Fosh-lan Senok odpoczywał. Nie miał nic do roboty - był
tylko nawigatorem okrętu, który doleciał już do swego celu -
na naturalnego satelitę trzeciej planety "Układu Słonecznego",
jak nazywała go zamieszkująca planetę prymitywna rasa.
Prymitywna czy też nie, Romulanie zawsze byli gotowi każdą
przeciągnąć na swą stronę. Ruchome przyczółki
obserwacyjne, przestawały już wystarczać, dlatego należało
zastanowić się nad budową stałych baz, na razie na
powierzchni satelity.
Senok mógł przez okno swej kajuty w warpsledzie obserwować
pracujących naukowców i inżynierów, szukających właściwej
lokacji dla bazy. Widok Wolkan nienaturalnie wysoko podskakujących
w skafandrach na skraju krateru przy którym wylądowali, dla
Terran gdyby tu byli, z pewnością byłby zabawny, ale Senok, świeżo
jeszcze pamiętający trening kolinahr, tylko skupił swój wzrok
na jednym z nich i powoli rozpłynął się w medytacyjnym
transie...
Lasha Terrasu, Lasha Terrasu.. - Ziemianie nadchodzą, ziemianie
nadchodzą... Z nieznanych powodów szept ten nie dawał mu
spokoju. Według wszelkich danych jakie Wolkanie posiadali,
Terranie nie mieli technologii pozwalającej na lądowanie księżycowe,
a tym bardziej na obserwacje "drugiej" strony satelity.
Mimo to, jakieś telepatyczne przesłanie wciąż kołatało się
w jego głowie...
Ostatecznie z transu wyrwał go brzęczyk przy drzwiach.
- Wejść! - powiedział nie do końca jeszcze dobudzonym głosem.
Do kwatery wsunął się wysoki Wolkan - tra-lan Serek, główny
oceniający miejsce pod budowę bazy pod względem naukowym. Wciąż
był w skafandrze, zdjął jedynie swój hełm. W trakcie
medytacji Senok nawet nie zauważył jego zniknięcia z grona osób
poruszających się za oknem.
- Sochya eh dif. - przybysz zaczął rozmowę od standardowego
wolkańskiego pozdrowienia.
- Dif-tor heh smusma. - Senok także go pozdrowił - Co cię do
mnie sprowadza?
- Krater ten jest technicznie idealnym miejscem na budowę bazy.
Inżynierowie nalegają, aby postawić ją tutaj. Będąc jednak
tyłem zwróceni do Terry, będziemy mogli obserwować przestrzeń
i wypatrywać nadlatujących z niej wrogich okrętów, ale ani na
chwile nie zerkniemy na jej powierzchnie. Niemożliwe będzie
podglądanie kultury Ziemian. - tu Serek zrobił krótką pauzę,
jakby się nad czymś zastanawiał - Przeglądając sporządzone
przez Akademię Nauk mapy tego satelity, znalazłem niemalże bliźniacze
miejsce, dokładnie po drugiej stronie globu. Gdybyś mógł mnie
tam zabrać dla przeprowadzenia badań... - ton
komandora-porucznika stawał się niemalże proszący, mimo, że
zwracał się do niższego rangą.
- Czy kapitan o tym wie? - Senok nie dawał się zbić z tropu.
- Nie jest do tego przekonany, ale powiedział, że mogę lecieć
o ile tylko znajdę dobrego pilota - tutaj znowu Serek skierował
na porucznika swój wzrok.
- Szczerze mówiąc, poza medytacjami nie mam nic w tym miejscu
do roboty. Mały lot mógłby być dla mnie treningiem - Senok
polubił Sereka już wcześniej podczas tej misji. Jeżeli
kapitan nie ma nic przeciwko temu, to czemu on nie miałby mu pomóc?
Śmigacze którymi mogliby wystartować stały na górnej
platformie nieco zarytego w miałkim księżycowym pyle
warpsleda, ale najpierw musieli udać się na dolne pokłady by
zebrać sprzęt. Pojemniki na próbki skał, urządzenia do
robienia odwiertów, wielkie skanery... mimo dużej siły rasy
Wolkan, ledwo to wszystko wtargali z powrotem na górę. Jeszcze
większy problem mieli ze zmieszczeniem tego w malutkim pojeździe,
ale po jakiejś pół godzinie śmigacz wzbił się w powietrze,
pozostawiając dużą dawkę promieniowania gamma ze swoich
niedoskonałych silników na platformie statku - wszystko i tak
zmyje się przy następnym wejściu w warp. Zza horyzontu wyłaniał
się, krystalicznie czysty przy braku atmosfery, obraz Słońca.
Cała podróż, mimo malutkich, ledwie kilkakrotnie przekraczających
barierę dźwięku prędkości, trwała zaledwie godzinę. Wylądowali
na brzegu takiego samego jak poprzedni na pierwszy rzut oka
krateru, tyle że nad swymi głowami widzieć mogli cały
majestat ponad osiemdziesięciokrotnie cięższej Terry.
Promienie Słońca, i te bezpośrednie, i te odbite od planety oświetlały
tutaj powierzchnię, rozłożenie urządzeń nie stanowiło więc
problemu.
Senok, pilot i nawigator, należący raczej do części dowodzącej,
niż bezpośrednio pracującej, po raz pierwszy miał okazję
uczestniczyć w tego typu pracach. Tym bardziej jednak szczegółowo,
z początku przyglądał się, a potem nawet, jako, że Wolkanie
szybko się uczą, włączył do pracy. Niemalże nie komunikując
się z Serekiem, prowadził odwierty gruntu, skanerami badał skały
- zawierały duże ilości cennych pierwiastków. Na prowadzeniu
tych badań zleciał im cały dzień, ale mogli być zadowoleni -
wyniki wskazywały na wprost idealne warunki do budowy bazy w tym
miejscu. Krater posiadał też skomplikowaną sieć jaskiń, w której
można było ukryć całą instalację. Komandor porucznik Serek
wprost nie wiedział jak odwdzięczyć się Senokowi. Obaj
siedzieli w swych skafandrach, przez których systemy dostarczana
im była ciepła, wolkańska herbata. Opierając się o jedną z
nóg wielkiego, z daleka mogącego przypominać monolit, urządzenia
do robienia odwiertów patrzyli w górę, starając się wyróżnić
na powierzchni górującej nad nimi planety poszczególne
skupiska siedzib ludzkich. Wyraźnie widać było jednak jedynie
długą nitkę muru, na największym z kontynentów.
Senok nie był pewny, czy to "Mur chiński", czy też
"Mur berliński", o których istnieniu donosiły oddziały
Akademii Nauk zajmujące się Terrańską kulturą, pamiętał
jednak dokładnie, że obie te budowle związane były w jakiś
sposób z wielkimi wojnami. Terra wkraczała na podobną ścieżkę
co T'Khasi kilka milenii temu - czyżby i jej potrzebny był ktoś
na miarę Suraka?
Rozmyślania te przerwało coś, co przeleciało znacznie bliżej
księżyca niż Terra - jakby statek kosmiczny. W ciągu
ostatnich kilku dni, przebywając na księżycu, warpsled,
dodatkowo zaryty nieco za zasługą Senoka w glebę nie mógł
dokonywać pomiarów, tym bardziej dwóch Wolkanów zaniepokoiło
się możliwością inwazji Romulańskiej. Statek który widzieli
był co prawda bardzo mały, ale mógł stanowić jakąś przednią
straż całej floty. Senok, długim susem, jako że grawitacja była
bardzo mała, skoczył do nadajnika w śmigaczu.
Nerwowo tłumaczył sprawę oficerowi mostkowemu który odebrał
przekaz. Wtedy do kabiny wskoczył także Serek. Statek podchodził
do lądowania, był pochodzenia... Terrańskiego. Rozkazy z
warpsleda brzmiały "ZA WSZELKĄ CENĘ zapobiec kontaktowi i
przekazaniu informacji o Protektoracie na Ziemię!".
Łatwo było to mówić znajdując się kilka tysięcy kilometrów
dalej. Senok szybko obliczył, że Terrańscy astronauci zdążą
wylądować zanim oni złożą cały swój sprzęt, kontaktowi więc
nie zapobiegnie. Trzeba zatem, ograniczyć przekaz informacji na
Ziemię do minimum. Uruchomił wszelkie urządzenia na śmigaczu,
które mogły stworzyć zakłócające pole magnetyczne, trzeba
je jednak było jeszcze przestroić, do odpowiedniej częstotliwości
radiowej, na której nadawać będą Terranie...
Tymczasem lądownik zetknął się z powierzchnią księżyca.
Wyskoczyło z niego dwóch Terrańskich astronautów z flagą. Na
razie nie zauważyli budowli na horyzoncie. Słychać było
pierwsze transmisje radiowe: "bztt... Mały krok dla człowieka,
wielki krok dla ludzkości... bztt". Senok zaczął nastrajać
częstotliwość, ale transmisja była zbyt krótka. Nastała krótka
cisza w eterze... Tylko obraz był przesyłany na Ziemię, ale w
zupełnie nie znanym Wolkanom formacie i na zupełnie innej częstotliwości.
Tymczasem Terranie zobaczyli "monolit" dopiero wówczas,
gdy zatknęli flagę. Jeden z nich odruchowo zakrył jakiś
obiektyw na swej piersi. Z daleka widać było, jak długimi
susami, nieco spanikowani podbiegają do rozłożonej
radiostacji. "Teraz albo nigdy" - pomyślał Senok.
Ledwo kilka milisekund trwał przekaz astronautów, a już Senok
zaczął ich namierzać. Niestety, samo namierzanie zabrało zbyt
dużo czasu, bo porucznik nie operował niczym profesjonalnie
przystosowanym do zakłócania. Dopiero po kilkunastu minutach
udało się tak ustawić wszystkie urządzenia, aby ich wzajemne
pole elektromagnetyczne całkowicie blokowało sygnały, ale to i
tak było niemalże na nic, bo astronauci zdołali przekazać już
prawie wszystko do swej centrali.
W tej trudnej chwili, tylko prawdziwy mistrz kolinahr, jakim był
Senok, mógł nie stracić głowy. Podczas gdy Serek tylko
siedział i dumał, Senok wpadł na, ryzykowny co prawda, ale dający
większe mimo wszystko od zera szanse powodzenia, pomysł. Nikomu
nic nie mówiąc zerwał się na nogi i w samym skafandrze,
jedynie z podstawowym wyposażeniem, nie czekając na napełnienie
butli życiodajnym tlenem, zaczął biec przez pełną miałkiego
pyłu, księżycową pustynię.
Dla Neila Armstronga podróż była bardzo ciężka. A teraz ta
niewytłumaczalna konstrukcja, jakby monolit bądź rakieta i kręcące
się wokół niej dwie osoby w skafandrach...
- Cholera! Chyba Rosjanie nas uprzedzili! - rzekł do Buzza przez
wewnętrzny interkom hełmu i zaczął kląć siarczyście. Buzz
Aldrin nic nie odpowiedział, tylko wskazał palcem pewien zbliżający
się punkt na widnokręgu. To z pewnością była sylwetka
ludzka. Przyglądali się jej, czekając aż zbliży się na
odległość umożliwiającą komunikację głosową przez krótkofalówki.
Zanim się to jednak stało, poczuli dziwne łaskotanie i ujrzeli
wiązki jak gdyby zielonego lasera. Obaj runęli nieprzytomni na
ziemię.
Senok przebiegł te prawie dziesięć kilometrów w rekordowym
czasie. Złożyły na to się i wolkańska wytrzymałość i mała
grawitacja, a także obawa, że astronauci widząc go chcieli będą
uciec z powierzchni satelity. W każdym razie już po kilku
minutach zziajany padł obok ciał pionierów Terrańskich podróży
na inne globy, rażonych przez niego ogłuszającym dezruptorem,
służacym zazwyczaj do unieruchamiania próbek fauny,. Ale nie
było czasu na odpoczynek - dla tak dużych "zwierząt"
rażenie wystarczy co najwyżej na kilka minut.
Mając przed sobą ludzi szczelnie otulonych w skafandry, tak że
nie było żadnej możliwości kontaktu potrzebnego do
telepatycznego połączenia, oraz odczuwając skutki braku tlenu,
Senok zawlókł ich obu do Terrańskiego lądownika. Tam
przynajmniej była atmosfera zdatna do oddychania. W ciasnocie, wśród
wielu kabli, przewodów, których tak łatwo można by przecież
przy lepiej rozwiniętej technologii uniknąć, czekając aż
ludzie się obudzą, rozmyślał. Na T'Khasi wszystkie wojny na
dużą skalę rozpoczęły się właśnie od uprzemysłowienia
księżyca. Wolkańskie prawa co prawda zabraniały mu wszelkich
prób ingerencji, ale czuł się dosyć blisko z tą
"prymitywną rasą". Senok wiedział, że emocje i
stronniczość są tu nie na miejscu, ale uczestniczył już w
wielu misjach związanych z ochroną tej niebieskiej planetki i
nie chciałby, aby musiała przechodzić przez to samo co
T'Khasi, tym bardziej, że nigdy nie jest pewne, czy gdzieś
pojawi się ktoś taki jak Surak... Z chwilą gdy astronauci zaczęli
odzyskiwać przytomność, Senok postanowił, że spróbuje odwieść
ludzkość od zamiaru zagospodarowania księżyca.
Korzystając ze swego translatora powiedział Neilowi i Buzzowi
aby zachowywali się spokojnie, ale i tak nie było to konieczne.
Astronauci sami zamilkli, gdy zobaczyli, że pod zdjętym hełmem
kryje się twarz nie do końca podobna do twarzy człowieka.
Tylko ich drgające ręce zdradzały zdenerwowanie, a bezgłośnie
poruszające się usta okazywały zdziwienie: Kto to może być?
Senok bez słowa przyłożył swe palce do skroni obu z nich, krótką
chwilę walczył z oporem ich słabych mózgów. Wyciągał z
nich wszelkie wspomnienia - rozkazy jakie otrzymali, wiedzę o
planach dotyczących księżyca, a nawet, mimochodem, bo jest to
nieuniknione przy zlaniu jaźni, sekrety rodzinne. Na koniec
przejął zdalną kontrolę nad ich poczynaniami.
Obaj Wolkani wyłączyli blokadę radiową. Kierując Buzzem i
Neilem dokonywali badań gruntu, próbek skał, przekazywali też
przez radio rodakom astronautów kwestie jakie znaleźli
przeszukując ich głowy. Żaden Terranin nie mógł domyśleć
się mistyfikacji. Ogłosili cały incydent z monolitem jako żart,
a na potwierdzenie, zainscenizowali kilka innych ziemskich żartów.
Przez cały czas kierowali tym tak, aby żaden z przyrządów
pomiarowych nie wykrył prawdziwych bogactw naturalnych księżyca,
setki razy w rzeczywistości większych od tych, o jakich człowiek
zdaje sobie sprawę. Po dwudziestu jeden godzinach i trzydziestu
sześciu minutach, ziemskich jednostkach mierzenia czasu, znowu
wsadzili Neila i Buzza w lądownik, wymazując wszystkie
wspomnienia, zamieniając je na sztuczną pamięć i zrywając
telepatyczną kontrolę... Pozwolili im wraz z czekającym na
orbicie, nie wiedzącym o niczym, kolegą odlecieć z powrotem na
Terrę, aby przywieźli tam negatywne wyniki swych badań...
Po paru ziemskich miesiącach na księżycu odbywała się
kolejna ceremonia. Stała baza obserwacyjna została zbudowana
dokładnie tam, gdzie zalecał to komandor porucznik Sarek.
Awansowany Senok został wraz ze swym przyjacielem jej dowódcą.
Przez kilka lat jeszcze, aż do kolejnego awansu na kapitana
T'Plany, siedział tam, "przy okazji" stróżując, by
ludzkość nie dowiedziała się prawdy o bogactwie swego
jedynego satelity... Nie, dopóki nie pojawi się wśród niej
filozof, na miarę Suraka...
KONIEC