Nie widział w nim swego odbicia, lecz dobrze znanego nam Starca i Sajo siedzących w Sali Przepowiedni. W jednej chwili zrozumiał, że to przejście, które pozwala mu wrócić po dowiedzeniu swej wybrańczości. Nie zdążył się do niego zbliżyć, kiedy ono samo "wciągnęło" go i po chwili stał po drugiej stronie, szczęśliwy jak nigdy i szukający wzrokiem pozostałych Wybranych, swoich kolegów...

Próba Marka

Marek, który miał do przejścia Tunel Mroku, nie mógł obrócić się za siebie. Jak słusznie zauważył, w teorii tej nie było nic skomplikowanego. Na razie wszystko szło pomyślnie, szedł przed siebie w całkowitych ciemnościach i nie myślał o patrzeniu wstecz. Po paru minutach dostrzegł zbliżającą się do niego postać. Zbliżała się do niego, ale na szczęście nie wyglądała na ducha. Kogoś mu przypominała, kogoś, kogo dobrze znał ze swojej codzienności. Teraz poznał postać... Był to jego ojciec!
- Tata? Co tu robisz? - zapytał naiwnie Max.
- Ty pytasz się mnie co tu robię? A co TY tu robisz? Nie wiesz, że masz zaległości w szkole? Chcesz zostać bezrobotnym? Tylko ci pierdoły w głowie! Zacząłbyś się porządnie uczyć! Nie będziemy cię wiecznie utrzymywać, a za dwa lata masz maturę!
- Nie jesteś moim ojcem. Jesteś... czymś. Ale gratuluję, przebranie niezłe. Prawie się nabrałem. Słowa też całkiem pasują do taty. Tyle tylko, że on nie mieszka na Braxusie. Mimo wszystko odpowiem na twoje zarzuty. Co mnie obchodzi szkoła. Szkoła nie rozwija. Aby się rozwijać, trzeba wiedzieć w jakim się chce rozwijać kierunku. Reszta jest niepotrzebna. A w szkole każą się uczyć wszystkiego. Z tego około jeden procent wiadomości jest przydatny w dalszym życiu, a dziewięćdziesiąt dziewięć procent to niepotrzebne bzdury.
"Coś" zniknęło. "Tego się spodziewałem" - pomyślał Max i ruszył dalej. Stąpał ostrożnie czekając na nowe widziadło. Ale trudno było coś dostrzec poprzez otaczające go ciemności. Nagle uderzył o szkło. Dotknął palcami jego powierzchni. Była gładka. "Może to lustro" - pomyślał. "Chyba, że mają tu zainstalowane okno" - dodał żartobliwie w myślach i uśmiechnął się pod nosem. Tymczasem nie wiedzieć skąd napłynęło światło i oświetliło tak go jak i (tak jak przypuszczał) lustro. Po chwili nie było mu do śmiechu i klął na światło, dzięki któremu mógł zobaczyć w lustrze swoje odbicie. Co zobaczył? Chłopaka, nagiego chłopaka. Odartego z wszystkiego, co przykrywało jego duszę, a raczej tę hańbiącą, czasem nawet przerażającą jej część. Jak na dłoni widział wszystkie swoje wady, wszystkie złe cechy charakteru, wszystkie ciemne zakamarki swojej duszy. Widział swoją ciemną stronę. Nie mógł na to patrzeć, wmawiał sobie, że to fałsz, chciał się odwrócić... ale wiedział, że to nie jest fałsz i że nie może się odwrócić. Jego próba polegała przecież na tym by iść PRZED SIEBIE, nie oglądając się ZA SIEBIE. Właśnie! Przeszedł przez lustro, tak jak przechodzi się przez pionową ścianę wody. To co złe zostało za nim. Prawdę powiedziawszy nie do końca za nim. Przecież była to jego cząstka. W każdym bądź razie, zaległa na swoim miejscu, w głębokiej podświadomości.
"Chyba nie może mnie spotkać już nic gorszego" - pomyślał Marek, ale oto jego oczom ukazał się widok, którego najmniej się spodziewał. Wprost przed jego oczami ukazał się ekran, na którym pokazywana była wenezuelska telenowela. Max chciał biec, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa, musiał iść tym samym tempem co wcześniej. Chciał zamknąć oczy i zatkać uszy, ale okazało się, że tego też nie może zrobić. Musiał iść i chcąc nie chcąc słuchać i oglądać to, co pokazywał mu ekran. Zaś siła kierująca ekranem, była bezlitosna. Jakby nie dość było telenowel, każdy odcinek przerywany był pięć razy przez reklamy proszków do prania, co potęgowało tylko straszliwy efekt.
Nawet po upływie dość długiego czasu, jaki minął od tego zdarzenia, w chwili kiedy Marek opowiadał mi o tym w Tawernie pod Ciekawymi Opowieściami, nie potrafił mi opowiedzieć jakie dokładnie były to telenowele, bo sprawiłoby mu to zbyt ogromny ból. Mnie, chociaż sam tego nie przeżyłem, trzęsie się ręka, kiedy o tym piszę. Wracając zaś do tego, o czym Max z trudem zdołał mi opowiedzieć...
"Kiedy to się skończy" - myślał. Męczarniom jednak nie było końca. Wszyscy dobrze wiemy jakie z telenowel tasiemce. Jedna seria to kilkaset odcinków, których zakończenie jest przeważnie od początku wiadome (przed każdym odcinkiem pokazywana jest para, która po wielu "wzruszających" zdarzeniach weźmie ślub). "Muszę być silny. Jestem Wybranym" - powtarzał w duchu Marek i tylko to utrzymywało go w dążeniu dalej przed siebie. W końcu nie mógł już tego wytrzymać. Kiedy już chciał zawrócić, ekran zgasł. Zniknął. Max z radości puścił się pędem, na łeb na szyję, w ciemną czeluść tunelu. Biegł tak, aż dobiegł do rzeźbionego w dziwne znaki lustra, oświetlonego jak można się domyślić, światłem niewiadomego pochodzenia. Po drugiej stronie lustra zobaczył Starca, Sajo i Łukasza. "Czy po raz drugi dzisiaj mam przechodzić przez lustro?" - zapytał sam siebie. Lecz zanim się nad tym zastanowił, został przez nie "wciągnięty".

CDNN (ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi)