Wczoraj bylam nad
rzeka...nie wiem jaka tesknota mnie tam zawiodla. Mialam czas i
spokoj ducha. Strome zbocze wydawalo sie niesc ze soba wiele
niebezpieczenstw...ale o ile bardziej kusilo. Bylam sama, ale
tylko fizycznie. Ten kto ma serce otwarte zobaczylby dwie
wplecione w siebie postacie. Patrzylam na mewy. Podziwialam ich
lot. Gdy wiatr wial w strone przeciwna do niego poddawaly mu sie
stajac sie bezwladne. Stwierdzilam, ze musza mu ufac. Wierzyc, ze
nie zrobi im krzywdy. Ze moga mu sie poddac. A moze musza?
Pomyslalam, ze ta mewa zdana na wiatr jest jak kobieta w
ramionach mezczyzny. Poddaje mu sie staje sie bezwladna, wierzy
mu bezgranicznie. Unosi ja powiew...
Zaczelam plakac. Chcialam aby i zwykli ludzie mogli dostrzec dwie
postacie. I wcale nie dlatego, ze otworzyliby sie na drugiego
czlowiega, ze zagosciloby w ich sercach uczucie empatii...nie
chcialam aby widzieli go sercem, ale oczyma. Tak bardzo jak ja
pragnelam go zobaczyc.
Mewy bawily sie skorka od chleba. Bylo ich wiele, zapewne byly
glodne. Wspolgraly z wiatrem goniac sie nawzajem. Wrocilam
pamiecia do chwili gdy zmeczona bieglam u jego boku. Gdy wlosy
targal mi wiatr i gdy on trzymal mnie w ramionach. Od dawna
wiedzialam, ze tam wlasnie bede najbezpieczniejsza.
Rozmyslania przerwal mi dzwiek telefonu.
Cywilizacja...komorki...smsy...wiadomosc ze zwyklego swiata od
zwyklego czlowieka, ktory nie potrafi zrozumiec wiatru.
Rozproszylam sie. Ale...jakims cudem udalo mi sie powrocic do
pierwszego wyznania, pierwszych wypowiedzianych na powaznie slow.
Mewy frunely i znikaly mi z pola widzenia, zupelnie jak on gdy
macha mi na pozegnanie z okna pociagu. Nie chce zeby tak bylo.
Dworce daja mi go na chwile i zabieraja rownie szybko. A przeciez
to on stal sie sensem zycia...sensem ktory pojawia sie i znika co
dwa tygodnie. Sytuacja zmusza mnie do wziecia znow glebokiego
oddechu i rzucenia sie w wir pracy. Pozostaje mi tylko czekac na
nastepna chwile szczescia. ..
Nie wiem co bardziej kocham. Jego czy ten cudowny spokoj ktory ze
soba przynosi. A moze to jedno? Chce uwierzyc, ze zawsze bedzie
przynosil ze soba ten spokoj, ze nigdy sie on nie skonczy. Moge
nie miec takiej pewnosci, bo pewnosc nie istnieje. Ale wiara
czyni przeciez cuda.
Minuty biegly szybko a mnie wezwaly wazne sprawy codziennosci.
Pozegnalam moje mewy i obiecalam wrocic niebawem.
Po meczacym tygodniu przyjechalam do domu. Zastalam tam zludny
spokoj. Ojciec sie wyprowadza. Jedzie gdzies daleko, zaczyna nowe
zycie. Niech Bog mu pomoze. Jezeli sytuacja bedzie taka na jaka
sie zapowiada bede musiala przerwac studia. Milosniczka ptakow
dostala rzeczywistoscia po twarzy...boje sie, ze nie zobacze juz
moich mew....
Eliane
eliane@poczta.fm