Śmiech to zdrowie.
Sparodiować można chyba wszystko (Dlaczego "chyba"? Niech ktoś spróbuje sparodiować Leppera!;>). Najczęściej pastiszom ulegają filmy, gdyż są skierowane do największej widowni. Nie dziwi więc fakt parodiowania Robin Hooda, czy Draculi. Zdziwienie pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś się bierze za parodię parodii - tutaj rzucę przykład pastiszu Pulp Fiction. Ale nie tyle zdziwienie, co niesmak budzi innego rodzaju "twórczość". Na przykład pastisz Listy Schindlera. Gdyż są pewne świętości, których parodiować nie należy...

Oczywiście wszyscy już wiedzą, o czym chcę ten tekst pisać - o parodiach Star Wars. I od razu ostrzegam - niech nikt mi nie wysyła listów, w których by mnie krytykował za porównywanie SW do poważnych produkcji i stawianiu ich na równi. Nie - to nie był mój cel. (BTW: Listę Schindlera też poza tym świętością nazwać nie można - gdyż jest ponoć solidnie przekłamana...) Ale - przechodzę do rzeczy.
Wypisania tutaj wszystkich przeróbek Gwiezdnej Sagi się nie podejmę - gdyż bardzo wielu już szargało "świętość". I, niech nikt sobie nie myśli, nie uważam tego za jakiekolwiek przewinienie! Wręcz na odwrót - myślę, że dobra parodia reklamuje oryginał (I daje do myślenia). Naturalnie nie można przekraczać pewnych granic. A te, niestety, bywają często naciągane do granic wytrzymałości. Gdy pękną - klapa. Jaki jest więc przepis na udaną parodię? Umieścić gadżety, podobne postaci i doprowadzić do absurdu. Niby łatwe, ale mało kto wybija się poza poziom tandety. Poza tym - nie jest łatwo sparodiować niektórych momentów. Gdyż scenarzyści często sami umieszczają w filmie wątki autoironiczne, które mają chyba służyć utrudnieniu parodystom życia. Ale ci sobie radzą... :) Tak więc - zaczynam drobne podsumowanie. Kolejność tytułów jest przypadkowa - nie są w żaden sposób uporządkowane.

"Kosmiczne Jaja"
Parodia autorstwa Mela Brooksa. Reżysera lubię tylko dla jego jednego filmu: "Men in Tights" (czyli wspomniana wyżej parodia Robin Hooda). Mimo ogromnego zamiłowania do przesady i kiczu, "MiT" ogląda się świetnie (oczywiście nie na każdy gust) i można się naprawdę zdrowo uśmiać. A "KJ"? Niestety - do filmu siadałem pełen dobrych przeczuć. A film nie spełnił moich, wszak wysokich, oczekiwań. Prawdziwie dowcipny jest tylko chwilami. A reszta filmu to mieszanka nudy i niesmaku. Żarty często są prostackie, a humor z gatunku "kloacznych". I nie jest to piękne manewrowanie kiczem. Często próg dzielący dzieło od "taniochy" jest przekraczany. Jednak prawdziwy fan nie może tego filmu nie obejrzeć. Po prostu nie wypada! :)
Ocena: 5/10

"Park Wars: The Little Menace"
Jest to króciutki, freewareowy filmik (może go zamieścimy na CD), parodia zapowiedzi SWE1 w wykonaniu... Uwaga! Bohaterów South Parku!!! :))) Ja sam za tym serialem przepadam, mimo iż humor prezentuje niekiedy dosyć sprośny i zdradzający całkowite lekceważenie twórców do wszelkich utartych wzorów, ale jest również wspaniałym paszkwilem na klasyczny wzór, niezbyt inteligentnego Amerykanina. Oto cytat z pierwszego odcinka (tekst skierowany do Jezusa...): "your birthday is on Xmas?! That's sucks, dude!" Wiem, może się to wydawać obrazoburcze, ale zapewniam, że takie nie jest - oczywiście, gdy osoba siedząca po drugiej stronie ekranu ma IQ nieco większe od żyrandola... Ale - znowu ogromna dygresja. A co z Park Wars?! No cóż - na pewno prezentują wyższy poziom, niż poprzednia opisywana produkcja (choć trudno je porównywać), ale i tu mam spore zastrzeżenia. Naturalnie nie będę się czepiał oprawy graficznej - ta jest klasyczna dla South Parku - po prostu wygląda na filmik avi złożony z bitmap zrobionych w Painbrushu... I o to właśnie chodzi! :) Uczepię się innej sprawy: braku zdecydowania autorów. Sami chyba nie wiedzieli, czy zrobić parodię, czy przerzucić świat SW w realia SP. Tak więc sporo tekstów pozostało oryginalnych. Jednak muszę wystawić ocenę 7. Dlaczego? Gdyż jak słyszę: "Oh my God! They killed Kenny! You bastard!", to mięknę całkowicie. A sposoby zabijania Kennyego są przeróżne. Tutaj też był całkiem niezły pomysł... :)
Ocena: 7

"Gwiezdne Wojny `99" (Virtual Magic)
Tutaj mam problem - bo jak ocenić naprawdę niezłą, w dodatku polską produkcję, aby nie zostać posądzony o patriotyzm? ;) Troszkę suchych faktów. Filmik jest niedługą (niecałe 8,5min.), zrobioną niemal w całości na komputerach produkcją niekomercyjną. Teraz wrażenia. Gdy pierwszy raz się ogląda tę produkcję, to można doznać niemal patriotycznych wzniesień. Nie wiedziałem, że w Polsce są ludzie, których pracą nad efektami specjalnymi nie zawstydziłoby się "Industrial" G. Lucasa. A jednak. Jakość techniczna jest po prostu niesamowita - począwszy od intra (coś a`la intro Hellfire <>), a skończywszy na finałowej scenie. A jak jest z kwintesencją parodii: żartami? No cóż - nie można mieć wszystkiego... ;) Żartuję - nie jest źle, ale odniosłem wrażenie, że ogromny potencjał speców od grafiki został trochę zmarnowany przez słabe pomysły. Może "słabe" to za mocne słowo - po prostu dość proste i niezbyt oryginalne. Owszem, są momenty zaskakujące i zabawne, lecz jak dla mnie, Nadwornego Upierdliwca Jej Królewskiej Mości, jest ich za mało. Do perełek mogę zaliczyć scenę walki na Hoth i wygląd Vadera... Całkiem fajne... :) Nie podobają mi się za to (ale - de gustibus...) wstawki bennyhillowskie - jak ta ze spotkania Solo (?) z Leią (???). Podsumowując: co by o tworze VM nie mówić - obejrzeć trzeba (i warto). Zaczynam wierzyć Rejowi, że Polacy nie gęsi... Aha - znowu aktorka (?) parodiująca Leię - Anna Bodzoń - jest ładniejsza od samego oryginału księżniczki... (przepraszam Cię, Carrie;)))
Ocena: 8

Ale na tym się nie kończy nawiązywanie w filmach do Star Wars. Tutaj podałem tylko kilka przykładów.
SW jest dla Amerykanów czymś w rodzaju religii (hmmm - gdy się nad tym zastanowić, to dla mnie też ;)). Odnoszę wrażenie, że w USA nie wypada nie znać losów Vadera&ferajny. Stąd też tak miłe nawiązania w chociażby "Nagiej Broni" (którejś z części - nie pamiętam już której). Początek filmu polega na tym, że kamera umieszczona jest na dachu wozu policyjnego, który wjeżdża w przeróżne ciekawe miejsca. Między innymi na powierzchnię którejś z Gwiazd Śmierci!!! :))) Gdy to zobaczyłem... Naprawdę miłe zaskoczenie. Nawiązania bywają również w innych postaciach - np. w którymś z odcinków Ally McBeal pewien sędzia narzeka, że ludzie przezywają go Yoda (a rzeczywiście do tej zielonej maskotki jest podobny)... Za "parodię" SW można również uznać całą twórczość niejakiego Marka Smitha - w każdym jego filmie (co prawda niewiele ich było) są solidne aluzje... (thx to troy za podpowiedź:) Co jeszcze? Nie pamiętam. ;)
Tutaj wymieniłem kilka przykładów, ale niektóre też celowo pominąłem, jako iż są jeszcze nie gotowe. Na przykład kolejna polska produkcja, Epizod XIII - zapowiada się nieźle. I nawet autorzy mają dystans do swojej pracy... :) Filmiki z zapowiedziami można znaleźć na sieci.
I to by było, na razie, na tyle. Żegna Was:
Qn`ik
God, bless Emperor!!!