Brzęczyk komunikatora wzywającego na mostek przerwał jego
medytację. Kapitan Senok wstał i skierował się ku drzwiom.
Swoim zwyczajem, w trakcie drogi omiatał rutynowym wzrokiem mdło
oświetlone korytarze, szukając wszelkich usterek na statku. Na
mostku wszystko wyglądało tak jak zazwyczaj, na ekranie widniał
wielki obraz Terry, planety objętej ochroną już od parudziesięciu
lat. Senok zajął miejsce i włączył ekran komunikacji.
Ukazał mu się porucznik Syvok, dowódca stacji obserwacyjnej w
regionie Terry zwanym przez tubylców "Indiami".
- Pokój długich lat życia - zaczął porucznik
- Żyj długo i szczęśliwie
- Informuję, że w regionie znajdującym się pod moją
obserwacją wykryto wzmożone działania tubylcze nad inżynierią
genetyczną. Ostatni eksperyment był udany, wyhodowany został
terran o fascynujących właściwościach fizycznych i
intelektualnych. Dzięki stymulacji i przyśpieszaniu wzrostu w
ciągu kilku godzin przybrał postać dorosłego mężczyzny i
został nazwany Khanem Noonianem Singhem. On wraz z resztą ekipy
pracującej nad tamtym projektem zagrozili zastosowaniem broni
genetycznej na masową skalę - Syvok mówił sucho, służbowo,
wiedząc, że tylko taką mowę wysłucha Senok.
- Przypominam, że nie mamy prawa do jakichkolwiek ingerencji w
wewnętrzne sprawy Terry. Chronimy ją jedynie przed Romulanami.
Jesteście tam tylko dla obserwacji. - Głos Senoka zdawał się
być zupełnie pusty.
- A jeżeli Khan dostanie pomoc ze strony Romulan? - porucznik
chciał przedstawić swój ostatni argument
- To zostało przewidziane i nie zależy od ciebie. Pokój długich
lat życia. - kapitan kategorycznie uciął rozmowę.
- Żyj długo i szczęśliwie! - ...czyżby w tej wypowiedzi kryła
się nuta negatywnych emocji?
Obraz zniknął. Khart-lan Senok wrócił do swej kwatery. Na
nowo rozpoczął medytacje, próbując odsunąć sprawę Khana w
głębsze warstwy swej świadomości, nie dawała mu ona jednak
spokoju.
Porucznik Syvok wrzał, jeżeli można tak powiedzieć w stosunku
do Wolkana. Na zewnątrz nic nie było widać, lecz wewnątrz
rozdzierały go emocje, gorsze od tych przy najgorszym pon-farr.
Jeżeli Romulanie dowiedzą się o działalności Khana, z pewnością
to wykorzystają! Kapitan Senok jako, że dostąpił kolinahr
powinien jeszcze lepiej od niego umieć ocenić tą sytuację! A
może, samemu stając się uosobieniem logiki, zapomniał, że
nie wszyscy nią się kierują - stawiającą pokój jako
najlepsze rozwiązanie, a są i tacy którzy agresję stawiają
na pierwszym miejscu?
Jego umysł doszedł do najważniejszego punktu - jak przekonać
Akademię Nauk na T'Khasi o słuszności ingerencji? Hr'Kash'te?
Mimo, że komisja weryfikująca była najszybszą drogą, nie miał
nawet tyle czasu. I tak sądził, że sprawa nie zostałaby
rozpatrzona pomyślnie. Już dawno zauważył, że mało wolkanów
myśli w taki sposób jak on. Mimo to, że pomyślnie przeszedł
przez velinahr, często miał kłopoty z samokontrolą. Może
dlatego łatwiej mu było przewidzieć reakcje i zachowanie
obcych ras, kierujących się nie logiką, a emocjami? Z powodu
tej zdolności właśnie znalazł się na Ziemi - jako dowódca
ukrytej placówki obserwacyjnej.
Wszystkie jego rozmyślenia sprowadzały go do tego, że musi
zadziałać na własną rekę, jakiekolwiek miałyby z tego
wyniknąć konsekwencje. Zastanawiał się kogo zaufanego mógłby
wziąć na akcję... ask'ersu ... tol-talsu ... Najodpowiedniejsi
byliby genetyk T'Sau i gwardzista Xor.
O zmroku śmigacz unoszący trzech wolkanów opuścił
obozowisko. Nikt nie wiedział dokąd, ani po co leci.
Jechali bezgłośnie, nad wielkim, wilgotnym lasem, jakie nie
występują na T'Khasi. Po kilku chwilach z puszczy wyłoniła się
polanka, a na niej laboratorium. Wyjeżdżając znad linii lasu
Syvok zauważył nagle jakiś dziwny objekt... nim jego percepcja
zdołała go zidentyfikować nastąpił silny błysk... Potem
przez długi czas nie było nic oprócz swądu wyciekającej
plazmy.
Senok długo próbował pozbawić swój umysł myśli i wpaść w
trans medytacyjny, jednakże sprawa Khana wciąż nie dawała mu
spokoju. To niepokojące - pomyślał gdy kolejny raz twarz
porucznika Syvoka wytrąciła go z półtransu - powinienem zgłosić
się u okrętowego doradcy. Raz po raz jakieś głębsze partie
świadomości starały sie podważyć jego decyzje o
nieingerencji. Przypominało mu to sprawę Hitlera - wtedy nie
ingerowano i skończyło się to wielą masakrą na Ziemi. A
gdyby teraz, tak jak twierdzi Syvok pomogli Romulanie? Brrr...
czyżby powracały emocje, nad uwolnieniem się od których
pracował tyle lat? Gdy myśli zamiast ustawać, zaczęły napływać
całymi falami, poszedł na mostek. Zajął puste stanowisko przy
konsoli taktycznej. Przywołał mapę Terry i powiększył obszar
znajdujący się pod zwierzchnictwem Syvoka. Rzucił do
nieznanego mu wolkana, szarego załoganta dyżurującego na
nocnej wachcie czasu lokalnego przy konsoli sensorów, aby
skanował ten obszar. Z początku widać było wyłącznie
poruszające się, prymitywne, terrańskie pojazdy, tak jak na
codzień... W pewnym momencie jednak zadrżał - na radarze rozbłysła
kropka, którą komputer oznaczył jako statek pochodzenia Romulańskiego!
Jakże jego lądowanie mogło być przeoczone przez sensory
statku takiej klasy jak T'Plana Hath! Zupełnie jakby mieli możliwość
stania się niewidzialnymi! Syvok miał rację, Romulanie
zaopiekowali się Khanem szybciej niż mogło to być
przewidziane! Nakazał natychmiastową komunikację z admiralicją
na T'Khasi i placówką w Indiach.
W czasie gdy czekał na połączenie z Wolkanem (jako, że odległość
jest większa, a łacze ma ograniczoną prędkość), dowiedział
się, że fosh-lan Syvok, wraz z dwójką najbliższych współpracowników
zniknął w tajemniczych okolicznościach wraz z jednym ze śmigaczy.
Oznaczało to, że Syvok złamał rozkaz i rozpoczął akcję na
własną rękę - kolejne zmartwienie na głowie Senoka. Zamknął
łącze.
- Pokój długich lat życia, Khart-lan Senok - głos wyrwał
Senoka z płytkiej zadumy, połączenie z T'Khasi zostało nawiązane.
- Żyj długo i szczęśliwie, Helitra-lan T'Lara - szybko odparł
i jął przedstawiać sprawę. W większości powtórzył to co mówił
Syvok, dodając informacje o Romulańskim okręcie.
- Rozumiem - odparła admirał po wysłuchaniu go - sprawa Khana
jest zaiste drażliwa, macie zezwolenie na ingerencję.
Ekran wyłączył się, Senok odczuł ulgę - nie spodziewał się,
że pójdzie tak gładko. Nie będzie musiał przynajmniej działać
wbrew rozkazom - tak jak Syvok. Natychmiast zwołał wszystkich
oficerów do sali konferencyjnej.
- Czekam na propozycję - rozpoczął kapitan, gdy tylko wszyscy
się zebrali
- Akcja powinna być cicha... nie wolno zrobić rozgłosu wśród
mieszkańców Terry. Inaczej moglibyśmy po prostu zmieść całe
laboratorium z powierzchni kilkoma torpedami pulso-falowymi -
pierwszy oficer rozpoczął wywód
- Zauważam, że jako że romulanie wywodzą się od nas, nasza
anatomia jest bardzo podobna, a różnice bez większych problemów
da się pokryć specjalnymi urządzeniami ogłupiającymi
czujniki...
- ... co dałoby się wykorzystać przy infiltracji bazy. - po połączonej
wypowiedzi oficerów medycznego i taktycznego nastała krótka
cisza.
- Czy ktoś ma coś przeciwko? - zapytał Senok
- W obecnej sytuacji, cicha infiltracja jest najlogiczniejszym
rozwiązaniem - odparł oficer naukowy - ale Romulanie, przez
okres rozłąki z nami, przestali przechodzić pon-farr, a co za
tym idzie, stracili także zdolność telepatii. Oprócz
elektronicznych czujników, potrzebna będzie także wysoko
rozwinięta kontrola emocji, aby stłumić sygnały telepatyczne
- kontynuował - mimo, że to częściowo nielogiczne, jako, że
strata ciebie byłaby mocnym ciosem dla okrętu, proponuję, abyś
to właśnie ty, kapitanie infiltrował bazę.
Jeszcze kilka godzin trwało obmyślanie dokładnego planu. W końcu
Senok udał się do ambulatorium, gdzie musiano dokonać kilku
zabiegów kosmetycznych, mających go jeszcze bardziej upodobnić
do Romulanina. Został wybrany, z powodu przejścia kolinahr i całkowitego
panowania nad emocjami. Czyż jednak właśnie z tym nie miał
ostatnio kłopotów, wypadając z transu? Ubrał romulański
mundur i otrząsnął się z tych mysli. Spróbował oczyścić
swój umysł i medytował już, przez całą drogę na Ziemię.
Zatrzymał się oczywiście w placówce, którą dowodził Syvok.
Senok, mimo wieloletniej służby w systemie słonecznym i
okolicach, nigdy jeszcze nie zszedł na powierzchnię Terry. Owiał
go chłodny jak na standardy wolkańskie wiatr, powietrze było
nieco mdłe, ale dało się nim oddychać. Wszędzie wokół była
wysoka, drzewiasta roślinność, wśród której ukryto
stanowisko obserwacyjne, słychać było liczne odgłosy wydawane
przez nocne zwierzęta. Na spotkanie wyszedł mu Wolkan z
nieoznakowaną rangą. Od zniknięcia porucznika minęło niedużo
czasu, ale na Senoka czekał dokładny raport. Syvok wyleciał z
bazy śmigaczem - myślał kapitan - nie mógł jednak wykryć
Romulan stąd. Prawdopodobnie został więc w trakcie drogi
zestrzelony, nie mogąc zawczasu wykryć przeciwnika - konkluzja
była pesymistyczna, ale najbardziej prawdopodobna.
Niczego więcej nie potrzebował. Kapitan wsiadł do śmigacza i
ruszył w drogę. Zatrzymał się trzydzieści kilometrów od
laboratorium Khana. Gęstwina leśna wytłumiała odczyty, a
zwierzęta przysparzały dodatkowych celów, nie musiał więc bać
się o wykrycie przez Romulańskie sensory. Jego zniekształcony
sygnał odebranynyby zostałby jako jakieś zwierzę. Końcowy
dystans musiał jednak przebyć pieszo. Dla Wolkana
przyzwyczajonego do życia i marszów na pustyniach T'Khasi,
podczas swego przygotowania do kolinahr przebycie tego dystansu
stanowiło nieco ponad trzy godziny. Krótko przed świtem Senok
z daleka zobaczył polane na której mieściło się
laboratorium. Na lądowisku dla pojazdów zwanych przez tubylców
helikopterami stał romulański warbird. Kapitan zaszył się w
krzakach i obserwował dalej bazę, szukając punktu przez jaki mógłby
się wślizgnąć do środka.
Tymczasem wewnątrz właśnie prowadzono do celi pochwyconego z
rozbitego śmigacza Wolkana. Ciała jego dwóch towarzyszy, którzy
nie przeżyli wypadku, pozostawiono w lesie. Był to Syvok.
Sterylne, jaśnie oświetlone korytarze laboratorium raziły jego
oczy. Ciężko ranny, czuł, że osuwa się w cień. Nagle, zza
zakrętu korytarza wyłonił się Romulanin. Porucznik
instynktownie rzucił się na niego, nawiązała się
szamotanina, w której na początku wygrywał nawet Syvok,
impetem raniąc jednego z Romulan, szybko jednak jego opór stał
się bezcelowy...
Dziwne odgłosy dochodzące z bazy wyrwały Senoka z zadumy.
Spojrzał dokładniej. Wartownik pośpiesznie opuścił swe
stanowisko, zostawiając przejście wolne. Romulanie nie mieli
jeszcze czasu, aby zainstalować jakiekolwiek systemy
zabezpieczające, oprócz żywego stróża. Wejście nie stanowiło
więc problemu. Senok znalazł się w długim korytarzu, mimo, że
czujniki upodobniły go do Romulanina, wolał nie pokazywać się
zbyt często. Gdy więc usłyszał z daleka kroki wracającego
strażnika, wszedł do jakiegoś bocznego pokoju, którego drzwi
właśnie mijał. To co zobaczył, przekroczyło jego wszelkie
wyobrażenia: na podłodze leżał cały w krwi Syvok, zaś
pochylający się nad nim Romulanin właśnie miał zadać
decydujący cios. Senok bez wachania podskoczył do niego i skręcił
mu kark. Dla Syvoka było jednak za późno, w ciszy umarł,
przekazując kapitanowi swą katrę.
To co działo się w umyślę Senoka jest trudne do opisania.
Wszystkie te emocje, które wcześniej znajdowały się w głowie
Syvoka, a teraz stały się jego były czymś zarazem wspaniałym
i bolesnym. Surak mówił, że suma dwóch ludzi stanie się
lepsza od ich obu oddzielnie, czyżby więc, często
niechamowane, emocje, były lepsze od ich kontroli? Senok zerwał
z szyi symbol kolinahr, wiedząc, że przestał na niego zasługiwać...
a może to ten symbol przestał zasługiwać na niego? - to już
było czysto Syvokowe podejście. Z wielkim trudem narzucił na
swój umysł jaką taką dyscyplinę. Romulanie stracili zdolności
telepatyczne, zaś on zbytnio poddając się emocjom, generował
całkiem silny telepatyczny sygnał, było to wiele razy poważniejsze
od jego wcześniejszych problemów.
Ruszył dalej aż dotarł do pokoju kontrolnego przekaźnika, który
dokujący warbird wykorzystywał do komunikacji. To właśnie był
kluczowy element planu. Senok chwycił dyżurującego romulanina
za tętnicę szyjną, odcinając dopływ krwi do mózgu. Po kilku
sekundach tamten bezgłośnie osunął się na podłogę. Kapitan
dosiadł do konsoli. Przestawił częstotliwość komunikacji, na
będącą w zakresie T'Plany. Teraz mogła ona wydawać rozkazy
warbirdowi. Od razu nadany został komunikat, rozkazujący
Romulanom zabić Khana.
Po cichu wyślizgnął się z pokoju. Romulanie powinni bez
problemu poradzić sobie z nowym "zadaniem", tym
bardziej, że Khan i jego ludzie tak naprawdę trzymani byli w
celi i wykorzystywani mieli być jedynie jako marionetki. Wolał
jednak osobiście pójść do części laboratorium przerobionej
na więzienie. Już po drodze odczuwał niepokój - kolejne,
niemalże zapomniane wcześniej uczucie, jakie otrzymał od
Syvoka. I nie było to uczucie bezpodstawne - w "celi"
znajdował się tylko, podziurawiony kulami z broni kinetycznej,
strażnik. Krew nie zdążyła jeszcze zakrzepnąć, Khan nie mógł
więc uciec daleko. Senok rozejrzał się. Pod odwalonym panelem
podłogi widniał ukryty wcześniej właz ewakuacyjny, obok którego
nic nie wiedzący Romulanie nieszczęśliwie umieścili Khana.
Wsłuchał się... Jego czuły słuch wychwycił dochodzące z włazu,
niesione przez echo, ludzkie głosy! Senok wskoczył do środka.
Znalazł się w długim mrocznym korytarzu - przyciemnione światło
było idealnymi warunkami dla wolkańskich oczu. Pochylony,
starając się nie zawadzać o niski strop, przebiegł kilkaset
metrów dzielących go od wylotu. Gdy przyzwyczaił się do światła
dziennego, które wokół niego nastało, zobaczył, że znajduję
się obok platformy startowej rakiet, którą widział wcześniej
na obrzeżach bazy. Przykucnął za beczkami z paliwem rakietowym
i patrzył. Ekipa Khana właśnie wsiadała do rakiety, która
została wyprowadzona na pole startowe. Na jej boku, dumnie
widniał napis "S.S. BOTANY BAY DY-100". T'Plana sama,
bez żadnej wewnętrznej dywersji poradziłaby sobie z tym
prymitywnym terrańskim statkiem, ale przedostanie się przez podłączoną
do prądu siatkę, okalającą bazę, albo tym bardziej przez główne
wejście, którym dzięki nieuwadze strażnika udało mu się wejść,
a które teraz było już na powrót obstawione, było bardzo
nieprawdopodobne, dlatego więc musiał uciekać statkiem. Gdy
ostatni człowiek przeszedł przez właz, rzucił się w stronę
wejścia, by zdążyć, nim wejście się zatrzaśnie.
Nikt nic nie usłyszał. Ostatni ludzie zdążyli już wyjść
poza śluzę, aczkolwiek wciąż słychać było ich oddalające
się powoli głosy. Senok przed akcją przejrzał plany zarówno
bazy, jak i wszystkich będących na wyposażeniu okrętów.
Botany Bay, według dostępnych Wolkanom planom, zaprojektowany
był jako dalekosiężny statek, z zapasami energii wystarczającymi
na podtrzymywanie życia załogi w stanie zahibernowanym przez
wiele wieków. Gdyby udało się włączyć dopływ gazu...
Kapitan ubrał jeden ze znajdujących się w śluzie kombinezonów.
Zakrywał on twarz hełmem, także nikt nie mógł w nim rozpoznać
Wolkana. Nie uszedł jednak nawet kilku metrów, gdy obok siebie
usłyszał głos:
- Kowalsky! Gdzie się pałętasz! Już na mostek! - jeden z
ludzi, najwidoczniej szukający jakiegoś 'Kowalskyego', w którego
kombinezon wpakował się Senok, złapał go za kark. Chcąc nie
chcąc musiał pod eskortą udać się na mostek.
Centrum dowodzenia okrętu znajdowało się na najwyższym pokładzie.
Eskortujący ręką wskazał Senokowi jego konsolę. Kapitan w głowie
odświeżał sobie wszystkie znane mu dane o ludzkich
interfejsach. Według nich, podtrzymywanie życia, gdzie ustalić
można było skład atmosfery, a więc także usypiających gazów
znajdowało się trzy stanowiska dalej. Na razie jednak musiał
zająć się tym, do czego go przydzielono, to znaczy: nawigacją.
Wykonywał nieznaczne skręty, którę powinny zbliżyć okręt
do orbity, na której krążyła T'Plana. Miał nadzieję, że
wykryją jego obecność na statku i unieruchomią Botany Baya.
Nagle na mostku podniosła się wrzawa. Senok podążając za
innymi skierował swój wzrok na ekran. Znad Terry wznosił się
warbird. Za chwilę polecą torpedy. Nieuzbrojony Botany Bay nie
miał szans przeciwko typowo bojowemu statkowi romalańskiemu. Od
tyłu jednak, nareszcie, ukazała się T'Plana. Seria torped
pulsowo-falowych rozerwała poszycie warbirda. Teraz albo nigdy -
pomyślał Senok i ostro skręcił na sterburtę. Całym statkiem
rzuciło, Senok także dał się ponieść, aby dotrzeć do
stanowiska podtrzymywania życia, którego operator wylądował
na ścianie, po drodze zerwało mu hełm. Wśród całej załogi
mostka jedyną osobą która nie straciła przytomności, był
Khan. Senok szybko wprowadzał dane do komputera, zanim jednak zdążył
zatwierdzić nowe ustawienia, on, nierozpoznając w nim członka
swojego zespołu, złapał go za ramię i rzucił na przeciwległą
ścianę. Uderzenie było tak mocnę, że Senok niemalże wgniótł
się w konsolę na którą trafił. Khan był godnym
przeciwnikiem - jego poprawione genetycznie ciało, było niemalże
tak silne, jak ciało Wolkana. Tym razem Senok odparował atak,
przechodząc w ofensywę. Kopnięcie w brzuch przeniosło jego
przeciwnika kilka metrów dalej, całkowicie wyłamując przy
okazji stanowisko taktyczne. Spojrzał na boki - reszta ludzi
powoli zaczynała odzyskiwać przytomność po przeciążeniu
jakiego doznała. Wykorzystując to, że Khan jeszcze leżał,
podbiegł do konsoli od której został oderwany i zatwierdził
zmiany. W wentylatorach dał się słyszeć przeciągły syk,
jakby odkorkowywanej butelki syntoholu. Khan jeszcze przez chwilę
chwiał się na nogach, następnie padł. Gas był neutralny dla
układu oddechowego Wolkan, więc gdy Senok usłyszał dźwięk
wywoływania przez T'Planę otworzył kanał i krótko odparł do
swojego pierwszego oficera:
- Zadanie wykonane - .......
Kapitan siedział w wygodnym fotelu w swoim gabinecie. Z okna mógł
patrzeć na SS Botany Bay, przyłączonego do T'Plany. Były tam
wykonywane ostatnie pracę - załoga złożona w hibernatorach,
naprawiana elektronika zniszczona podczas walki na mostku. Cały
czas czuł w kościach ogromną siłę Khana. Po chwili rura łącząca
oba statki została odczepiona. Senok wyszedł na mostek.
Powiedział krótko:
- Tor ish-veh dom! - co w skrócie znaczyło mniej więcej
"Wykonać!"
Siedzący przy konsoli sternik, zdalnie wydał rozkazy Botany
Bay, która uruchomiła silniki i z uśpioną załogą na pokładzie
zaczęła stopniowo rozpływać się w czerni kosmosu.
Misja ta, była jedną z największych zasług załogi statku
T'Plana'Hath. Przyćmiewały ją jedynie dokonania innego jej
kapitana - Solkara - który nawiązał pierwszy otwarty kontakt z
Ziemianami. Khanowi darowano życie, wszyscy Wolkanie zaprzysięgli
jednak, strzec Khana i w razie jego powrotu, być gotowym w walce
przeciwko niemu poświęcić życie. Przysięga ta zostaje spełniona
dopiero prawie trzy wieki później...
KONIEC