Ależ pracuś z tego Vintersorga. W przeciągu trzech lat wyrósł nam w Szwecji kolejny "człowiek - instytucja" na miarę Dana Swano czy Piotrka Tatgrena. Jest wszak niekwestionowanym liderem swojego projektu solowego oraz Otyg (dla obu pisze całą muzykę i teksty), a jest również wokalistą boskiego Borknagar i Havayoth. Płyty Otyg i Vintersorg ukazują się z zegarmistrzowską dokładnością w ilości jednej sztuki na rok. No prawie, bo w roku 2000 nie uświadczyliśmy albumu Otyg, ale jest on od ponad pół roku nagrany i Napalm czeka na właściwy czas, aby zaprezentować światu nowe dzieło Szwedów. Wróćmy jednak do Vintersorg, bo od wydania "Odemarkens Son" zaszły w nim dwie ważne zmiany. Pierwsza to przyjęcie na stały etat Mattiasa Marklunda, który już wcześniej wspierał Vintersorga, a nadto jest również gitarzystą Otyg. Druga nowalijka, to fakt że Vintersorg wreszcie odważył się pisać teksty po angielsku, dzięki czemu wreszcie wiemy o co mu chodzi, oraz zmienił nieco orientację, gdyż inspiracją dla niego tym razem nie są góry i lasy Szwecji, lecz takie postacie jak Galileusz czy Kopernik. Krótko mówiąc Vintersorg pisze teraz o wszechświecie. A jak sama muzyka? Na pewno dokoptowanie do składu Mattiasa było rozsądnym posunięciem, bo płyta jest zdecydowanie bardziej chwytliwa od poprzedniczek, gitary zyskały na melodyjności (te solóweczki Marklunda...), a przy okazji jadzie. Słuchając superprzebojowego "A Dialouge With The Stars" czy "Naturens Galleri" (nie wszystkie utwory są po angielsku) macha się łbem obowiązkowo. Mimo to muzyka Vintersorg jest tylko lub aż kontynuacją stylu jaki obrał Szwed na pierwszym krążku, czyli mamy tu do czynienia z mieszanką blacku, folku i rocka nad którymi góruje fenomenalny wokal Vintersorga. Kocham głos tego faceta! Nie jest wcale gorszy od Siemena i myślę, że Szwed nie zawiedzie fanów Borknagar na nowym albumie, a angielskie liryki sprawiają, że wreszcie mogę sobie pośpiewać razem z nim. A propos śpiewania... pamiętacie cover DIO "Holy Diver" jaki znalazł się na drugiej płycie Otyg "Sagovindars Boning"? Tym razem Vintersorg złapał się za Uriah Heep i "Rainbow Demon", co wyszło mu równie dobrze. Czy o czymś zapomniałem? Tak, bo nie wspomniałem o obecności na "Cosmic Genesis" w kilku fragmentach dość kosmicznych klawiszy i loopów, które tworzą adekwatny do tekstów klimat oraz o niebo lepszym brzmieniu niż na "Odemarkens Son". Na zakończenie "Cosmic Genesis" Vintersorg serwuje nam prawdziwy hicior w postaci wykurwiście zajebistej balladki "The Enigmatic Spirit". W sam raz utworek, aby oczarować jakaś niewiastę i w łóżeczku opowiedzieć jej bajkę o tym, że Vintersorg skomponował już materiał na czwarty krążek. Dobranoc.
To już trzeci długograj Finów, a jestem pewien, że niewielu z Was słyszała ich poprzednie dokonania. Nie dziwota to jednak, bo Spinefarm nie należy do wytwórni z którymi łatwo się współpracuje. Mój egzemplarz "Chaotic Beauty" przyleciał z Potugalii, a więc zwiedził kawał świata. ETOS od kilku lat para się melodyjnym death metalem a'la In Flames, który doprawia wszechobecnymi klawiszami, tudzież fortepianem, a od czasu do czasu (vide "The Seventh Eclipse") przypierdolą nam sieczką zahaczającą o black. W trzech kawałkach swój udział ma także pani Laiho czy jak kto woli Goss (to taka fińska choroba, która nazywa się "Kimberly zaśpiewa refren, a wytwórnia będzie miała co napisać w reklamie i przy okazji sprzedamy więcej płyt"). Generalnie słucha się tego bardzo przyjemnie, bo mamy tutaj jakby In Flames, Children Of Bodom, Throne Of Chaos i Sinergy w jednym. Melodyjne riffy, ładne solóweczki gitarowe i klawiszowe, tu jakaś ballada... Piknie, tylko wkurwił mnie cover Edge Of Sanity "Black Tears" (jeden z moich kawałków wszechczasów), który owszem jest poprawnie zagrany, ale ten pojebany Altti drze mordę profanując arcydzieło Szwedów. Wiem, że koleś nie potrafiłby zaśpiewać jak Dan, ale do cholery po co drze tak tego ryja? Za to punkt mniej i tu mała dygresja, niech ktoś mi wytłumaczy dlaczego fińscy gardłowi poza małymi wyjątkami (Sentenced, Amorphis, The Black League, Enochian Crescent) nie potrafią śpiewać? Wszyscy począwszy do Alexiego z COB aż po wokala Astray czy Throes Of Dawn to kołki nie potrafiący zaśpiewać choćby refrenu. To naprawdę smutne. Niemniej jednak podoba mi się ETOS i nie mam złudzeń, że są najlepszą fińską kapelką w kategorii grania a'la In Flames.
Bardzo dziwny to mini album, choćby z tego względu, że trwa aż 52 minuty!!! Ale to tylko dobrze świadczy o zespole oraz wytwórni, która aby skrócić czas oczekiwania na długograja wydała w cenie MCD płytę trwającą więcej niż większość długograjów. Co też znalazło się na "Burning The Shroud"? Jeden premierowy kawałek z nadchodzącej wielkimi krokami płyty "Denial of Salvation" (premiera w kwietniu), dwa odrzuty z sesji "Shadows Of Old", cztery utwory z koncertu w Bergen (luty 2k), dwa z limitowanego 7' vinyla i na koniec zaserwowano nam bonusowy kawałek, który wcześnie znalazł się na limitowanej wersji "Dark Sorcery". Jak zatem łatwo policzyć mamy do posłuchania 10 utworów, ale tak naprawdę powinniśmy skupić się tylko na jednym, czyli tytułowym jako że to on jest wyznacznikiem tego co usłyszymy już niedługo. A jest on bodaj jeszcze bardziej intensywny i brutalny niż to co można było usłyszeć na "Shadows Of Old", prawdziwy bezlitosny killer. Jeśli równie miażdżący poziom będzie prezentować "Denial of Salvation" to aż boję się myśleć co to będzie. Znakomicie wypadają także kawałki koncertowe, przynajmniej pod względem masakrującego brzmienia, gdyż publikę lepiej pominąć milczeniem. Ech, aż naszła mnie ochota aby zobaczyć Norwegów na żywo. Z pozostałej części krążka najbardziej przypadł mi do gustu "Midnatt Storm" z rewelacyjnym fortepianem. Szczerze dziwię się dlaczego ten majstersztyk nie znalazł się na "Shadows Of Old". No to teraz czekamy na kwiecień i "Denial of Salvation"!
To drugi po "Until I'm Cold Enough" mini krążek tej bardzo młodej fińskiej kapelki. Sądząc po zdjęciach żaden z chłopaków nie przekroczył jeszcze dwudziestu wiosen, ale jak tu u skandynawów bywa już wymiatają kawał porządnej muzy. Jakiej? Oczywiście melodyjnego fińskiego black metalu! Wydaje się, że w ciągu ostatnich kilku lat muzycy z Krainy Tysiąca Jezior wypracowali własny styl blacku i także Astray jest tego symptomem. "Alone" to dokładne wymieszanie twórczości Throes Of Dawn, Catamenia i Finntroll (klawisze w "Rather I Burn" niczym z debiutu tego ostatniego). Nic dodać nic ująć, bo gdyby pobawić się stołem mikserskim i wymieszać twórczość wyżej wymienionych, to otrzymalibyśmy Astray. Ja lubię takie granie, więc nie narzekam, że "Alone" to utwory utrzymane w średnim tempie z nielicznymi przyspieszeniami, lukrowym podkładem klawiszy, melodyjnymi solówkami i oczywiście rozdartym wokalem do złudzenia przypominającym wokalistę Throes Of Dawn. Podobnie jak na ostatniej płycie TOD w kilku fragmentach przydałby się czysty głos, ale gdy taki usłyszymy to okazuje się, iż dzieciak ma głos żenujący, a zatem może to dobrze, że preferuje wrzask? Tak czy inaczej przyszłość należy do Astray, choć wątpię aby włoską Beyond Prod było na coś stać. Dobrze będzie jeśli wydadzą debiut, a po nim zobaczymy co dalej.
Kto by pomyślał, że ta właśnie płyta rzuci mnie na kolana? Chyba nikt, bo przecież debiutancki MCD "By Fire, Power Shall Be..." przesłuchałem z dwa razy i położyłem na półce, debiut "Les Blessures De L'Ames" podobał mi się nawet, lecz obfitował w trochę zbyt nudne fragmenty. A tymczasem "L'Excellence" rozpierdala całkowicie, kładzie na łopatki, wgniata w podłogę! Dla mnie jest to chyba płyta roku 2k na poletku black metalu, bo przecież od Mayhem wymagało się wielkiej płyty, po Borknagar, Forlorn czy Obtained Enslavment można się było spodziewać czegoś cudownego, a od żabojadów oczekiwało się "tylko" nagrania albumu. Nic więcej, a w rzeczywistości Francuzi obdarzyli nas wielkim dziełem. Nie jest to wprawdzie oryginalna muza, ale za to słyszymy rasowy black na najwyższym poziomie. Kiedy trzeba chłopaki zapierdalają z prędkością światła, by za chwilę przenieść się w monumentalne wolniejsze klimaty i chociaż klimat tutaj rządzi, ogarnia swym mrokiem to nie szukajcie w utworach Seth klawiszy, które były obecne w dużej ilości na "Les Blessures...". Nowa płyta jest wybitnie gitarowa, w tam gdzie sporadycznie pojawiają się parapety, pełnią rolę dopełniacza gdzieś daleko za ścianą gitar. I bardzo dobrze, bo jak się okazuje Heimoth to doskonały wirtuoz sześciu strun garściami czerpiąc inspiracje z Mayhem, co nie jest w sumie takie złe, bo lepiej chyba brać przykłady z najlepszych? Właśnie z Mayhem ("Wolf's..." i "Decleration...") Francuzi biorą praktycznie przez cały czas za wzór Norwegów, bo jak wspomniałem gitary chwilami są wręcz wyjęte z twórczość Mayhem, Alsvid stara się za wszelką cenę dorównać Hellhammerowi w waleniu w bębny (zajmie mu to pewnie całe wieki, ale potencjał ma wielki!), a głos Arkamesa od czasu do czasu zbliża się do Maniaca, aczkolwiek wokal Francuza podoba mi się zdecydowanie bardziej. Chociażby dlatego, że większość tekstów jest po francusku, a ten właśnie język zajebiście pasuje do klimatu stworzonego przez Seth. Jednak krzywdzące jest mówienie o "L'Excellence" jako o kalce Mayhem, na nowej płycie Seth jest także trochę grania w swoim stylu, choć został on rozwinięty w sposób imponujący. Szkoda więcej mojego czasu na klepanie w klawiaturę, posłuchajcie chociażby "Bastard Beast". Czy nie jest to esensja black metalu? Pierdolcie norweskich nowatorów, bo we Francji gra się teraz black na najwyższym poziomie!