Kochana redakcjo, postanowiłem po raz pierwszy napisać do was list, ponieważ jest kilka spraw, które zmusiły mnie do zrobienia tego. Wszelkiego rodzaju złośliwe komentarze i bluzgi są jak najbardziej wskazane, ponieważ pozwolą mi uniknąć błędów (jakie mi wytkniecie) w przyszłości. Jest to jeden z dłuższych listów, jakie napisałem, tak więc proszę o cierpliwość.
Po pierwsze, chciałbym wyrazić swoją opinię o tekście Andrzeja Tunkiela "HIS, czyli SDI". Najpierw krótkie wprowadzenie. Jestem od około miesiąca "szczęśliwym" posiadaczem tego urządzenia. Wcześniej z internetu korzystałem na zasadzie callbacku łącząc się przez zwykły modem. Różnice z korzystania z tych dwóch rodzajów połączeń są, niestety nie zawsze na korzyść SDI. Otóż, korzystając z połączenia modemowego (callback) bez problemów pogrywałem sobie w Diablo II, a zdarzało mi się nawet pograć w NHL 2000 z klientem ze Stanów Zjednoczonych i lagi, które były nie uniemożliwiały gry. Niestety mój provider zakończył prowadzenie tej usługi i przesiadłem się na SDI. I co?. I kompletna tragedia. Kochana TPSA dla urządzeń SDI nie udostępnia poprzez sieć Polpaku szybkiego połączenia z zagranicą. Żegnaj Diablo II, żegnaj NHL 2000. Teraz jedynie mogę pomarzyć o normalnej grze przez internet (chyba, że będę wstawał o 2 w nocy, wcześniej nie musiałem tego robić). Niedawno osiągnąłem rekord w szybkości transferu pliku z zagranicy 13 bajtów na sekundę. Super no nie? I nie mówię tu o chwilowym spadku szybkości połączenia, taka szybkość utrzymywała się przez cały czas. Owszem używanie serwera proxy poprawia szybkość ściągania plików, ale o grze przez internet w normalnych godzinach należy zapomnieć. Należy nadmienić, że z polskich serwerów szybkość ściągania jest zadowalająca (około 10,5 KB), ale polskie serwery to nie cały internet. Po przeczytaniu tego cukierkowatego artykułu, chciało mi się tylko śmiać, bo łzy już dawno przestały mi lecieć z oczu. Nie mówię, że SDI jest złe (sam z niego korzystam, choć nie mam innej alternatywy, żeby mieć połączenie z internetem bez ograniczeń), ale w artykule reklamującym to urządzenie powinny być zawarte również rzeczy, które powodują, że to urządzenie nie jest ideałem jak wynika to z tekstu autora. W innym przypadku nad tekstem powinno być logo TPSA i napis reklama. Biorąc pod uwagę opłatę jaką żąda kochana TPSA za tego rodzaju usługę, nie powinno być tak, że lepiej mi się łączyło z zagranicą za pomocą modemu (callback), niż za pomocą SDI. Życzę autorowi tego (najwidoczniej sponsorowanego) tekstu miłych snów, bo albo pisał o SDI z ulotek reklamowych TPSA (co świadczy o braku jakiegokolwiek profesjonalizmu, ponieważ nawet nie zadał sobie trudu spytania kogokolwiek o funkcjonowaniu tego urządzenia w rzeczywistości), albo uważa, że prędkość połączenia z zagranicą jaką oferuje mu TPSA, jest polskim szczytem technologicznym i za te pieniądze nie można oczekiwać niczego więcej. Tak na marginesie nie jest to tylko mija opinia, ale w tej sprawie konsultowałem się z wieloma użytkownikami SDI i mają podobne zdanie. Uff, to się rozpisałem. Przejdę do drugiej sprawy.
Recenzja Bambino de Bodom NHL 2001 i jednocześnie ocena ELDA NHL 2000 (z nowszej recenzji wynika, że to te same osoby). Zajmijmy się tą pierwszą. Ocena wyniosła 9 z plusem i jest to największe przekłamanie z jakim się spotkałem. Kilka słów wstępu (żebyście mi nie zarzucili, że nie wiem o czym piszę), moją przygodę z NHL rozpocząłem od numeru 98 (zarówno na Sedze, Playstation i PC), potem był NHL 99 (tylko PC), następnie 2000 i w końcu 2001 (też tylko na PC). Myślę, że po rozegraniu wielu (chyba ponad tysiąca) meczy mogę zabrać głos w tej sprawie. W recenzji NHL 2001 padły słowa, że EA Sports stworzyło perfekcyjną symulację hokeja, bardzo grywalną jak twierdzi autor recenzji. Po kolei więc. Po pierwsze schemat zdobywania bramki jakim cechowały się wszystkie NHL z wyjątkiem NHL 99 (który jest pod tym względem niedoścignionym wzorem) troszeczkę się zmienił, nie można tak jak zawsze najechać na bramkarza, minimalnie zmienić kierunek jazdy i zdobyć bramkę (powodzenie takiej akcji jest niemal 100 %), teraz taka akcja ma szansę powodzenia tylko w około 50 %, ale za to firma EA Sports zafundowała nam inny schemat, a mianowicie dojechanie zawodnikiem z prawej czy to z lewej strony nie na bramkarza tylko tak jak by się chciało wjechać za bramkę i podanie do zawodnika stojącego po drugiej stronie, bramka po odpowiednim treningu niemal gwarantowana. Tak więc jeżeli chodzi o "perfekcyjność" gry to NHL 2001 na pewno taką symulacją nie jest, bo schematy zdobywania bramek są. Może mi autor zarzucić, że zdobycie bramki w ten sposób jest spowodowane tym, że obrona nie była skuteczna i nie zablokowała zawodnika, tutaj właśnie jest pies pogrzebany zwany grywalnością. Otóż grywałem w każdego NHL na najwyższym stopniu trudności maksymalnie zwiększając opcję zdolności bramkarza i zawodników. W poprzednich wersjach NHL wystarczało to w mniejszym lub większym stopniu (w zależności od numeru gry) do normalnej gry defensywnej, gdzie można było sobie poradzić z atakującym rywalem. W przypadku NHL 2001 sytuacja jest zupełnie inna. Otóż przy włączeniu tych samych parametrów co w poprzednich grach rozegrałem z kumplem (tak jak zawsze) meczyk, i co? Mecz polegał na tym, że jak jego zawodnik dostał krążek pędził do bramki i był nie do zatrzymania i tak samo jak mój zawodnik dostał krążek pędził do jego bramki i był nie do zatrzymania. W poprzednich wersjach (z wyjątkiem NHL 99) schematy zdobywania bramek były, ale można było im przeciwdziałać umiejętnie grając obroną. W najnowszym NHL taka możliwość przy tych ustawieniach została zaprzepaszczona. Pozostało nam więc tylko mozolne próbowanie znalezienia złotego środka, a więc takich ustawień, aby można sobie było pograć. Niestety nie tego chyba powinno się wymagać od gry, którą autor nazwał perfekcyjną. Nie wiem, czy autor grywa troszeczkę w NHL czy nie, ale recenzja powinna chyba uwzględniać wszystkie czynniki jakie wpływają na grę, a nie tylko grafikę, muzykę. Należy się zgodzić, że nie ma lepszej symulacji hokeja, ale do perfekcji to tej grze jeszcze trochę brakuję. Tak więc ocena 9 z plusem dla NHL 2001 to po prostu jakieś nieporozumienie. Ta gra zasługuje co najwyżej na 7, a i to tylko za ładną grafikę. Tak na marginesie demko do tej gry (przy okazji chciałbym zauważyć, że macie piorunującą i zwalającą z nóg szybkość publikowania demek J) nie dawało podstaw, że finalna wersja gry będzie pod względem grywalności tak słaba. No cóż, jak widać droga od demka do finalnego produktu jest bardzo długa. Przejdźmy zatem do recenzji NHL 2000, który u was dostał 10, czyli jak na tamte czasy miał być on grą doskonałą. ELD vel Bambino de Bodom napisał, że nie ma w tej grze tak zwanych schematów (lub jeszcze ich nie odkrył), zapewniam więc autora tej gry, że NHL 2000 jest bardzo najeżony schematami i jednocześnie gwarantuje mu, że mecz rozegrany pomiędzy mną a nim zakończy się różnicą przynajmniej 10 bramek (na moją korzyść oczywiście) przy 10 minutowym czasie trwania tercji. Jeżeli autor nie grywa w NHL na joypadzie (bo ja owszem używam tego urządzenia), mój kumpel opanował perfekcyjnie grę na klawiaturze (w tym przypadku różnica bramkowa może być tylko większa), a więc zapraszam (w 2001 również kochany autorze Cię ogramy a co do różnicy bramkowej to zależy ona tylko i wyłącznie od ustawień jakie przyjmiemy, ale zaufaj mi niska to ona nie będzie). Wracając do recenzji. Mając w pamięci NHL 99 (gdzie grało się naprawdę w miarę realistycznie) z utęsknieniem oczekiwałem na pojawienie się gry z numerkiem 2000. Po zainstalowaniu i rozegraniu kilku meczy okazało się, że poziom jaki był w 99 został drastycznie obniżony. Schemat gonił schemat. Z kumplem rozgrywaliśmy mecze gdzie wyniki nie tylko były dwucyfrowe, ale pierwszą cyfrą była 2. Po zakończeniu sezonu mój ulubiony zawodnik (Fiedek jak by się ktoś pytał) miał takie statystyki, że został by po jednym tylko sezonie okrzyknięty graczem wszechczasów. Nie można tej grze dawać dziesiątki za to tylko, że ma w nazwie NHL z napisem 2000. U mnie ma ona 8 z plusem i to tylko za to, że została zachowana równowaga pomiędzy umiejętnościami zawodników w ataku i w obronie. W przeciwieństwie do NHL 2001 w NHL 2000 można sobie pograć, ponieważ jest tam uwzględniona opcja obrony (co prawda nie tak skutecznej jak w poprzednich wersjach, ale zawsze). Kochany autorze zanim przyznasz jakiejś grze wysoką ocenę postaraj się w nią troszeczkę więcej pograć, aby była ona trochę bardziej obiektywna (bo nie powinienem Cię chyba posądzać o to, że dostajesz kasę (lub inne gifty) za dobrą ocenę J). Uff, już mnie bolą palce od pisania tego listu.
Po trzecie, chciałbym dorzucić swoją opinię na temat piractwa. Zostanę oczywiście przez was napiętnowany, ale trudno, macie do tego prawo. Potępiacie tak piractwo, rysując obraz, że piractwo jest czarne, a kupowanie oryginalnych gier jest białe (tak na marginesie było sobie takie hasełko pewnej organizacji amerykańskiej stosowane w polskiej kampanii prezydenckiej), ale zapominacie o pozytywnych efektach istnienia rynku pirackiego. Jakich?. Po kolei, otóż twierdzicie, że gdyby nie istniało piractwo, ceny gier w Polsce byłyby niższe. Niestety nie mogę zgodzić się całkowicie z tą tezą. Zgodnie z przyjętymi zasadami na świecie przedsiębiorstwo w swojej działalności, kieruje się zasadą maksymalizacji zysku (chyba, że chce działać altruistycznie, ale nie posądzam o to naszych kochanych dystrybutorów), która w ogólnej zasadzie polega na tym, że firma robi wszystko, aby maksymalizować różnicę pomiędzy przychodami, a kosztami. Uważacie, że w przypadku gdy dystrybutor sprzedawałby dwa razy więcej gier, automatycznie obniżyłby ich cenę (niekoniecznie dwukrotnie J). Z tym się zgodzić nie mogę, ceny dyktuje (oczywiście przy różnego rodzaju ograniczeniach i założeniach) prawo popytu i podaży. Zgodnie z obowiązującymi prawami, nie jest nigdzie powiedziane, że zwiększenie sprzedaży (przy nieuniknionym wzroście popytu, bo w coś grać trzeba)spowoduje automatyczne obniżenie cen. Można wręcz założyć, że dany dystrybutor mając wyłączność na jakiś tytuł na rynku polskim, będzie miał pozycję monopolisty (piratów zakładamy, że nie ma, bo dzięki waszej działalności zostali zlikwidowani J), co może spowodować nie tylko utrzymaniem się cen na dotychczasowym poziomie, ale wręcz przeciwnie wzrostem cen na te tytuły, które są na topie. Jedyną barierą jaką go będzie powstrzymywała od ustalenia ceny z kapelusza, będzie koszt sprowadzenia oryginalnej gry z zagranicy. Możecie powiedzieć, że dystrybutorzy będą konkurować między sobą i obniżać ceny. Owszem, ale dany dystrybutor ma wyłączność na daną grę i jeżeli zdobywa ona dużą popularność to nie musi patrzeć na ceny konkurenta, bo on takiego samego produktu po prostu nie ma prawa mieć. Natomiast jeżeli sądzicie, że dystrybutorzy z własnej woli obniżą ceny, żeby sprawić nam graczom przyjemność, to jesteście po prostu troszeczkę naiwni. Oczywiście powiecie, że niższa cena spowoduje większą sprzedaż co z kolei prowadzi do zwiększonych zysków (upraszczam to stwierdzenie, pomijając wszelkie inne czynniki jakie maja wpływ na cenę) producentów. Niestety, dzieje się tak tylko w przypadku, gdy jest konkurencja, która ma taki sam towar, a w przypadku dystrybutora (który ma wyłączność na daną grę) takowej sytuacji by nie było. Doszłoby więc do sytuacji, gdzie hity kosztowałyby bardzo dużo, a gorsze gierki najprawdopodobniej byłyby jeszcze tańsze niż są teraz. Co jest lepsze dla gracza? Myślę, że między innymi to dzięki piratom, ceny gier systematycznie maleją. Dystrybutor musi wziąć pod uwagę, cenę pirackiej gry i tak skalkulować cenę oryginalnej, aby znalazła ona nabywców i zapewniła mu zysk. Także dodatkowe gadżety, które tak lubimy, mają zachęcić do kupna oryginalnej gry (bo takowych nie oferują piraci). Jeszcze kilka lat temu oryginalne gry kupowało się bez polskiej instrukcji, a o polskiej wersji językowej można było tylko pomarzyć. Konkurencja jaka panuje pomiędzy dystrybutorami a piratami, dla nas konsumentów jest korzystna. Można stwierdzić, że nie jest to uczciwa konkurencja, ale dla mnie jako klienta interesuje cena i jakość produktu. Od razu podniosą się głosy, że dystrybutor zapewnia najwyższą jakość produktu i tak dalej. Nie wiem jednak czy zauważyliście, że również piraci mają coś takiego jak serwis i uwzględniają reklamację. Dzięki piratom mamy wybór, chcesz taniej grę bez pudełka i gadżetów, proszę bardzo, wolisz mieć oryginalną grę i całą satysfakcję jaką daję posiadanie oryginalnej gry, nie ma sprawy. W mojej polemice nie zamierzam pochwalać piractwa, bo jakby nie patrzeć jest to kradzież (i jeżeli ktoś kupuje pirata, to powinien sobie zdawać sprawę, że jest złodziejem i ewentualnie ponieść tego konsekwencję), ale należy również dostrzec pozytywne cechy tego zjawiska. Rozumiem wasze oficjalne (być może i nieoficjalne) stanowisko w sprawie piractwa. Jesteście legalnym pismem i musicie stosować się do obowiązującego w Polsce w tym względzie prawa. Jednak warto czasami dostrzec, że nie wszystko jest takie oczywiste (to znaczy białe lub czarne). A tak na marginesie ilu z was szanownych redaktorów ma w domu oryginalnego Windowsa i Offica (nie muszę chyba podawać cen jakie są na te "niezawodne" produkty pewnej firmy). Oczywiście możecie stwierdzić, że używacie Linuxa i pakietu Star Office, no cóż życzę wtedy powodzenia w testowaniu gierek (być może dlatego ELD vel Bambino de Bodom mógł przyznać tak wysokie oceny pewnym gierkom, na Linuxie inaczej się gra w NHL nie ma schematów i w ogóle J). A tak na marginesie, nie zauważyliście pewnego ciekawego zjawiska, jakie miało miejsce na polskim rynku. Otóż były sobie dwie konsole: Sega i Playstation. Pomijając kwestie techniczne (konsole miały podobne parametry), początkowa lista tytułów była podobna, z jednym małym wyjątkiem, na Playstation chodziły i były bez problemu do dostania piraty. Wydaje mi się, że w jakimś stopniu miało to wpływ na popularność Playstation. Teraz wyszedł Dreamcast i z tego co wiem piraty chodzą. Czyżby firma poszła po rozum do głowy?
Jeszcze ostatnia kwestia jaką chciałem poruszyć (króciutko) to sprawa Gwiezdnych Wojen i najnowszego filmu Mroczne Widmo (a tak na marginesie jeżeli już tak szanujemy polskie prawo, to powinniście chyba zamieszczać tytuły gier po polsku, jeżeli mają swoje odpowiedniki w polskim języku, a nazwa pisma powinna brzmieć CD Akcja no nie?J, niedługo niektórzy czytelnicy mogą sądownie stwierdzić, że wasza nazwa niszczy naszą ojczystą mowę J, no ale to temat na inną dyskusję). Jestem fanem Gwiezdnych Wojen posiadam wszystkie książki, jakie zostały wydane w Polsce na ten temat (legalne i oryginalne, żadne ksera J) i mogę stwierdzić tylko jedno. Ostatni film Lucasa, to największa szmira jaką widziałem. Mówię to z bólem serca, bo kocham tą gwiezdną sagę, ale fakty są nieubłagane. Poza efektami specjalnymi, nie ma w tym filmie żadnej treści, żadnego głębszego przesłania, poza "typowym" dla większości amerykańskiej produkcji schematem, zbijmy kasę jak wielką się tylko da. Wydawać się by mogło, że Lucas ma dość forsy (lub możliwości jej zdobycia), by nie musiał tworzyć takiego kiczu dla masowego odbiorcy (to znaczy dziecka w wieku od 8 do 10 lat), niestety pazerność ludzka nie zna granic. Co jest złego w tym filmie? Może powiem co jest dobrego to będzie po prostu krócej. Dobre są efekty specjalne, uważam, że doskonała jest muzyka i .... reklama PZU, którą należy docenić za to, że jako bodajże jedyna polska firma wykorzystała logo Gwiezdnych Wojen (byłem na premierze polskiej tego filmu w moim mieście, czyli Poznaniu i efekt gdzie każdy myślał, że film się już rozpoczął, a była to dopiero reklama, był oszałamiający). Ze złych rzeczy, które już zostały wymienione zapomniano według mnie o dwóch. Po pierwsze beznadziejne polskie przetłumaczenie tego filmu. Za każdym razem, gdy oglądam ten film (mam oryginalną wydaną przez oficjalnego dystrybutora kopię w wersji panoramicznej J) łapię się na tym, że nie czytam napisów, a słucham oryginalnych tekstów i uwierzcie mi jest różnica. Tak na marginesie dubbing to świętokradztwo, jeżeli nie byłoby wersji z napisami to w ciemno kupiłbym pirata po angielsku (a były takowe bodajże już w czerwcu). Druga sprawa, o której nikt nie wspomniał, to przetłumaczenie na język polski tych słynnych żółtych napisów tak charakterystycznych dla gwiezdnej sagi. Nie pamiętam jak było w kinie, ale na kasecie (oczywiście oryginalnej J) mamy ten wprowadzający tekst po polsku. Jak to zobaczyłem to miałem ochotę odesłać tę kasetę dystrybutorowi. Jak można tak zepsuć atmosferę, sorry ten film nie ma atmosfery, jak można tak szybko zniechęcić fana do tego filmu. Nie wiem, ale jeszcze żaden film choćby nie wiem jak słaby nigdy nie zniechęcił mnie zanim się jeszcze rozpoczął. Podsumowując, film jest kiepski i nic tego nie zmieni, a patrząc na dalsze działania Lucasa nic nie zapowiada, że drugi epizod będzie lepszy (chęć zatrudnienia "słynnego" Leo, myślałem, że moje serce tego nie wytrzyma) i wydaje się, że po zapowiedziach Lucasa, że będzie to historia bardziej miłosna, może należy zweryfikować dotychczasową ocenę, co do Mrocznego Widma, może w porównaniu z dwójką jedynka będzie arcydziełem i szczytem możliwości Lucasa, tylko my o tym jeszcze nie wiemy. Piszę te słowa z goryczą, bo nie tak sobie wyobrażałem ten film i jako miłośnik Gwiezdnych Wojen, czuję się po prostu oszukany. A tak na marginesie Natalia mogłaby pokazać trochę ciałka, filmowi na pewno by to nie zaszkodziło, a byłoby chociaż na kimś wzrok zawiesić
Mam nadzieję, że mój długi list został przez kogoś przeczytany, bo nic tak nie boli jak pisanie do samego siebie. Pozdrowienia dla całej redakcji zarówno jak i CD Akcji (ale mi się zrymowało) jak i Akcjomaga :).





Barsok vel Sokbar




P.S. Specjalne pozdrowienia dla Bambino de Bodom vel ELD.
P.S. Devi jesteś szałowa. Specjalne całusy dla Ciebie.
{Znooowu?! Hej, co Wy sobie myślicie, że Devi to kto? Każdy tylko by całusy posyłał! A takiego! Całusy zostały przechwycone i nie dotarły do Zainteresowanej! :P - Qn`ik;)}
P.S. Nie musicie czytać tego listu, ale dajcie mi przynajmniej znać, że go otrzymaliście (jakoś nie wierzę aż tak bardzo w produkty pewnej firmy).