#Nocne wynurzenia - whoami
--- nazywał się "localhost", a liczba jego była liczbą człowieka: "127.0.0.1"
C:\WINDOWS>time
Bieżąca godzina: 18:06:20,57
Wprowadź nową godzinę:
C:\WINDOWS>date
Bieżąca data: Wto 2001.01.09
Wprowadź nową datę (rr.mm.dd):
C:\WINDOWS>whoami
Godzina nie jest jeszcze późna, choć za oknem zapadła już całkowita ciemność. Dziwię się trochę młodym ludziom, którzy nie lubią zimy. Może i owszem jest trochę zimno, a na chodnikach można wywinąć czasem niezłe salto ale przecież tak już jest, że po lecie i jesieni nadchodzi zima. Nie ma więc co narzekać, bo równie dobrze można by mieć pretensje do Słońca, że codziennie wieczorem chowa się za horyzontem. Dlaczego zdecydowałem się napisać ten tekst? Powód jest dość prozaiczny: przed kilkoma minutami wysłałem zlecenie do serwera, który służy mi jako komputer obliczeniowy. Notabene jest to wspaniałe urządzenie, które poprzez TCP/IP udostępnia swoje usługi w zakresie wykonywania dosyć czasochłonnych symulacji, wykorzystując do tego przetwarzanie równoległe. Rezultatów obliczeń spodziewam się za kilka godzin, mam więc trochę wolnego czasu.
Wczoraj mój młodszy brat - gimnazjalista, zapalony miłośnik gier komputerowych wszelkiej maści, pokazał mi ActionMaga. Byłem trochę zmęczony z niewyspania ale oczka tak mu się świeciły, że zrobiłem sobie kawę i siadłem przed monitorem ciekaw, co też go tak zainteresowało. Spodziewałem się, że to jakiś do cna stereotypowy zin o grach komputerowych, pełen błędów ortograficznych i bełkotu. Ale zacząłem przeglądać kolejne strony i... doszedłem do wniosku, że mam do czynienia z czymś naprawdę niezłym. Teksty wzbudziły we mnie mieszane uczucia (jedne bardzo dobre, inne kaszaniaste) ale przypomniały mi się dawne czasy, kiedy to w Sieci krążyło kilka naprawdę interesujących magów, a ludzie wyczekiwali kolejnych numerów. ActionMag nawiązał do tamtej tradycji: zadziorne, choć nie bezczelne teksty, no i prosta, acz czytelna forma (wreszcie ktoś oprzytomniał stwierdzając, że arty nie muszą "puchnąć" od "multimedialnego" stuffu w postaci animowanych gifów, javaskryptów i przyciężkich apletów). Swoją drogą to szkoda trochę, że przymiotnik "multimedialny" dawno już stracił swoje piękne znaczenie, podobnie jak "wirtualny". Ludzie czasem nie znają umiaru...
Teraz nie jest inaczej. Przed kilkoma miesiącami mignęła mi w telewizorze pewna reklama (rzadko oglądam telewizję więc to był naprawdę zbieg okoliczności). Był to ad pewnego portalu promujący... no właśnie: co promujący? Na ekranie pojawił się jakiś starszy pan z długą brodą, słychać było odgłosy pisania na klawiaturze, a na pierwszym planie pojawiło się czerwone zdanie: "Wyobraźnia to dynamit". Muszę przyznać, że przez moment wzbudziło to we mnie nieskrywaną ciekawość. Potem powiadomiono mnie jeszcze, że ten serwis to portal e-generacji. W tym momencie moje zainteresowanie prysło i o tym spocie najnormalniej w świecie zapomniałem. Jakieś dwa tygodnie później pośród wyników wygenerowanych przez wyszukiwarkę internetową (nie pamiętam już niestety, czego szukałem) zauważyłem ciąg znaków: "e-generacja". Natychmiast pojawiło się w głowie skojarzenie z tamtą reklamą. Postanowiłem więc zobaczyć, co też takiego ma do zaoferowania e-generacji wspomniany portal. Browser > url:"http://www.adresik.portalu.z.reklamy" > link:"e-generacja" > follow. Po zassaniu kilkudziesięciu kilobajtów danych z Sieci zobaczyłem na ekranie stronę z czarnym tłem i wizerunkiem znajomego z reklamy staruszka. Przyglądam się tej stronie... a tu jakieś migoczące badziewia, teksty w gifach, a zawartość... byłem zażenowany. To nie była e-generacja, to była... pop-kultura. Zasmuciłem się trochę: jeśli e-generacja - dzieci społeczeństwa informacyjnego - mają być reprezentowane bądź utożsamiane z kultem "multimedialnego" html4, podświetlanych przycisków, bełkotliwych haseł i kolorowego "migotania" to... ja chyba nie chcę należeć do e-generacji. Ale kim wtedy miałbym być?
Urodziłem w Polsce. Jedni powiedzą, że to przekleństwo, choć na razie wydaje mi się, że mimo wszystko miałem trochę szczęścia, gdy bocian upuścił mnie nad Odrą. Mogło być przecież znacznie gorzej - mógł mnie przecież bociek spuścić przez pomyłkę do oceanu albo wzbogacić moją skromną osobą zastępy obywateli krajów mniej przyjaznych niż Polska. Inną zupełnie sprawą jest fakt, że polska rzeczywistość mnie przygnębia (ale nie poruszajmy może tego tematu). Od małego miałem smykałkę do techniki - rodzice są inżynierami, w domu zawsze pełno było kalek, projektów i niedokończonych obliczeń. Gdy mój bystry umysł zrozumiał, że klocki LEGO (cudem zdobyte przez ojca) nie służą do obgryzania i jedzenia, zacząłem mozolnie budować statki kosmiczne, samochody, budowle. Kilka lat później znalazłem w szafie lutownicę i odtąd żadne elektryczne czy elektroniczne urządzenie znajdujące się w domu nie oparło się mojej ciekawskiej nachalności. Pewnego dnia kolega pokazał mi skrzynkę z przyciskami, którą kupił w Niemczech jego tata - to było ZX Spektrum. Możliwości tego pudełka przerosły wszystkie moje oczekiwania. Gry, proste programy, basic - okazało się, że to cacko nie jest jednorazową zabawką lecz uniwersalnym "cosiem" czekającym tylko na moje polecenia. Poczułem się jak Bóg.
Życie stawało się coraz piękniejsze. Napisałem program w basicu, który sterowany komendami z klawiatury potrafił wykonywać przeróżne rachunki, wyręczając palce z mozolnego klepania w kalkulator i powtarzania podobnych operacji. Byłem w siódmym niebie. Rodzice widząc moje zainteresowanie zainwestowali i wkrótce basica "ćwiczyłem" już na i80386, którym kierował czarny dos (czarny bo... na czarnym ekranie były białe literki:). Gdy basic mnie znudził, wziąłem się za strukturalnego pascala. Na uczelni ojca uzyskałem dostęp do Internetu i po znajomości dostałem pierwsze konto pocztowe, zarządzane przez RedHata. Kolejne wieczory szybko mijały na zdalnym analizowaniu przez telnet mana i niezliczonych faqów. Rozczarowań nie było końca ("dlaczego ten unix ma zupełnie inne komendy od dosa?"). Lynx stał się przepustką do www, pine obsługiwał moją pocztę, a rtin czytał newsy. Na rynku zaczęły pojawiać się mocniejsze procesory, większe dyski twarde i szybsze pamięci. Mając 13 lat opublikowałem w dużym i poczytnym czasopiśmie komputerowym (trzymającym się w świetnej kondycji również dzisiaj) swój artykuł na temat pewnego formatu plików muzycznych. Zaczęło się.
Gdy Microsoft zapowiedział nową wersję systemu Windows o nazwie Chicago czułem, że jestem świadkiem rewolucji. Choć trafniejszym określeniem byłaby jednak "ewolucja"... tak stać się musiało. Ludzie zaczęli bez względu na swoje zawodowe zainteresowania korzystać z komputerów i Sieci. Strony www zaczęły zawierać coraz więcej (często niepotrzebnej) grafiki, a lynx przestał wystarczać. W Polsce zaczęły pojawiać się powoli firmy oferujące usługi internetowe. Kapitaliści odkryli e-biznes. Bill Gates odkrył marketing i "wyczuł" rynek. Ja natomiast przesiadłem się na c++, object pascala, delphi i bazy danych (SQL). Zgłębiałem tajniki Novell NetWare i TCP/IP, pojawiła się fascynacja kryptografią. W pewnym momencie literatura i czasopisma dostępne w Polsce zaczęły mnie nużyć. Wkrótce pojąłem, co się stało: komputer z narzędzia stał się _ich_ zabawką. Zabawką w rękach dzieci.
Nigdy nie miałem komputerowego mistrza - od zawsze jestem samoukiem. Może dlatego moje podejście do informatyki jest takie, jakie jest: komputer ma możliwości na tyle wszechstronne, że od samego człowieka zależy, na jaki cel je spożytkuje. Dawniej nie było, używając potocznej gwary, lamerów, "hakierów" czy innych bofhów (kiedyś mnie szczerze bawiły ale teraz po prostu nużą mnie różne próby wyjaśnienia tych "terminów", próby selekcji, oceny). Dostęp do komputera i Sieci był sprawą na tyle elitarną, że nie było miejsca na podziały i chamstwo (było to również spowodowane tym, że z Internetu korzystały głównie środowiska naukowe, charakteryzujące się cywilizowanym poziomem wypowiedzi). Wraz z nastaniem epoki "przyjaznych komputerów" (GUI Windows, Office, myszka komputerowa) krąg użytkowników znacznie się powiększył. Nie trzeba było bowiem znać składni poleceń dosa czy unixa i perfekcyjnie obsługiwać za pomocą skrótów klawiszowych tekstowy edytor tekstu, zastanawiając się przy tym, który sterownik drukarki najlepiej odda wygląd dokumentu, by kliknąć na ikonce Worda i napisać list do cioci Marysi. Wystarczyło mieć myszkę i Windows. "Nowi" cieszyli się ikonkami, a "stara gwardia" dosyć długo opierała się hałaśliwej modzie (głównie dzięki przyzwyczajeniom), niektórzy przeczuwali również nadchodzący kryzys...
... A kryzys był nieunikniony. Postęp inżynierii materiałowej w dziedzinie półprzewodników sprawił, że moc obliczeniowa kolejnych wersji procesorów rosła niewspółmiernie szybko do rozwoju algorytmiki i technik optymalizacyjnych. W końcu okazało się, że szybkość przetwarzania danych jest na tyle wysoka, by można było skrócić realizację projektu informatycznego o fazę optymalizacji. Po prostu nawet nieefektywne rozwiązania zostawały zamaskowane przez kolejne herce. Rynek informatyczny milczy, przyzwyczajony już do mankamentów związanych ze zwisami komputera, ciągłym brakiem miejsca na dysku czy niedostatkiem pamięci RAM. "Nowi" myślą, że tak musi być bo "zawsze" tak było. Stara gwardia sama znajduje na własne potrzeby efektywne rozwiązania (czyt. stabilniejsze systemy, szybsze bazy danych, etc.). Czasem tylko ogarnia mnie dziwne uczucie, gdy słyszę, że kolejna wersja "znanego i lubianego" edytora tekstu wymaga nowych kilkudziesięciu megabajtów pamięci losowego dostępu. Tęsknię wtedy za przeszłością.
Jeszcze w ósmej klasie szkoły podstawowej zacząłem programować "na poważnie" (czyt. komercyjnie). W ciągu kilku lat wykonałem parę programów na zlecenia kilku firm za bardzo marne grosze (jakoś nie potrafili traktować mnie poważnie), głównie interfejsy do baz danych opartych na SQL. Wreszcie dostałem jednak naprawdę ogromne zlecenie od jednej z największych polskich firm (dzieło przypadku). Rzecz była niebanalna, dotyczyła bowiem wykonania projektu sklepu internetowego, nie znanego dotąd na sieciowych rynku. Faza projektowania trwała prawie rok, gdy przyszło jednak do konkretnych już negocjacji finansowych okazało się, że mimo strategicznej funkcji projektu w rozwoju firmy, zarząd bardzo chciałby na tym (i na mnie) zaoszczędzić. Zdenerwowałem się. Projekt był świetny, nowatorski, nawet w kolebce Internetu czyli USA nie spotkałem podobnie rewolucyjnych rozwiązań. Moja oferta była ponad trzykrotnie tańsza od szacunkowych propozycji rodzimych firm. Zniechęciłem się - nie podpisałem ostatecznej umowy. Poczułem się wykorzystany. Przez kilka miesięcy omijałem foldery z kompilatorami. Przestałem się rozwijać. Projektu nie sprzedałem do dzisiaj. Leży, zakopany gdzieś głęboko wśród papierów, zarchiwizowany na kilku nieopisanych dyskietkach. Należy szanować samego siebie.
Degeneracja środowiska informatycznego postępuje. Internet przestał być użyteczny (efektywny), stając się "multimedialnym" i "wirtualnym". Chociaż nie mogę narzekać - dzięki niemu mam co robić. Niedawno dowiedziałem się z tegoż Internetu, że lamerzy używają Windows, a eksperci i hakierzy linuxa. Podobno nawet linux jest o wiele lepszy od Windowsa. Wprowadziło mnie to w niemałe zakłopotanie bo nie potrafiłem jednoznacznie przylgnąć do którejś z grup. Większość gier komputerowych, a także inne oprogramowanie pisane jest pod win32. Chcąc zagrać sobie w Baldura używam Windowsa, gdy chcę napisać list odpalam Worda, a pocztę ściągam zwykle Outlookiem. Tak jest po prostu szybciej i wygodniej. Nie zmienia to jednak faktu, że korzystając z jednego z moich kont sieciowych, używam linuxa, nieraz także zdarzało mi się wprowadzać poprawki do jądra. Nie wiem więc, czy jestem lamerem czy ekspertem, wiem tylko, że nie jestem hakierem bo nie przypominam sobie, żebym podmieniał właściwą treść jakiejś strony www pozdrowieniami dla cioci Marysi i psa Burka z mojego osiedla. Wychodzi na to, że nie jestem ani lamerem, ani ekspertem (nawet linuxa nie lubię zbytnio... nie ma to jak solidne SCO Unix czy FreeBSD), tym bardziej nie jestem hakierem czy przedstawicielem "e-generacji". Ostatnio jedna osoba obraziła się na mnie, gdy na prowokujące pytanie "używasz Windowsa czy linuxa?" odpowiedziałem "używam głowy!". Kim więc jestem?
Na pytanie, ile mam lat, odpowiadam enigmatycznie, że chyba tak jakoś średnio bo dużo jest wokół ludzi starszych ode mnie i sporo jest ludzi młodszych. W każdym bądź razie bez większych trudności powinienem dożyć najbliższego przełomu wieków czyli roku 2048. Chociaż, jak mawia mój kolega-filozof: "było jak było, jest jak jest, będzie jak będzie". Jednego jestem jednak pewien: jestem częścią Sieci. I to nie dlatego, że po części wraz z tysiącami innych programistów przyczyniam się do formowania jej kształtu. Jestem częścią Sieci, a Sieć jest częścią mnie. Czy jestem uzależniony od Internetu? Z całym przekonaniem odpowiadam, że nie - mam mnóstwo innych zajęć w rzeczywistym świecie (o ile to, co dzieje się w Sieci, jest nierzeczywiste). Czy wyobrażam sobie życie bez Internetu? Oczywiście, że tak! Gdy chodziłem do przedszkola nie miałem pojęcia o Internecie, komputerach, postępującej digitalizacji świata. I wtedy mi to nie przeszkadzało (w przeciwieństwie do innych rzeczy: co może być bowiem bardziej irytującego od codziennej porcji tranu?). Co jest największym ograniczeniem tradycyjnej rzeczywistości? Przestrzeń, a dokładniej czasoprzestrzeń. Denerwujące ograniczenia wynikające z niemożności bycia w innym miejscu i czasie. Nie mogę ani dzisiaj, ani jutro zobaczyć Pekinu, Nowego Jorku czy przespacerować się po powierzchni Marsa. Więzy fizyczności świata nie pozwalają mi na to. Tym bardziej nie mogę ponownie przeżyć pierwszej miłości czy choćby zajrzeć do mojego domu sprzed dziesięciu laty. Kwantowa natura rzeczywistości zdaje się wykluczać podróże w czasie. To piękna własność naszego świata - nikt nie jest w stanie odebrać nam, bądź zmienić wspomnienia. Niemniej jednak Sieć jako rzeczywistość jest o wiele bardziej elastyczna. Pojęcie miejsca w przestrzeni wraz z pojawieniem się przeglądarki Mosaic przestało istnieć. Czas stał się pojęciem wtórnym, ponieważ Internet żyje poza czasem, archiwizując przy okazji ogromne ilości danych dla potomnych. Poczucie czasu i przestrzeni zostanie w końcu zredukowane do minimum, związanego z biologicznymi uwarunkowaniami naszego organizmu. Sieć stanie się Światem, a świat przykrym obowiązkiem.
Miałem kiedyś okazję uczestniczyć w takich specjalnych wykładach z fizyki organizowanych przez nauczycieli akademickich dla (rzekomo uzdolnionych) uczniów szkół średnich. Do tej pory szczególne uczucie, jakim darzę królową nauk przyrodniczych, nie osłabło - wtedy również podchodziłem do tych zupełnie nadobowiązkowych zajęć (4 godziny akademickie w tygodniu przez dwa semestry) bardzo entuzjastycznie. Na pierwszych zajęciach pan profesor przedstawiając nam zagadnienia, którym będziemy się zajmować, wypowiedział takie oto zdanie: "Fizyka nigdy nie znajdzie odpowiedzi na pytanie o istnienie Boga". Niby taka oczywista wzmianka ale utkwiła mi w pamięci i skłoniła do przemyśleń. W zasadzie jestem zdeklarowanym niemal w 100% ateistą (ta odrobina niepewności to konieczność funkcjonowania w polskiej tradycji katolickiej) ale temat wiary często pojawia się w moim otoczeniu (zresztą pewnie tak, jak w przypadku każdego). To oświadczenie wykładowcy jest tożsame z wnioskiem, że nigdy nie przekonamy się, czy Bóg istnieje, czy nie (fizyka jest bowiem najbliżej poznania natury wszechświata). Kiedyś rozmawiałem z zaprzyjaźnionym księdzem o istocie ludzkiej wiary w Boga. Najsilniejszym jego argumentem w dyskusji była uwaga, że skoro człowiek nie potrafi stworzyć życia, tchnąć świadomość w martwe tkanki, to jest to dzieło Boże. Ten dogmat wkrótce upadnie i mam nadzieję, że będę tego świadkiem. Stworzenie sztucznej inteligencji, opierającej się bynajmniej nie na naśladowaniu dr Frankensteina, lecz istniejącej w postaci cyfrowej (obędzie się bez rozkopywania grobów), jest moim zdaniem kwestią czasu. Ten, komu się to uda, zyska ogromne wpływy i niewyobrażalne możliwości: wirtualne firmy, myślące urządzenia, wreszcie hybrydy człowieka i maszyny. W niepamięć odejdą naiwne i popularne tezy, że komputery jako urządzenia cyfrowe nigdy nie będą potrafiły zrozumieć wypowiedzi w odpowiednim kontekście czy doznawać uczuć na równi z węglopochodnym protoplastą. Możliwości intelektualne wydają się być ściśle uzależnione od dostępnej mocy obliczeniowej. Dzisiaj nie sposób ocenić, czy przyszłość będzie zła czy dobra. Z całą pewnością system wartości moralnych zmieni się na tyle, że współczesne kategorie człowieczeństwa staną się nieaktualne. Chwila, gdy homo sapiens stanie się ojcem całkiem odmiennego gatunku, będzie dla ludzkości największym przełomem w jej historii.
Jakiś kwadrans temu dostałem maila z rezultatami symulacji (właśnie ładują się do wizualizacji więc jeszcze trochę literek napiszę). Mam ostatnio trochę wolnego czasu, zabrałem się więc ponownie za algorytmy genetyczne i sieci neuronowe - stąd te obliczenia. Ten temat na dobre mnie wciągnął.
To ocieplenie klimatu naprawdę staje się denerwujące. Upalnego lata w zeszłym roku raczej nie było. Prawdziwej zimy z "chrupiącym" pod stopami śniegiem też próżno w mieście wyglądać. Zanosi się chyba na zmianę na gorsze...
Kim więc jestem (to pytanie zaczyna mnie przerażać)? Jestem zwyczajnym, typowym człowiekiem, jakich wielu chodzi po naszej niebieskiej planecie. Mam dwie ręce, dwie nogi (póki co) i kilogram z hakiem "multimedialnej" galaretki pod potylicą. A póki myślę to jestem. Nie było moim zamiarem spisanie własnej biografii. Niech ten tekst nie będzie przestrogą lecz wskazówką. Wierzcie w słuszne ideały. Nie wierzcie w lamerów, hakierów, bofhów czy innych e-generatorów (jeśli już to polecam jako idola Św. Mikołaja). Miejcie własne poglądy, wizje i marzenia. Nie zatruwajcie Sieci lecz kreujcie ją. Wypatrujcie cyfrowych dzieci Frankensteina. Rzeczywistość ciągle podlega przemianom, bądźcie więc elastyczni i otwarci. Wreszcie: bądźcie on-line!
ocekerax <ocekerax@poland.com>
C:\WINDOWS>time
Bieżąca godzina: 21:24:39,28
Wprowadź nową godzinę:
C:\WINDOWS>date
Bieżąca data: Wto 2001.01.09
Wprowadź nową datę (rr.mm.dd):
C:\WINDOWS>exit