Hibernacja w muzeum
Obudziłem się. Byłem w jakimś dziwnym, małym
pomieszczeniu. Prawie wszystkie ściany były ciemne i potwornie
zimne, tylko jedna, ta przede mną, była przezroczysta. Po
chwili zauważyłem, że to nie była ściana. To były
przezroczyste drzwi z równie przezroczystą klamką. Za drzwiami
stała zgraja dziwnie ubranych gości z niezbyt mądrym wyrazem
twarzy. Nacisnąłem klamkę i wyszedłem. Zgraja gości nadal
trwała w bezruchu. Właśnie zamierzałem ominąć ich i wyjść,
gdy do tłumu dołączyło kilku ludzi we fioletowych ubraniach.
Wyglądali jak idioci. Jeden z nich zaczął coś mówić.
- Eksponat opuścił komorę hibernacyjną korzystając z przerwy
w dostawie elektronów.
- Jak to się mogło stać?! Przecież miałeś załatwić
zapasowe źródło!
- No... wie pan... to źródło miało być dostarczone za miesiąc.
- Co?! To ja płacę ci specjalną stawkę za szybkość, a ty za
miesiąc?!
Postanowiłem włączyć się do tej rozmowy.
- Czy ktoś może mi powiedzieć, gdzie ja właściwie jestem? -
Zapytałem.
- W muzeum starożytności w dziale XX wieku.
- Co to za ludzie? - Spytałem, wskazując na grupę idiotów
gapiących się nadal na pustą komorę hibernacyjną, czy jak to
się tam nazywało.
- To są zwiedzający. - Odpowiedział ten, który wyglądał na
szefa. - Proszę do mojego biura. Sprawa jest poważna.
Gdy znaleźliśmy się w biurze, szef zaczął mówić.
- Jestem Archendimler Krozodunt Kuchniak. Jestem prezesem tego
muzeum, w którym pan był... yyy... nooo...
- Eksponatem, tak? - Dokończyłem za niego.
- Tak... Naturalnie nie możemy już teraz pana z powrotem
zamrozić. Będzie pan miał dwa wyjścia. Albo znajdzie pan pracę
w którejś z moich firm, albo... Zbudujemy panu mieszkanie na
widokowym miejscu gdzieś w muzeum i pozwolimy żyć jak w przeszłości.
- Raczej jak w zoo.
- Jeśli panu się to nie podoba, jest przecież druga możliwość...
Może napije się pan driskalii?
- Eee, czego?
- Driskalii.
Nacisnął jakiś przycisk na biurku, z którego natychmiast
wysunęło się naczynie z jakąś cieczą. Na dole była
ciemnoniebieska, ku górze przechodziła w kolor zielonkawy, a na
wierzchu znajdował się biały osad. Całość nie wyglądała
zbyt apetycznie i pachniała jak kwaszone ogórki.
- Nie, dziękuję. Czy mógłbym zobaczyć coś zwykłego i
znajomego? Na przykład krowę. Chyba krowy jeszcze nie wymarły?
A może jednak syntetyzujecie mleko?
- Owszem, syntetyzujemy, ale krowy też są. Mleko od krowy jest
towarem luksusowym. Proszę za mną. W sąsiednim pomieszczeniu właśnie
testujemy jedną krowę.
Gdy weszliśmy do następnego pomieszczenia, zobaczyłem coś
dziwnego. Było wielkie, miało ze dwa metry, było całe różowe,
na górze miało coś przypominającego krótką, grubą trąbę,
na dole miało coś podobnego. Oprócz tego posiadało cztery
dziwne odnóża i było grube.
- Co... tooo... jest?
- Jak to co? Krowa! Najprawdziwsza krowa!
- Czy... wszystkie krowy są takie?
- Teraz tak. Przedtem była co prawda inna rasa z mnóstwem
niepotrzebnych zanieczyszczeń i odgałęzień, z niedorozwiniętym
układem pokarmowym. To, co pan widzi przed sobą, to... czysta
esencja krowy. Najbardziej wydajny egzemplarz, jaki widziałem.
- A ci goście, to znaczy zwiedzający, długo będą tam jeszcze
stali?
Wbrew moim oczekiwaniom szef odpowiedział zupełnie poważnie.
- Będą tak stali jeszcze... - Spojrzał na zegarek. - Godzinę,
sześć minut, osiem sekund i 384 tysięczne. - Zaś widząc moje
zdziwienie dodał. - Od 2987 roku Wielki Kongres ustalił, że
nauka stoi już na takim poziomie, że przeciętny ludzki umysł
nie jest w stanie ego ogarnąć. Dlatego teraz wszyscy mają
wszczepione ACL-9600. Niestety na widok dziwnych zdarzeń się
wieszają... Wracając jednak do naszej poprzedniej rozmowy, mam
dla pana pracę. Będzie pan obsługiwał krowy.
- Obsługiwał... krowy...
- Tak. Nie jest to wcale trudne, przekona się pan.
- Nie, dziękuję. Proszę mnie z powrotem zahibernować.