Bliskie spotkania

Opiszę teraz pewne zdarzenie, które usłyszałem od mieszkanki wsi Pula Wielka Franciszki Brzęczyszczykiewicz. Oto relacja: "Tego dnia czyli pół roku temu, wieczorem dostałam veny, która mówiła mi, że kończy mi się paliwo w żołądku. Poszedłam więc do sklepa i mówiem do sprzedawcy: Daj mi pan 40% chleba naszego powszedniego - coś pani z byka spadła to nie monopolowy. U nas pani nie zamarźnie. W asortymencie posiadamy Borygo, Petrygo, a dla klientów z wyższych sfer "dyktę". Nie chcąc zanirzać swojego pochodzenia kupiłam te "Jagodziankę na kościach". Rozejrzałam sie dokoła i zauważyłam, że oczy wszystkich osób w sklepie skierowane są na moją butelkę. Otworzyłam ją szybko i jednym tchem wyzerowałam napój do dna. w jednej chwili świat dookoła mnie zaczął wirować. Usłyszałam "zakręcona, zakręcona" i pomyślałam, że w radio leciał znany przebój Reni Puśćsię. W rzeczywistości to dzieci naśmiewały się z moich ruchów. Wyszedłam ze sklepa i zrobiło mnie sie niedobrze, ale se pomyślałam, że nie po to płacę grube pieniądze za flachę, żeby ją póżniej zwrócić. Wytrzymałam i wstrzymałam się. Pójdę do lasu - powiedziałam se do siebie - nawdycham się świerzego powietrza i bedzie mi lepiej. a powietrze u nas jest wspaniałe. Czuć nawet jeszcze wyziewy z czarnobyla. W lasach gzybów jak mrówków i wielkie jak słonie. Nawet się ruszają i świecą w nocy. Wszedłam więc do lasu. Było jasno jak chlera, bo wczoraj był deszcz i grzybki obrodziły. za jakieś dwie godziny zobaczyłam z daleka małą zieloną postać. Kosmita czy mam delyrium? - myślę sobie. Był przystojny prawie jak Antek Panteraz, ale jakiś taki zielony. Zbliżył się do mnie i zaczął coś bełkotać. Odpowiedziałam mu w tym samym języku (ku mojemu ogólnemu zdziwieniu, ponieważ nie sądziłam, że mogę znać inny język niż polski). Chyba zrozumiał, bo zabrał mnie do swego latającego talerza. Następnie bardzo dokładnie mnie zbadał, poczym odlecieliśmy na jego planetę. Podróż trwała całą noc. Następnego dnia rano obudziłam się z okropnym bólem głowy. Rozejrzałam sie i zobaczyłam, że obok mnie leży Zenon Męczyflacha, stary bimbronik - znany z wypicia 5 litrów płynu chłodniczego za jednym razem. Latający talerz okazał się szopą w której Zenek trzyma aparat bimbrowniczy. Cerę nadal miał zieloną, ale to na pewno skutek używania kosmetyków samochodowych. A ja już myślałam, że to prawdziwy kosmita" Sami państwo widzicie jak mrożąca krew w żyłach była ta historia. Z równym powodzeniem mogłaby być scenariuszem do filmu "Z archiwum yks".

www.piszczel.hg.pl