"Święta, święta i..." komercja

Na łamach Action Maga ostatnio dużo się słyszy o komercji, robieniu danego towaru „pod publiczkę" itp. Chciałbym dorzucić swoje trzy grosze. Także na wyżej wymieniony temat, ale mający bezpośredni związek ze świętami. Gdy piszę te słowa jest dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem /lub mniej – nie wiem, kiedy skończę/, zaś gdy Wy będziecie je czytać, /jeśli do tego dojdzie/ co wytrwalsi balangowicze będą leczyć karnawałowego kaca, a gdzieniegdzie być może będzie się zaczynać myśleć o Wielkanocy. Zdaję sobie sprawę, że temat trochę się zdeaktualizuje, ale co tam, będzie na drugi rok :). Nie wiem, co pisać, by nie popaść w banał ani ostatecznie nie zanudzić potencjalnego „czytacza" moich wypocin. Jakie są święta każdy widzi. Z jednej strony to wspaniała uroczystość, pełna radości, serdeczności i miłości. Zaś z drugiej... Czasem można mieć nieodparte wrażenie, że z roku na rok robi się z nich coraz większa szopka. I bynajmniej nie bożonarodzeniowa. Po prostu cyrk na kółkach. Świąteczna gorączka zakupów, zamieszanie, zawroty głowy, wielkie sprzątanie, oskubywanie do czysta przez sprzedawców każdego nieszczęśnika, który się nawinie. Brakuje jedynie kilku świątecznych bombek /takich jądrowych/, i już jest klimacik z piekła rodem. Jakby wziął się za to jakiś dobry reżyser, to wyszedłby niezły horror o zmutowanych sprzedawcach rządnych „zielonej krwi" swoich ofiar ;). Mniejsza o to, widzę że trochę zboczyłem z tematu, więc uprzedzam Wasze pytania – zboczony nie jestem :) – i powracam na obraną ścieżkę.

Przystępujemy do komercji świątecznej właściwej. „Co to jest?" – zapyta się ktoś z ostatniego rzędu. To jest taki zwierz, który siedzi ukryty przez cały rok i ujawnia się w okresie grudzień – kwiecień. Atakuje wszystko, niezależnie czy żyje czy nie. I co gorsza z roku na rok sprawia, że ludzie coraz bardziej są podatni na jego wpływ. Zauważcie: ilu "świętych w czerwonym płaszczu" widzieliście na ulicach, gdy usiłowali „dać" dziecku prezent? „Dać" – ale za coś w zamian od rodziców. Ich liczba rośnie z roku na rok. Podobne nasilenie można zaobserwować w przemyśle zabawkarskim. Okres świąteczny to okres drastycznego wzrostu liczby reklam zabawek wszelkiej maści. „No tak, ale po to są mikołajki!" – odezwie się ten sam gościu, co nie wiedział, co to komercja świąteczna. Przyznaję, mikołajki to tradycja, ale bez przesady. Dawniej dzieci nie dostawały tylu zabawek i jakoś żyły, i co ważniejsze przeżyły. A dzisiaj? Dzisiaj dzieciak MUSI dostać na Mikołaja lub Gwiazdkę jakiegoś Action Mana /tu nie chodzi o Ciebie Qn'ik ;)/ bo tak został nauczony przez media i rodziców dających „na odczep" kolejną super zabawkę zapominając o najważniejszym prezencie – miłości. Zresztą nie będę strzępił języka i łamał palców – zapytajcie rodziców jak było kiedyś. Klocki LEGO nie znaczyły nic. Liczyła się przyjemność płynąca z dawania i otrzymywania nawet najmniejszych upominków. Na tym właśnie polegała ta tradycja. Czysta radość przeżywania świąt. Być może trochę idealizuję pod tym względem dawną komunistyczną sytuację, gdzie wszystkiego brakowało /blee, oby nigdy owe realia nie wróciły/, ale wtedy ludzie inaczej patrzyli na świat i na święta. Nie twierdzę, że dzisiaj co ważniejsze uroczystości zatraciły swoją pierwotną wartość. One nadal ją mają. Ich duch nigdy nie zginie. Ale co z tego, skoro współcześni ludzie coraz częściej patrzą na święta przez pryzmat pieniędzy? Dla większości z nich stanowią jedynie karuzelę promocji, rabatów, okazji na wydanie zaoszczędzonej gotówki. Istny szał zakupów. Nie wszystkich to ogarnia i nie zawsze, ale coraz częściej tak właśnie jest. Współczesne święta komercjalizują się na całego, idąc po najmniejszej linii oporu i powoli maskują lub, co gorsza, zatracają to, co w nich najlepsze – odpoczynek, przebywanie z bliskimi osobami, niecodzienny nastrój, radość przeżywania, ucieczka od dnia codziennego i wiele innych. Te wartości są najważniejsze, ale obecnie przesłaniane są przez tony zabawek, stroików, ozdób choinkowych, plastikowych pisanek i innego „świątecznego" badziewia. Słowo święta jest teraz równoznaczne ze słowem forsa /być może nawet farsa/. Przez te kilka lat od upadku komuny wszelkie uroczystości stały się czymś powszechnym i nie wartym uwagi – po prostu kolejnym źródłem kasy. Zastanówcie się. Czy dałoby się przeżyć Boże Narodzenie bez zbędnych bombek choinkowych w kształcie Bóg wie czego, bez tej panicznej gorączki, bez szerzącej się wokół świątecznej maskarady? Czy dałoby się obejść ten pozorny pęd ku doskonałości tych kilku dni w roku, darować sobie misterne przygotowania a na ich miejsce usiąść, porozmawiać z bliskimi, a sprawy finansowe pozostawić w spokoju? Oczywiście! Można też pogodzić jedno z drugim i w efekcie przeżyć prawdziwe święta, a nie zagalopowane, ociekające komercją, stanowiące kolejne źródło zarobku pseudoroczystości. Spróbójcie! I sama uroczystość na tym nic nie straci. Nie stracicie nic także Wy.

Fishbone