DZIĘKUJĘ  WAM, ALE  WYJEŻDŻAM

 

            Wiktoria była tego dnia wyjątkowo radosna. Nareszcie podjęła ważną decyzję - decyzję o podróży i to nie byle jakiej – o podróży życia. Walczyła z tą myślą od miesięcy, ale wreszcie postawiła sprawę jasno i twardo przyrzekła sobie, że tym razem nie będzie odwrotu. A nie był to łatwy wybór.

            No bo któż porzuciłby za sobą wszystko – przyjaciół, dom, rodzinę, by wybrać się w jakąś nieznaną krainę z biletem w jedną stronę? Chyba nikt o zdrowych zmysłach, ale ona miała swoje powody. I uwierzcie – to nie były jakieś błahostki! Mówiła o nich z niesamowitą pasją i zaangażowaniem. Gdyby nie ton głosu, zapewne nie przemawiałaby tak przekonywująco. A Wiktoria już taka się urodziła – zawsze doprowadzała sprawy do finału.

            Podejmowała każde ryzyko. Decydowała często w najmniej spodziewanych momentach, tym razem po przeczytaniu gazety i wypiciu porannej kawy. Rzuciła pomięty, szary zlepek papieru na blat i rzekła niezachwianym głosem:

   - Jutro mnie tu nie będzie. 

            Każdy, kto ją znał, zdawał sobie sprawę, że nie kłamała. Nie sprawiła tego chwilowa, poranna melancholia – ona święcie wierzyła w istotę właśnie wypowiedzianych słów. A kto ją znał, wiedział, że nie odwróci jej od podjętej decyzji.

            Nie zamierzała jednak zniknąć bez uprzedzenia. O nie, Wiktoria miała takt. Wszystko robiła nadzwyczaj stosownie i kulturalnie. Nie każdy to doceniał, ale ona z wrodzonym spokojem ducha kwitowała to wzruszeniem ramion. Zaplanowała, że pożegna się z przyjaciółmi, których na nieszczęście nie miała wielu. Ubrała się w najlepszą suknię z czerwonego aksamitu. Trochę śmiesznie wyglądała, spacerując w niej po ulicach miasta, ale przecież musiała wyglądać dobrze. I wyglądała.

            Wiktoria była piękna. W sukni, spodniach – bez znaczenia. Doskonale pasowało do niej przysłowie, że ładnemu we wszystkim ładnie. Miała długie, czarne włosy, brązową karnację i ciemne, głębokie niczym studnia oczy. Typem urody przypominała w pewnym stopniu cygankę. Poruszała się z wdziękiem, jak prawdziwa dama, którą bez wątpienia była.

            Wczesne słońce oblało blaskiem jej szczupłą postać. Upajała się ciepłem promieni, głęboko wdychała powietrze, przesączone poranną rosą. Była szczęśliwa, co nie często się zdarzało. W zasadzie rzadko – pod tą optymistyczną powłoką kryła się odosobniona dusza.

            Z gracją pokonała trzy stopnie i popchnęła ciężkie, oszklone drzwi. Dzwoneczek cicho zabrzęczał. Po chwili za sklepową ladą pojawił się pulchny, łysy mężczyzna, o wyjątkowo rubasznym wyglądzie. Śmiał się swoimi małymi jak koraliki oczkami.

   - Witam moją ulubioną klientkę. – wymówił charakterystycznym głosem, jakby wciąż mielił w ustach kluski.

Uśmiechnęła się zalotnie.

   - A ja mojego ulubionego sprzedawcę.

Zarumienił się na twarzy i zamarł, zapatrzony w jej idealne ciało. Spuściła oczy, co otrząsnęło go z zachwytu.

   - To co zwykle? – zapytał.

   - Tak. Tylko kawa mała. – dodała szybko.

Sprzedawca wyciągnął spod lady kolorową reklamówkę. Ze sklepowych półek pościągał kilka produktów i wrzucił do siatki. Położył obok kasy, ale zaciekawiony zapytał, nim nabił ceny:

   - To dziwne. Zawsze brała pani dużą... – zmrużył pytająco powieki, choć w istocie pragnął przedłużyć jej pobyt w małym, przytulnym sklepiku.

   - Bo widzi pan... – ociągała się. – Wyjeżdżam. – wyrzuciła z siebie z ogromną ulgą.

Pobladł. Cofnął się, niedowierzając, ale wyraz jej twarzy raczej nie świadczył o tym, że żartowała.

   - Ale... Dlaczego? – jęknął.

   - Panie Grzegorzu, mam kilka ważnych spraw do załatwienia. Niech pan nawet nie pyta, jakich. To bardzo... osobiste rzeczy.

Głośno przełknął ślinę, jakby miał się rozpłakać lada moment, ale uratował go jej wymuszony uśmiech.

   - W takim razie, to na koszt firmy. – podsunął reklamówkę.

   - Ach, panie Grzegorzu! Niech się pan nie wygłupia! – roześmiała się.

   - Powiedziałem, że na koszt, to na koszt. Jestem pani winny tę przysługę. – zaparł się i wciągnął do ust powietrze, przez co wyglądał jeszcze zabawniej.

   - No dobrze. – zgodziła się.

Zamilkła, bo za bardo nie wiedziała, co dalej, ale sklepikarz wyręczył ją, podsuwając rękę. Uścisnęła ją po przyjacielsku, jak mężczyzna mężczyźnie. Musiała się bardzo starać, by nie wykrzywić twarzy w grymasie bólu. Bez słowa odwróciła się i skierowała do wyjścia.

   - Przy odrobinie szczęścia, jeszcze się kiedyś spotkamy. – krzyknęła, gdy stała jedną nogą na zewnątrz. – Dziękuję za wszystko.

   - To by było wspaniale. – odpowiedział sklepikarz i westchnął przeciągle.

            Wiktoria także westchnęła - z ulgą. Nigdy nie spodziewała się, że pożegnania mogą być tak niezręczne i przykre. Usiadła na przystanku tramwajowym. Przechodnie omiatali ją obojętnymi spojrzeniami. Czasem jakiś pijak bełkotał bez sensu. Po chwili przyjechał tramwaj, dając o sobie znać nachalnym dzwonieniem.

            Wszystkie miejsca były zajęte. Na szczęście jakiś młody mężczyzna, zamroczony urodą Wiktorii wstał i ustąpił. Usiadła, uśmiechając się serdecznie. Chłopak wpatrywał się w nią przez całą drogę w nadziei, że otrzyma numer telefonu.

            Za oknem mijały szare bloki, wszystkie takie same. Przy każdym siedzieli pijacy, na trzepakach zaniedbane dzieci. Spuściła głowę, wpatrując się we własne kolana, by uniknąć spojrzenia młodzieńca. Potwierdzały się jej przeczucia, ale gdy Wiktoria decydowała, to wiedziała dlaczego. Piękna, taktowna, mądra – ideał kobiety. Szkoda, że niezdobyta...  

            Tramwaj zatrzymał się, a elektroniczny głos wymówił miejsce postoju. W ostatniej chwili uświadomiła sobie, że to jej przystanek i wyskoczyła tuż za zasuwającymi się drzwiami. Przeklęła jak dama, bo jej suknia ubrudziła się błotem spod kół przejeżdżającego samochodu.

            Ruszyła wściekła, ale wiosenne słońce szybko poprawiło jej nastrój. Dotarła do starej, zniszczonej kamieniczki. Ze ścian sypał się tynk, podwórko śmierdziało moczem. Dzieciństwo przyzwyczaiło ją do podobnych miejsc, ale mimo to na jej twarzy zagościł grymas obrzydzenia. Wkroczyła do klatki po drewnianych, skrzypiących schodach i wspięła się na czwarte piętro. Zapukała do drzwi, lecz na początku odpowiedziała jej cisza. Bardzo pragnęła zastać Jarka. Nie zawiodła się.

            Nienaoliwione drzwi otworzył wysoki mężczyzna. Wyraźnie ucieszył się z odwiedzin i gestem zaprosił Wiktorię do środka. Zamknął i poprosił, by usiadła w fotelu. Sam rozłożył się na podłogowym posłaniu, złożonym z koca i starej poduszki.

            Wiktoria rozejrzała się po pokoju, który jak ulał pasował do widoku  zaniedbanej kamienicy.

   - Wciąż nie wygrałeś miliona w totka. – zażartowała.

   - Nie. Trudno wygrać, jak się nie gra.

Był strasznie chudy i jego ciało wyglądało wyjątkowo nieproporcjonalnie. Na rękach i nogach widniały liczne nakłucia. Twarz miał pomarszczoną i smutną, mimo uśmiechu.

   - Wyjeżdżam. – rzekła beznamiętnie.

   - A jednak... Szkoda. Mogłabyś z nami zostać jeszcze chwilę.

   - Jeśli teraz nie wyjadę, to nie zrobię tego nigdy. – wytłumaczyła.

   - Domyślam się, że żadne prośby i groźby nie mają sensu?

   - Znasz mnie. – rzuciła dobitnie. – Czytałeś dzisiejszą gazetę? Ponad połowa to nekrologi,  druga – rubryki policyjne. Nie mam tu czego szukać.

   - Ja mam przynajmniej to. – odrzekł ironicznie, wskazując na pokłutą skórę.

   - Ten świat to tragedia. Rozejrzyj się. Zresztą, czy muszę dużo mówić? Moralność, uczciwość... Wszystkie cnoty umarły.

   - Nie mów. Sam sobie jestem najlepszym przykładem. Ty przynajmniej masz odwagę. – pokiwał ze zrezygnowaniem głową.

Wiktoria wyjęła z kieszeni gruby plik banknotów i rzuciła na ziemię.

   - To moja ostatnia pomoc. Całkiem sporo, starczy na kurację antynarkotykową w przytulnym pensjonacie.

Wstała i podeszła do drzwi. Jarek rzutem oka przeliczył, na ile działek mu starczy. Uśmiechnął się z zadowolenia. Szybko podniósł się i otworzył wyjściowe drzwi.

   - Przy odrobinie szczęścia jeszcze się kiedyś spotkamy. Dzięki za wszystko.

   - Raczej w to wątpię. Chyba nie sądzisz, że kiedykolwiek dojdę tam, gdzie ty?

Roześmiała się w duchu, choć tak naprawdę nie widziała do tego powodów. Zeszła na dół i gdy znalazła się na parterze, usłyszała:

   - Powodzenia, gdziekolwiek dotrzesz!

Głos rozszedł się echem po korytarzu i ucichł. Znikł dla niej tak samo, jak Jarek.

            Wsiadła do autobusu. Było późne popołudnie, gdy znalazła się w ostatnim miejscu, które pragnęła odwiedzić tego dnia. Ruszyła polną ścieżką. Wysokie, złote trawy tańczyły na tle młodej zieleni drzew. Maszerowała powoli, bo przynajmniej tu czuła się zrelaksowana. Zrywała kolorowe, pachnące kwiaty. Dotarła do zardzewiałej bramy. Odnalazła matkę. Usiadła.

   - Mamo, odchodzę. Proszę cię, nic nie mów. Wysłuchaj mnie do końca. – zawahała się. – Nie potrafię tu dłużej wytrzymać. Sama wiesz, jaka jestem. Ten przeklęty świat tak gnębi moją duszę, że nie mam innego wyjścia. Nie bądź zła. – spojrzała w jej niewzruszone oblicze. – Wiem, że mnie rozumiesz. Już więcej do ciebie nie przyjdę. Wyjeżdżam bardzo daleko. – jej głos zadrżał, a po policzku spłynęła wielka, gorąca łza.

Starła ją pośpiesznie. Położyła bukiet na marmurowej pokrywie grobu. Podniosła się, przeżegnała i po raz ostatnio spojrzała na imię wyryte w kamieniu.

   - Przy odrobinie szczęścia, jeszcze się kiedyś spotkamy. Dziękuję ci za wszystko.

Odeszła. Wróciła do domu. Słońce zachodziło, oblewając miasto złocistym blaskiem. Tramwaje wciąż kursowały po ulicach, ludzie krzyczeli, psy szczekały.

            Podeszła do magnetofonu. Włożyła do kieszeni starą, zniszczoną kasetę. Przed wyjazdem pragnęła po raz ostatni wsłuchać się w harmoniczne brzmienie ulubionej gitary. Upadła na łóżko. Jej ciałem poczęły wstrząsać niekontrolowane dreszcze. Płakała jak nigdy dotąd, głęboko, szczerze... Każdy, kto znał Wiktorię, wiedział, że nigdy nie płakała. Była na to zbyt opanowana. Każdy, kto ją znał, wiedział, że była wspaniałą kobietą. Nikt tak jak ona nie potrafił pocieszyć, nikt tak wspaniale nie tańczył, nikt się tak zalotnie nie uśmiechał, nikt nie miał tak głębokich oczu. Jej oczy zawsze mówiły prawdę, a teraz zalane były potokiem łez.

            Muzyka ucichła, wspaniałe, szarpane nuty odpłynęły w niebyt. Jak sklepik, Jarek, matka. Jak ten cholerny, przeklęty świat. Połknęła swój bilet w jedną stronę. Nim spuściła powieki, uświadomiła sobie, że nareszcie będzie cudownie. Była szczęśliwa, a przecież umiera się tylko raz.

            Może jednak nie była taka idealna... Nie wiedziała, jak bardzo ją kochamy.    

 

Łukasz Małecki, rednar@poczta.onet.pl

 

XII 2000