Komputer stanął na moim biurku już 3,5 lata temu. Co prawda stwierdzenie "już" wydaje się trochę nie na miejscu dla większości czytelników AMaga, ale dla mnie jest to po prostu "już". Wydaje mi się bowiem, jak gdybym urodził się z dyskietką w ręce i monitorem na czole, z jednostką główną na plecach. Tylko co na to moja matka? ;)))
Doprawdy niewiem, jak ja sobie wtedy radziłem. Muszę przyznać, że trochę pomógł mi Easy PC, ale i tak niewiele potrafiłem zrobić. Razem z komputerem dostałem CDA 6/98 i naturalnie zabrałem się za instalowanie gierek, jakie tam się znajdowały. I grałem, grałem, grałem, przez pierwszy miesiąc w Streets of Sim City. Potem zaorientowaliśmy się razem z ojcem, że przecież wydaliśmy qpe forsy na tuner Aver Media TV Phone 98 (chyba tak się to cudo nazywało). No i zabrałem się za oglądanie TV na ekranie kompa. Tylko ciągle podczas oglądania monitor wyłączał się po pewnym czasie i trzeba było go uruchomić ponownie... dlaczego???
Przy okazji nastało lato i pojechałem na tygodniowe wakacje do babci. Przyznam szczerze, po kilku dniach nie mogłem już wytrzymać bez Seven Kingdoms, w które (demo) grałem dniami i nocami, potrafiłem jedną misję (w demie były 2 + jedna treningowa) grać dziesięć razy pod rząd i... mieć ochotę na jedenasty.
Po tygodniu postu wróciłem do domu, cześć mamo, cześć tato i... do kompaaaa!!!! Doprawdy, czy moi rodzice byli wtedy ślepi, czy głupi, nie wiem. Może wydawało im się, że to dobrze? Że cieszę się z nowego prezentu? Oni też się wtedy cieszyli i teraz, kiedy rozważnie kontroluję swoje poczynania przed kompem, mam z ich strony więcej problemów niż wtedy... W każdym razie jedno jest pewne - po niecałych dwóch miesiącach, odkąd miałem komputer, byłem uzależniony! I nikt wtedy tego nie widział, nikt nie zdawał sobie z tego sprawy! Ja też zresztą...
Nikt mi nie powiedział, co mam robić. Nikt mi nawet nie zwrócił uwagi, że powinienem wyjść trochę na powietrze i rozejrzeć się po świecie. Sam nawet nie zdawałem sobie sprawy, że coś niedobrego się ze mną dzieje. Nawet nie broniłem się przed nim... A on? Sam dał za wygraną. Dlaczego?
Namiętnie pogrywałem w Timeshocka z CDA, a potem wszystkie grudniowe wieczory spędzałem przy East Front z qmplem. Przez ten czas liczyły się dla mnie tylko gry. I dlatego właśnie było groźnie. Izolowały mnie one, po szkole biegłem do domu, żeby sobie pograć. Tak było aż do wiosny, kiedy... zajrzałem dogłębniej na kompakty CDA. Przecież tam było mnóstwo kapitalnych rzeczy! Scenowe muzyczki i grafiki, bonusy, wiele śmiesznych rzeczy... Zajrzałem na ostatnie strony CDA i zobaczyłem artykuły o sprzęcie i programach użytkowych. Grałem nadal - ale w wolnych chwilach słuchałem scenowych modułów, oglądałem gify i jpegi.
Nałóg sam wszystko bezwiednie zaczął odkręcać. Sam nakierowywał mnie na drogę rozwoju komputerowego. Doprawdy nie wiem, co by było, gdybym nigdy nie zajrzał na płytki CDA i nie przeczytał jednego z wielu mądrych tekstów, których w CDA było już wtedy pełno...
Grałem, ciągle grałem, ale zupełnie inaczej. Okazało się, że w moim najbliższym (szkolnym) otoczeniu żyje również wielu innych zapalonych komputerowców. Zacząłem z nimi gadać o problemach sprzętowych i Windowsowych, wspólnie rozwiązywaliśmy je. Potem, z biegiem czasu, komputer stał się częścią mojego życia... a wcześniej był całym moim życiem.
Wiedziałem już, dlaczego monitor się wyłącza i wiedziałem, jak to zmienić. Podkręciłem sobie procesor i zadbalem o dodatkowe chłodzenie, udało mi się nawet (tak! to było wielkie święto!) rozebrać komputer i rozwiązać problem niewykrywania przez kompa HD-ka (COŚ odłączyło COŚ i COŚ nie mogło go wykryć - wiecie, o co chodzi? :).
Kombinowanie z Windowsem nie stwarzało we mnie już takiej grozy. Jeśli coś się psuło, ryzykowałem, grzebałem i... najczęściej udawało się. Łapczywie chwytałem wszelkie poradniki, by pogłębić swoją wiedzę... a wszystko zaczęło się dlatego, że przeczytałem, iż "jeśli po dwóch miesiącach od kupienia kompa nie potrafisz napisać tekstu w edytorze, to wstyd" (© by Smuggler, jeden z dosyć starych Action Redaction).
Stopniowo zacząłem się interesować robieniem stron internetowych, probowałem tworzyć muzykę (w prostych co prawda programach, jak MMM czy Beat 2k) i rysować. Czytałem rozmaite ciekawe i mądre teksty, komputer nabrał dla mnie całkiem nowego wymiaru. Teraz próbuję na łamach AMaga swoich zdolności tekstowych...
A wszystko dzięki CDA, któremu teraz tutaj z całego serca dziękuję. Bo do zwyciężenia nałogu wcale nie potrzeba psychologa, kar, izolacji od komputera czy innych wymysłów skutecznego wychowania. Trzeba po prostu zobaczyć, że ktoś, kogo uważasz za człowieka mądrego, kto jest twoim autorytetem (redakcja CDA!), ma jakieś wyższe wartości, przy których ty bladniesz na całej linii. Tak czułem się, kiedy zobaczyłem w CDA rysunki, usłyszałem muzykę scenową i przeczytałem niektóre wypowiedzi Smugglera, który czasami robi sobie okropne yaya z ludzi, dla których nie liczy się nic oprócz gier. Wtedy, z czystej ciekawości, zacząłem interesować się czymś więcej, niż graniem.
Oczywiście nie twierdzę, że wszystko umiem. Nie chwalę się, bo... nie mam czym. Jest wielu bardziej zaawansowanych ode mnie i nie przeczę temu. Ale ludzie! Nie doprowadzajcie mnie do furii!!! :) Co wam daje komputer naszpikowany grami? Co z tego, że procesor 1ghz, 128 MB RAM-u, jakieś GeForce'y i Pentium IV na stanie? Co z tego, skoro nawet reinstall Windowsa załatwiacie w serwisie? Ja musiałem kiedyś tak żyć, chociaż tylko przez rok. Ale po każdym najmniejszym problemie byłem załamany, nie wiedziałem co robić i świat się dla mnie zawalił... a wystarczyło tylko wrzucić odpowiednią płytkę do napędu, żeby zainstalować te sterowniki do karty graficznej...
Oczywiście, jeśli ktoś gra, gra i gra, jeśli ktoś opuszcza zajęcia szkolne, żeby sobie pograć, jeśli chodzi do salonu gier z kumplami zamiast do kina z dziewczyną, a najlepiej to siedzi w swoim pokoju zakluczony i obwarowany, żeby mu nikt nie przerwał "małej partyjki" w kłejka, to wtedy...
Ale ze mną tak źle jeszcze nie było. Bo nałóg gier komputerowych to dziwny nałóg - nawet nie zwrócisz na niego uwagi, gdy przyjdzie i nie zauważysz, że już go nie ma...
Wooward
wooward@poczta.onet.pl