Był moim najlepszym kumplem. Był. Już nie jest. Miał siedemnaście lat. Już nigdy nie będzie miał osiemnastu. Dlaczego? Dlaczego to zrobił? Dlaczego zostawił zrozpaczoną rodzinę, wszystkich kumpli, byłą dziewczynę?... Właśnie. Byłą dziewczynę. Nigdy nie przejmowałem się zbytnio problemem samobójstw. Temat był zbyt odległy, zbyt szablonowy, za bardzo oderwany od mojej rzeczywistości... Do czasu. Rozpoczynające tekst zdania nie są bowiem fikcją literacką - każde z nich jest świadectwem tragedii, jaka wydarzyła się kilka tygodni temu. Jarek naprawdę był moim najlepszym przyjacielem. Mówił, że po stracie Magdy nie wie, co ze sobą zrobić; ja jednak przyjmowałem to z przymrużeniem oka. Teraz tego żałuję - tak samo zresztą jak Magda, która zmieniła się nie do poznania. Jarek powiesił się w swoim pokoju, nie zostawiając po sobie nic - żadnego pożegnania, wyjaśnień - nic. Był gorliwym chrześcijaninem - ja, choć nie jestem wierzący, od dnia tragedii codziennie modlę się za niego. Ciągle sobie powtarzam: "Nie, to niemożliwe! To mógł być każdy, ale nie Jarek!". Jednak tego, co zaszło, nie da się już w żaden sposób odwrócić. Czytając ten tekst myślisz pewnie: "No tak, zdarza się. Szkoda.". Tak myślą wszyscy, dopóki nie dotknie ich to, co dotknęło mnie, a przede wszystkim - mojego przyjaciela. Nie znam się na statystykach i nie wiem, ile osób popełniło w roku 2000 samobójstwo, ale jedno jest pewne - jest to najstraszniejsza ze wszystkich śmierć. Samobójca umiera z ciężarem ogromnej winy, której nie da się porównać z niczym innym. Słyszałem, że w ostatnim przebłysku świadomości człowieka odbierającego sobie życie pojawia się silny odruch samozachowawczy - jednak najczęściej na jakikolwiek krok wstecz jest już za późno. Właśnie ten moment - moment kopnięcia podpórki spod nóg, rozpaczliwego lotu z dziesiątego piętra, osunięcia się na kolana z wbitym w klatkę piersiową nożem, próby zwrócenia połkniętego cyjanku potasu - jest dla mnie w całym "rytuale" najbardziej przerażający. Jednocześnie jednak zastanawia niesamowita odwaga i desperacja kogoś, kto decyduje się na ten rozpaczliwy krok. Samobójcy są najczęściej obiektem powszechnego potępienia. I to potępienia skrajnie bezwzględnego - znane są przecież przypadki, w których lokalne władze kościelne odmawiały rodzinom ofiar odprawienia mszy pogrzebowej. Oczywiście słychać również lamenty: "Dlaczego on to zrobił? Przecież był takim porządnym chłopakiem!". A przyczyna tragedii? Cóż, tu motywy są zwykle równie uzasadnione, co (zdawałoby się) błahe - brak środków do życia, strach przed odpowiedzialnością karną, utracona miłość... Ten trzeci motyw jest dla mnie najbardziej zastanawiający. Dlaczego po stracie dziewczyny / chłopaka zdesperowani ludzie odbierają sobie życie, które przecież mogłoby trwać jeszcze przez wiele długich lat? Być może wielu się ze mną nie zgodzi, ale według mnie jest to dowód wielkiej, bezgranicznej wręcz miłości, która przesłania nawet wrodzony instynkt samozachowawczy. To samo w sobie jest wzruszające, a jednocześnie tragiczne. Dlatego też apeluję do wszystkich, którzy uważają samobójców za niezrównoważonych psychicznie desperatów: Może warto popatrzeć na ten czyn z innej strony, aby ujrzeć w potępianym oficjalnie człowieku kogoś, kto potrafił oddać się bezgranicznie innemu? Kogoś, kto nie bał się - nawet za cenę własnego życia - otwarcie tego zamanifestować... Wojciech "Frezer" Spytek