"Okej, jeszcze chwilka i kończę"- myślę sobie.
"Jeszcze dwa razy odpowiem, a później {/me spada do
domu...} i {/quit Connection reset by live...}. Albo może
jeszcze dwie chwilki..."
- Bulli, to ja jeszcze przedłużam, okej?- wołam do szefa
kafejki netowej. Facet uśmiecha się i mówi, że nie ma sprawy.
Cieszę się. W portfelu mam jeszcze trochę kasy, w końcu
niedawno miałam imieniny, zjechała się prawie cała rodzinka,
sypnęło się trochę pieniążków od wujków... Coś około
trzystu złotych...Razem z kieszonkowym to by było prawie
czterysta. Obliczam w myślach ile już wydałam na książki i
gumy do żucia. Powinno zostać niecałe trzysta, sprawdzam
zawartość portfela, zgadza się, dokładnie dwieście
siedemdziesiąt sześć i pół... Liczenie zajęło mi parę
minut, tymczasem na ircu już kilka nowych osób chce ze mną
rozmawiać, komputer generuje trochę denerwujący dźwięk mówiący
mi, że ludzie się niecierpliwią. Wracam do srebrnego ekranu,
odpowiadam włączam się do porzuconej dyskusji na temat
dresiarstwa i satanizmu... Razem z Malenstfem z #cdaction
kulturalnie napadamy na PAINTBALL'a, który informuje, że należy
do tzw. AS-ów, czyli Anty Satanistów... Facet jest żałosny,
nie zna żadnych satanistycznych reguł, nie wie, że prawdziwy
satanista NIGDY nie zabiłby niewinnego człowieka, nie podniósłby
ręki na dziecko czy zwierzę... Opowiada o przyjaźni z dresami,
jacy to oni są wspaniali, jak to można z nimi porozmawiać...Ale
na moje pytanie: "O czym można porozmawiać? Chciałabym
poznać te wielce interesujące tematy." odpowiada
"Trzym ryja witch glupi pedale!!!". Milutko... Nic nie
szkodzi, na ircu to normalne. Ale trochę nie mogę tego znieść,
że nazwał mnie pedałem, chyba się facet nie wczytywał w moje
wypowiedzi, więc delikatnie uświadamiam mu, że jestem kobietą
i bycie pedałem wydaje mi się nieco trudne do wykonania.
Kolesia to nie rusza, nadal odwala jakieś bezsensowne pyskówki,
jakby nie zauważał celności argumentów Malenstwa i innych
inteligentnych ludzi kanału, niestety, zamiast poważnych
kontrargumentów używa wyzwisk i po prostu bluzga w brzydki sposób.
Drażni mnie to, wiec na chwilę znów się wyłączam, na
#Bydgoszczy spotkałam starego znajomego, Kudlacza, wspominamy
stare dzieje... Rozmowa schodzi na muzykę i stare gierki, oboje
graliśmy w takie hity jak Teenagent, Another World czy
Electrobody...Chwale się, że mam jeszcze moje stare ZX
Spectrum, on ma jeszcze Atari...I zapominam prawie o Malenstfie,
PAINTBALL'u, zapominam też o #cdaction. Ale oni nie zapominają
o mnie, słyszę średnio głośne DING, pojawia się nowe okno,
krzycząc czerwonymi literkami. To PAINTBALL mnie przeprasza,
chce zawrzeć pokój. Nie mam nic przeciwko temu, ale wciąż
staram się wykazać mu błędy w myśleniu. On już się chyba
trochę denerwuje. Konwersacja się urywa, wracam do Kudłatego z
#Bydgoszczy, okazuje się, że on musi już lecieć. Żegnamy się.
Ja mam jeszcze pół godzinki. Wracam na #cdaction. Okazuje się,
że o nagłe ocieplenie stosunków pomiędzy mną i PAINTBALL'em
nastąpiło ponieważ {hitman} zna faceta obsługującego cafe, w
którym siedzi PAINTBALL, i pod groźbą wylecenia z niej zgodził
się mnie przeprosić. Już mnie to mało obchodzi, PAINTBALL i
tak dostał bana na #cdaction. Rozmowa schodzi na jakieś inne
sprawy, kłócę się o coś z Dwarfem, chyba nie mam racji bo
dostaję wirtualnym toporem po głowie, w ostatniej chwili
uchylam się przed ciosem, rzucam płonącą kulą magii w
krasnoluda. Ten okazuje się być niewrażliwym na czary,
zapomniałam, ze to przywilej rasowy krasnoludów. Wolę się
poddać, na wszelki wypadek przyznaję mu rację. Nagle nastąpił
split, połowę ludzi wywaliło z kanału, poznikali znajomi, po
paru chwilach wracają razem z botami, które rozdają opy. Robi
się nudno, przeskakuję na #bicz, gdzie prawie na okrągło lecą
quizy. Jest Kingsajz i Byrdis, więc dostaję voice'a. Już mnie
to nie rusza, ale na początku cieszyłam się, że mnie poznają.
Patrzę na zegarek, zostało mi niecałe dziesięć minut, ale
nie chcę jeszcze iść do domu, Bulli pozwala mi jeszcze zostać,
jest druga, nie ma dużego ruchu, dwa komputery stoją wolne.
Zamawiam swoją ulubioną "Dziewiątkę" na dwie
godziny. Tymczasem na #biczu jest SWISTAK KWIZ, można dostać
Zimne piwa. Odpowiadam na parę pytań. Mija mi tak prawie
godzina. Nagle okazuje się, że jestem pierwsza. Prowadzę 15
zimnymi piwami, a prowadzący kwiz już spada. Dostaję
gratulacje, znowu na jaw wychodzi, że jestem płci żeńskiej.
Paru facetów nie może otrząsnąć się ze zdziwienia. Ktoś mówi,
że oszukuję, ale to nieprawda, ja nigdy nie oszukuję, zresztą
te quizy są tak zrobione, że się nie da oszukiwać. To jeden z
minusów bycia kobietą na ircu- facetów jest więcej i kiedy się
z jakimś kłócisz wszyscy stają za nim murem, nawet, jeżeli
to ty masz rację. Okej, ale w końcu się uspokoili. Znów jest
cicho, ludzie tylko wchodzą i wychodzą. Próbuję rozruszać
kanał, zaczynam szaloną dyskusję z jakimś człowiekiem na
temat kredek na baterię i korbkę, śmieję się, takie to
wszystko zabawne. Razem z kolesiem od kredek rysujemy kwiatki na
zielonych napisach, które zwykle mówią nam, kto opuścił kanał,
a kto do niego dołączył. To znaczy te kwiatki istnieją tylko
w mojej i jego wyobraźni. To właśnie w internecie lubię,
fantazja i fikcja są tu podstawą. Po zalogowaniu się i dołączeniu
do ircowej braci czuję się, jakbym trafiła na oślą łączkę
albo do Biblioteki Uniwersyteckiej z książek Terrego
Pratchetta. Tu nie ma żadnych wymiarów, słowa prawo i lewo
chyba nie istnieją. Tu każdy mówi specyficznym żargonem, co
chwila wymyślane są nowe wyrazy, nowe skróty... Krajobraz
zmienia się z minuty na minutę, wystarczy /join #... i z
fantastycznej, średniowiecznej tawerny, gdzie popijasz stare
wino z wojownikami, gnomami i smokami możesz w sekundę trafić
do piekła bluzgów czy na kulturalną rozmowę o tym, jak napisać
w Turbo Pascalu program obliczający sumę odwrotności kwadratów
silni dowolnej ilości kolejnych liczb naturalnych...
Ostatnia godzina mija mi na przeskakiwaniu z kanału na kanał,
czasami się odzywam, czasami tylko lurkuję...Włażę nawet na
#actionmag, ale są tam tylko boty, co chwilę się mielą,
wymieniają opami. Nie wiem, co dalej, znudziła mi się już
trochę ta wędrówka. Wracam na #cdaction. Wita mnie znowu
malenstf0, chwilę rozmawiamy, dowiaduję się, że za chwilę będzie
miała jakieś ważne spotkanie, obiecuję trzymać kciuki. Pytam
się o RiPka, jest bardzo miły, lubię z nim rozmawiać, kiedyś
na jakiejś stronie trafiłam na zdanie o nim, to było coś w
rodzaju : "RiPek, przyjaciel wszystkich". Absolutnie się
z tym zgadzam, on jest zawsze miły i nikogo nie denerwuje.
Pomaga niubjesom, to od angielskiego słowa newbies czyli początkujący.
Nie wiem, skąd się wziął, ja go spotkałam na #actionmagu,
bawił się botami kiedy Malisz stracił konto shellowe. Dzisiaj
dość trudno o friendship, ludzie raczej czekają na to, żeby
wyzwać kogoś od lamerów, często się dostaje zwykłym
zerusiom, którzy po raz pierwszy weszli na irca i nie znając
netykiety narażają się stałym bywalcom.
W każdym razie RiPka nikt nie widział od wczoraj, szkoda. Ktoś
mówi, że pewnie jest jeszcze w szkole. Trochę jest mi żal, że
z nim nie porozmawiam, ale jeszcze zostało mi tylko piętnaście
minut. Trudno. Na #cdaction znowu split, ale ludzie szybko, bo już
po paru sekundach wracają. Chwilkę jeszcze rozmawiam, obiecuję
Malenstfu, że będę za nią trzymać na pewno kciuki i żegnając
się piszę /quit Connection reset by beer. Pojawia się napis,
informujący mnie, że właśnie się rozłączyłam. Wyłączam
komputer. Chwilę jeszcze siedzę przed ciemnym ekranem, wracam
powoli do prawdziwego życia. Ubieram się, płacę Bulliemu i
wychodzę na mróz, do przystanku mam około 20 minut drogi. Idę,
rozmyślam sobie o ludziach z irca, wyobrażam sobie niektórych
z nich. Maleństfo na przykład jest wysoką i szczupłą
dziewczyną, ubraną w szary, drogi i elegancki kostium. Ma długie,
proste ciemne włosy i czarne lub brązowe oczy. PAINTBALL to
taki półdres, ale niekoniecznie w dresach, raczej w bardzo
obcisłych, jasnych dżinsach, z komórką przy pasku i czerwoną
czapką z daszkiem. Buty oczywiście firmowe, adasie lub najki.
Za to RiPek to taki wiecznie uśmiechnięty, wysoki chłopak w
czarnych spodniach, krzywo zawiązanych glanach i z walkmanem na
uszach. Podobnie tompmaw, on mi się kojarzy z takim typowym
cyberpunkiem, krotko ostrzyżone włosy, niebieskie oczy. Bluza i
zwykłe, wytarte spodnie. Już jakoś tak jest, że zawsze sobie
wyobrażam, jak ktoś wygląda, prawdopodobnie nie spotkam tych
ludzi inaczej niż na ircu, więc chyba im nie zaszkodzę, a ja
wolę myśleć, że po drugiej stronie kabla siedzi osoba z krwi
i kości, osoba, którą jest czymś więcej niż ciągiem zer i
jedynek, czymś więcej niż kilkoma bezpłciowymi literkami...
Nawet jeżeli opisy absolutnie się nie zgadzają z rzeczywistością,
to ja będę wyobrażała sobie tych ludzi w taki sposób, jaki
jest dla mnie wygodny...
Dochodzę do przystanku, wsiadam w autobus, jak zwykle olbrzymi tłok,
ludzie się pchają na siebie. Wyjmuję z kieszeni książkę,
opieram się o drzwi i udaję, że czytam. Chcąc nie chcąc od
czasu do czasu słyszę jakieś zdanie z rozmowy toczącej się
obok, ale szybko je zapominam. Staram się wymyślić jakieś
usprawiedliwienie mojego późnego powrotu do domu. Właściwie
muszę wytłumaczyć się tylko z jednej godziny, bo zwiałam z
czterech lekcji, a w kafejce siedziałam pięć godzin. Uznałam,
że najlepiej będzie, jeżeli powiem, że uczyłam się z Kamilą
matematyki po lekcjach, a jutro napiszę sobie usprawiedliwienie,
bo Ryba i tak nie zwraca uwagi na podpisy. Zresztą może
nauczyciele nie sprawdzali obecności i jakoś mi się te wagary
upieką. Czterdzieści minut jazdy autobusem dłuży się niemożliwie,
to trochę dziwne to moje pojmowanie czasu, jak siedzę na ircu
to czterdzieści minut wydaje mi się nic nie znaczącą chwilą.
W końcu mój przystanek zostaje obwieszczony przez elektroniczną
tablicę, która się chyba zepsuła i pokazuje datę sprzed
miesiąca. Przepycham się do wyjścia, bo gdzieś na drugim
przystanku od końca musiałam się przesunąć ponieważ wsiadła
jakaś klasa.
-Przepraszam, czy mogłabym wysiąść?- pytam jakiegoś chłopaka,
może o rok ode mnie starszego. On uśmiecha się do mnie i
przesuwa. Wysiadam w ostatniej chwili. Autobus, niczym wielka gąsienica
przesuwa się obok mnie, widzę tamtego chłopaka jak macha do
mnie ręką. Uśmiecham się, ale on pewnie już tego nie widzi.
Ze zdziwieniem myślę, że już dawno nie poznałam nikogo
nowego w prawdziwym życiu. Ale jakoś tego nie żałuje. Wolę
sobie posiedzieć w internecie niż iść do pubu czy na jakąś
idiotyczną dyskotekę, koszmar, grają tam pewnie jakaś britnej
czy iglesjasa...
Wchodzę po schodach na drugie piętro, otwieram drzwi, pies
cieszy się na mój widok. Nie zdejmuję butów, zakładam
zwierzakowi kolczatkę i kaganiec i zbiegamy po schodach. Na zewnątrz
jest bardzo zimno, wcześniej nie odczuwałam tego aż tak
bardzo, bo świeciło białe, zimowe słońce, które teraz zasłoniła
granatowa chmura. Pomyślałam, że nie powinno padać, naprawdę
jest za zimno. Pies ciągnie mnie w stronę trawnika. Powoli
mijamy bloki i idziemy w stronę cmentarza. Przez tą chmurę
robi się szaro, ludzie zapalają lampy w domach. Musi już być
prawie piąta, nawet latarnie na ulicy się świecą. Kiedy
dochodzę do cmentarza jest już naprawdę ciemno, zmrok potęguje
jeszcze to, że dwie latarnie najbliżej cmentarza są zbite
przez miejscowe drechy. Gdybym nie miała psa weszłabym na
cmentarz, ale tabliczka "Wprowadzanie psów surowo
wzbronione" zniechęca. Toteż idę tylko naokoło, oglądając
groby położone blisko siatki. Pies załatwia swoje potrzeby w
okolicznych krzakach. Wtem słychać jego pisk, zaniepokojona
podbiegam do niego, wybucham śmiechem, bo okazuje się, że mój
dalmatyńczyk został zaatakowany przez młodego, rudego kociaka.
Patrzę, jak pies chcący powąchać tą prychającą, futrzaną
kulkę co rusz obrywa pazurkami po nosie. Po krótkiej chwili
odchodzę, wołam zwierzaka. Ten traci zainteresowanie kotkiem i
podbiega do mnie. Zapinam mu smycz i wracamy do domu. Kiedy się
odwracam, widzę żółty księżyc. Poprzednio chyba jednak nie
Było aż tak bardzo ciemno, bo go nie widziałam. A może to
dlatego, że prawie cały czas byłam odwrócona do niego tyłem?
Księżyc przypomina mi, nie wiem dlaczego, chiński lampion.
Niedawno musiała być pełnia, jeszcze jest żółty i okrągły.
Wydaje mi się dość niesamowity, w połączeniu z cmentarzem. Uśmiecham
się do psa, a może tylko do siebie. Chętnie jeszcze bym postała,
ale z zimna grabieją mi ręce. Szarpię za smycz. Biegniemy do
domu, buty stukają po asfalcie, na początku często, ale już
po chwili męczę się i zwalniam. Dochodzę znów do swojego
bloku, wchodzę do klatki. Nie zapalam światła, zarysy schodów
widać przez blask latarni padający przez okno bez firan. Firan
nie ma, bo kobieta, która się tym zajmowała została
wyeksmitowana za niepłacenie czynszu. To było trochę dziwne,
czułam się wtedy jak w jakiejś murzyńskiej dzielnicy Nowego
Jorku czy Los Angeles, kiedy wyniesiono jej meble, przyjechała
policja i ZAPIECZĘTOWAŁA mieszkanie. Teraz niby ktoś się tam
wprowadził, ale chyba jeszcze nie tak do końca, bo wieczorami
nie widzę światła w oknach. Znowu jestem w domu, mama pyta o
to, co było w szkole, odpowiadam, że dobrze i żadnej złej
oceny nie zarobiłam. Dostaję obiad, kasza gryczana, surówka i
kotlet schabowy. Zabieram to wszystko do swojego pokoju, po
drodze wrzucam po cichu mięso do psiej miski. Mam nadzieję, że
tego nie zauważą, już i tak mamie nie podoba się, że nie jem
śniadania. W pokoju pierwsze co robię to włączam komputer.
Czekam, aż uruchomi się Windows, mieszam kaszę z surówka odłożywszy
na bok paprykę i zjadam obiad. Talerz odkładam na szafę, później
go zabiorę. Siadam na krześle przed monitorem. Kładę sobie
klawiaturę na kolanach. Włączam XingMp3Player, ustawiam
Metallikę, moje ulubione ballady i włączam Turbo Pascala. Robię
dwa zadania: na funkcję rekurencyjną i rozmnażanie się królików.
Nie chce mi się już pisać, trochę bolą mnie oczy od
siedzenia przy komputerem, już będzie prawie sześć godzin. Włączam
więc wygaszacz i kładę się na łóżku. Zasypiam.
Śni mi się coś dziwnego, nie wiem, jakieś dziwne stwory,
jakby wprost z powieści Lovecrafta, nie pamiętam ich zbyt
dobrze już chwilę po przebudzeniu. Patrzę na zegarek. Ósma.
Idę do kuchni, zabierając talerz z zeschniętymi resztkami
jedzenia. Gotuję wodę na kawę. Talerz wkładam do zlewu,
zalewam wodą, żeby się rozmoczył. Koło kuchenki mama powiesiła
lustro. Patrzę w nie, czekając, aż woda się zagotuje.
Z lustra spogląda na mnie dziewczyna. To ja. Nie jestem ani
brzydka, ani ładna. Jestem przeciętna. Proste włosy i dość
duże oczy. Szerokie usta. Zadarty nos. kilka piegów. Łapię za
kosmyk włosów, próbuję nazwać jego kolor. Nigdy mi się nie
udaje. Niby są brązowe, ale to taki dziwny brąz, wpadający w
rudy. Łapię w lustrze swój wzrok. Uśmiecham się, macham do
siebie ręką. Słyszę szum. To woda się zagotowała. Odstawiam
parujący czajnik, do kubka wsypuję kilka łyżeczek cappucino.
Zalewam wodą i szybko, zanim opadnie, zbieram pianę. Niosę gorący
kubek, stawiam koło komputera. Ruszam myszką. Uruchamiam Eudorę,
piszę maile do paru osób. Kiedy są gotowe kopiuję mailbox do
sieciowego taty. Wołam, żeby je wysłał. Dopijam kawę. Wyłączam
komputer. Zdejmuję z kaloryfera czystą bieliznę, biorę piżamę
i idę do łazienki. Napełniam wannę wodą zielonym płynem do
kąpieli. Chyba trochę przesadziłam, robi się ogromna piana.
Rozbieram się i wchodzę do wody. Leżę chwilę w bezruchu, w
cieple. Znów robię się senna. Szybko myję się szorstką gąbką.
Wyjmuję korek. Czekam aż piana opadnie, ale jest to dość
trudne, zważywszy na jej ilość. Pomagam sobie prysznicem. Później
opłukuję się, wycieram i ubieram piżamę. Myję zęby. Boso
idę do pokoju. Przypomina mi się, że nie zrobiłam żadnych
lekcji. Nastawiam budzik na piątą. Krzyczę dobranoc, włączam
jeszcze radio i idę spać. Myślę jeszcze chwilę o moim życiu.
Nie dochodzę do żadnych ciekawych wniosków. W radiu leci nowa
piosenka U2. Zasypiam.
Wiedźma