11 lutego w hali MCI Center w Waszyngtonie odbył się 50 mecz gwiazd koszykarskiej ligi NBA. Obejrzałem sobie transmisję na DSF i pomyślałem, że może warto cosik napisać o tej imprezce. No to zaczynamy.

Już na początku podczas prezentacji zawodników organizatorzy uraczyli nas miłym akcentem w postaci grupki dzieciaków, które stały sobie przy takim fajnym łuku z którego wychodzili gracze. Dzieci klaskały i kiwały się w rytm muzyki, a gdy kolejni koszykarze wychodzili to już czekało na nich parę łapek które musieli stuknąć (popularnie zwane jest to "przybijaniem piątki" nie wiem dlaczego ;)). W tym momencie muszę wspomnieć o kiepskim zachowaniu pewnego pana na K z L.A. Lakers, który jako jedyny nie przywitał się z maluchami (oj nie ładnie). W hali stawili się oczywiście wszyscy wybrani, nawet ci kontuzjowani (aż żal było patrzeć na Granta Hilla poruszającego się o kulach). Później był występ grupy bębniarzy, który również wprowadził nas w nastrój pikniku. Hymny: cóż Kanada znowu poszkodowana ;) (kto widział wykonawczynie hymnów wie dlaczego). Wypada napisać słówko o wielkich nieobecnych samego meczu, chodzi mi mianowicie o wspomnianego już Hilla oraz dwóch najlepszych centrów NBA czyli Shaqa i Mourninga, byłem pewien że bez tych panów mecz dużo straci, na szczęście nie było tak źle. Trenerami drużyn zostali Rick Adelman i Larry Brown, których kluby są aktualnie najlepsze w lidze. Już po pierwszych piątkach widać było ogromną przewagę zachodu w składzie: Duncan, Garnett, Webber, Bryant, Kidd nad teamem ze wschodu: Davis, Mason, Carter, Iverson, McGrady. Pierwsza kwarta to potwierdziła (30:17). Niestety aż żal było patrzeć na tą część spotkania: chaos, po trzykroć chaos. Masa strat po obu stronach (ale głownie wschodu) i wręcz śmieszne podania z których oczywiście większość nie dochodziła do partnerów. Cóż, tak to jest jak się zbierze drużynę która nigdy ze sobą nie grała. Na szczęście pojawiło się już parę niezłych akcji (Iverson). W drugiej odsłonie Vince zaczyna szaleć (a Shaq błaznować) dzięki czemu przewaga zachodu zmalała. Na koniec wspaniały rzut Kidda z połowy boiska i znów spora przewaga "westernu" (61:50 po dwóch kwartach). W przerwie meczu zostaliśmy poczęstowani nudnawym występem pana, który się nazywa Harry Connick JR. Nie zasnąłem jedynie dla tego bo notowałem sobie skrupulatnie spostrzeżenia (niestety mój brat nie miał tyle szczęścia ;). Trzecia część meczu to dla mnie dwie kapitalne akcje duetu Bryant-Garnett (kto nie miał szansy zobaczyć niech żałuje). Do ostatniej kwarty zachód przystępował z miażdżącą 19-sto punktową przewagą. Jednak dzięki znakomitaj grze chłopaków ze wschodu (głownie Iversona) na minutę i 30 sekund przed końcem spotkania prowadzili oni jednym punktem!!! Ostatnie pół minuty to pojedynek strzelecki Bryanta i Marbury'ego. Wreszcie po wspaniałej walce wygrała reprezentacja wschodu 111:110. MVP meczu został oczywiście Michael ...ekhm Allen Iverson ;) Komentarz był w porządku i nie przeszkadzał w oglądaniu jak to się czasem zdarza w TVP (muszę się przyznać że po niemiecku to ja niestety nic nie kumam ;) W przerwach na boisku działy się fajne rzeczy i wogóle było wesoło (chyba, bo w tym czasie DSF tradycyjnie raczył nas walorami estetycznymi innego typu ;) [wyjaśnienie dla nieoglądających NBA w tej stacji-reklamy sex telefonów]). Podsumowanie. 50. All-Star Game uważam za udany. Mogliśmy obejrzeć sporo dobrych zagrań, było trochę śmiechu i rzecz najważniejsza czyli walka do ostatniej sekundy. No i wygrała reprezentacja wschodu, której kibicowałem :) I ostatnie zdanie (obiecałem sobie że to napiszę) Duncan kompletnie nie nadaje się na imprezy typu mecz gwiazd; zero energii, radości i efektowności. I tym optymistycznym akcentem żegnam wszystkich. Do przeczytania

Viq
vig@wp.pl

Humor o punkach ..............................................................................................
..................................................................................................................................................Humor o punkach --->>>